Polubiłam swój strach, jest moim wybawicielem.

    Jakieś pół roku później wykryłam w swojej piersi guzek. Udałam się z tym do lekarza. Potem do następnego. Tak mam, że jestem niezwykle dociekliwa, więc skonsultowałam tę diagnozę z wszystkimi możliwymi specjalistami. To nie była złośliwa zmiana i myślałam, że obejdzie się bez operacji. Jednak chirurg powiedział mi, że operacja jest konieczna. Postraszył mnie, że jeżeli się jej nie poddam to czeka mnie umieranie w strasznych męczarniach. Bardzo się przestraszyłam takiej wizji i zdecydowałam się na operację, nie mając żadnych gwarancji, że uda się uratować pierś. Po operacji gdy wybudziłam się z narkozy pierwszą rzeczą jaka do mnie dotarła, to głos pielęgniarki mówiącej: dotknij swoich piersi. Byłam szczęśliwa, tym razem obeszło się bez kolejnej straty. W piersi był włókniak, którego usunęli nie uszkadzając mi piersi. Byłam przeszczęśliwa, tak bardzo bałam się kolejnej straty. Myślałam, że ta zła passa nigdy się nie skończy, a tu taka miła niespodzianka.

    Wydarzenia związane z jedną i drugą operacją, stratą ciąży i odejściem mężczyzny, którego kochałam, depresja, to wszystko spowodowało, że ten okres w moim życiu traktowałam jak najczarniejszą tragedię i niechętnie do tego wracałam. Jednak skoro postanowiłam rozliczyć się z przeszłością, to również i z tymi wydarzeniami. Bardzo się bałam, a teraz zaczynam na to wszystko patrzeć z innej perspektywy.

    Uświadomiłam sobie, jak bardzo pomocna w tym czasie była moja matka. Nie tylko, że wzięła mnie na pół roku do siebie, to jeszcze pomagała mi dotrzeć do najlepszych specjalistów. Uruchomiła wszystkie swoje znajomości, by mi pomóc. Ta historia pokazała mi również, że mój strach jest z tych, co napędzają do działania. Lęk o zdrowie i strach przed śmiercią były najlepszymi motywatorami by pokonać niemoc i depresję. Pobyt w szpitalu był dla mnie również dobrym doświadczeniem. Nie mogłam długo zrozumieć, dlaczego byłam tam tak dobrze traktowana, chociaż nie zapłaciłam ani złotówki i wszystkie wizyty były w ramach NFZ, żaden lekarz nie był prywatny. Pielęgniarki traktowały mnie bardzo serdecznie. Pamiętam jak kiedyś na oddział przyszła kobieta w ciąży a one zręcznie nią nawigując wyprowadziły tak, bym nie miała z nią kontaktu. Wiedziały o mojej depresji i  niedawnej stracie. Chroniły mnie przed przykrościami. Teraz widzę, jak dobrze się mną wszyscy tam opiekowali. Dla lekarzy byłam trudnym i ciekawym przypadkiem, ale też czułam ich serdeczność. jeden z lekarzy był dla mnie jak ojciec.

    Patrząc na to z perspektywy czasu zaczynam widzieć jaką byłam szczęściarą. Doświadczyłam tak dużej dawki serdeczności, opieki i troski co jest naprawdę ewenementem w naszej służbie zdrowia. Zauważyłam, że moim zasobem mimo wszystko jest walka o siebie, zdrowy instynkt samozachowawczy, dociekliwość, wytrwałość i determinacja. W tym całym nieszczęściu potrafiłam dzięki wewnętrznej dyscyplinie, myśleć racjonalnie i podjąć wszelkie niezbędne kroki by zadbać o swoje zdrowie. Robię to nawet nie mając nadziei na dobry rezultat. Tak mam i całe szczęście, że jestem karna, zdyscyplinowana i podporządkowana zasadom. Dzięki tym cechom byłam idealną pacjentką i teraz to widzę. Jestem też komunikatywna i dosyć dobrze uspołeczniona co pomogło polubić się z innymi pacjentkami i personelem. Byłam naprawdę traktowana wyjątkowo i teraz tak się poczułam. Dopóki rozpatrywałam ten czas z poczuciem krzywdy nie mogłam tego dostrzec, a teraz widzę, że jestem wyjątkowa i oryginalna i poczułam swoją wartość. Zupełnym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że depresja jest przejawem zdrowia. Uświadomiono mi, że każdy zdrowy człowiek doświadczając straty, przeżywa też depresję. Myślałam do tej pory, że depresja jest dowodem na moją gorszą jakość.

    Jakieś kolejne pół roku później podjęłam ostateczną decyzję o rozstaniu się z alkoholem i życiu w trzeźwości. Lęk przed śmiercią uświadomił mi, że jestem w stanie zapić się na śmierć, jak nie skończę tego teraz. Drugim argumentem była świadomość, że mama mogłaby nie przeżyć wstydu jaki ją czekał, gdyby jej córka tak skończyła. To były dobre dwa powody by podjąć leczenie. Po jakimś czasie dotarłam pierwszy raz do wspólnoty AA. Mój strach po raz kolejny uratował mi tyłek, z tego wnoszę, że jest to dobry strach i nie ma powodu by się go wstydzić czy wypierać. Jest mój i dobrze mi z nim.

    Gdy już odetchnęłam po powrocie do tych wspomnień, nagle pojawiła się przestrzeń na coś nieznanego dotąd. Pod koniec sesji terapeutycznej zaczęłam czuć silny ból ramion. To było jak duży ciężar. Potem zaczęłam myśleć o straconym dziecku i poczułam ogromny smutek i poczucie straty. Teraz dopiero mogłam dopuścić do głosu uczucia, które zostały stłumione wiele lat wcześniej. Ponieważ już wiem, że płacz jest zdrowy, pozwalam sobie na niego. Opłakuję żal po stracie nienarodzonego dziecka…

c.d.n.

Cechy DDD/DDA ciąg dalszy…

13. Jest lojalny do ostateczności, nawet w obliczu dowodów na nielojalność innych osób. Nie wie kiedy jest wykorzystywany, a kiedy nie.

Lojalność to piękna cecha i zasób wart pielęgnowania, jednakże w zdrowych granicach. Doświadczyłam chorej lojalność w mojej przyjaźni z młodości. Miałam przyjaciółkę, dla której byłam gotowa na wszystko. Żyłam jej życiem i problemami. Byłam tak szczęśliwa, że w końcu mam przyjaciółkę, że byłam gotowa rezygnować z siebie. Jakże byłam zawiedziona, gdy wyjechała za granicę nie mówiąc mi, że jedzie na stałe. Dowiedziałam się po jakimś czasie, gdy ona już się zadomowiła, podjęła naukę i pracę. Przeżywałam po niej żałobę, jakby umarła. Na domiar złego jak zaczęłam pisać do niej listy, to odpisała mi wprost, że nie chce się jej tyle pisać. Byłam zdruzgotana. Tęskniłam i wyczekiwałam jej przyjazdu. Była mi bliższa niż siostra. Niedawno po latach spotkałam ją pod moim domem, jak wracałam z całodniowego pobytu za miastem z moimi obecnymi przyjaciółkami. Wracałam w radosnym nastroju i nagle… oczom nie wierzę, to ona zbliża się ulicą do moich drzwi. Bardzo serdecznie się przywitałyśmy. Nie widziałyśmy się z kilkanaście lat. Rozmawiałyśmy do nocy przy kubku herbaty. To było miłe spotkanie, lecz z dawnego uczucia przyjaźni nic we mnie nie zostało, bo wyleczyłam się z chorej lojalności. Jestem wolna.

Ta cecha nie pozwala też wielu ludziom podjąć terapii, gdyż obawiają się, że będą musieli mówić coś złego na swoją rodzinę. Mają taki opór pomimo iż byli bardzo krzywdzeni – i często są nadal. To jest naturalne, że dziecko nic nie mówi na rodzinę, bo najczęściej nie ma wiedzy, że to, co złego się dzieje to nie jego wina i może być inaczej. Dzieci są lojalne z natury, instynkt im podpowiada, że jego przeżycie zależy od rodziny. Jednak jak się już jest dorosłym, to należy wziąć odpowiedzialność za swoje życie i zadbać, by nie być wykorzystywanym. Ja dzięki mojej babci nie miałam z tym problemu, bo mogłam zawsze do niej pójść, a ona nigdy mnie nie „sypnęła” rodzicom. Dziś jestem jej niezmiernie wdzięczna, bo to uchroniło mnie przed izolacją i zamknięciem się w sobie. Miałam komu się wyżalić, jeżeli w domu było źle. Dziś widzę, jakie to musiało być dla niej trudne pomieścić w sobie moje krzywdy i nie móc z tym nic zrobić. Będąc babcią sama widzę, jak można cierpieć widząc krzywdę dziecka i niewiele mogąc w tym temacie zrobić, jeżeli rodzice są głusi na uwagi. Jednak dzięki babci, jako dorosła nie miałam już problemu, żeby otworzyć się na grupie i opowiadać o swoich krzywdach, jednocześnie nie obrzucając błotem rodziny. Dziś wiem, że oni również byli ofiarami i to, co robili nam, dzieciom, też było ich udziałem. Cieszę się, że potrafię to oddzielić i mieć z nimi dobre relacje. Chociaż mama niejednokrotnie mówiła, że nie wolno mówić o tym, co jest w domu, jakoś się jej nie słuchałam i mówiłam.

14. Domaga się natychmiastowego zaspokojenia zachcianek. Boi się, że jeżeli nie dostanie czegoś od razu, to może już nigdy nie dostać.

To zasób, dzięki któremu potrafię osiągać cele, jednak nauczyłam się też czekać i odraczać gratyfikację. Ta cecha bywa przyczyną licznych kompulsji. Zauważyłam u siebie, że nieraz musiałam koniecznie wyjść z domu i coś sobie kupić. Jak wychodziłam, to nie wiedziałam po co idę, ale potem coś wpadało mi w oko i musiałam to nabyć. Ideologię, że to jest mi potrzebne, dorabiałam na miejscu zakupu. Teraz staram się określać, czego potrzebuję jeszcze przed zakupami, bo w mojej szafie znajdowało się mnóstwo rzeczy, które zakładałam sporadycznie, albo nawet wcale ich nie nosiłam.

15. Automatycznie poddaje się sytuacji, zamiast rozważyć inne możliwości.

To również moja cecha. Z łatwością wchodziłam w samo centrum wydarzeń z całkowitym zaangażowaniem. Ulegałam atmosferze towarzyszącej różnym przedsięwzięciom i nie zawsze to było dla mnie korzystne. Jednak nauczyłam się to równoważyć, a dzięki tej cesze poznałam różnych ludzi, byłam w różnych miejscach i sporo się nauczyłam. W momencie, jak przyszła świadomość, że mogę nie angażować się i trzymać dystans, by rozważyć czy jest to dla mnie korzystne, to zaczęłam być ostrożniejsza. Jednak muszę uczciwie przyznać, że wymagało to ode mnie wielu lat nauki, często na własnych błędach. Jednakże postrzegam to jako zasób i normalne dojrzewanie do tego, co mogę robić ze swoimi zasobami by przybliżać się do swojego celu, a nie czyjegoś.

16. Szuka napięć i kryzysów, a potem się na nie skarży. Stan napięcia jest znany, tak samo jak brak satysfakcji.

To jedna z pierwszych cech, którą zauważyłam u siebie jeszcze będąc nastolatką, kiedy zaczynałam chodzić z moim mężem. Jak długo nic się nie działo, to szukałam dziury w całym tak długo, aż się pokłóciliśmy. Zauważałam, że tak jest, ale nie rozumiałam tego. Będąc na terapii dla współuzależnionych usłyszałam o tzw. zebrze. Życie DDD jest czarno-białe, tak jak ich życie w domu. Kłótnie i awantury, a potem następujące „sielanki”, aż do następnej awantury. Takie życie utrwala się i trudno żyć w spokoju, gdyż kojarzy się z nudą. Jednak ta cecha też może być zasobem, gdy robimy to świadomie. Niejednokrotnie mały „ferment” bywa ożywczy i urozmaica życie. Prowadzi też do rozwoju i zmian. Ważne jest, by ta cecha nami nie rządziła, tylko byśmy umieli ją świadomie wykorzystywać, a nie ulegać ślepym impulsom, które nakazują zrobić cokolwiek, byleby się coś działo.

c.d.n.

Cechy DDD/DDA ciąg dalszy…

6. Traktuje siebie strasznie poważnie. Większość problemów uważa za tak wielkie, że przerastają miarę człowieka.

To zasób, który po „wyregulowaniu” pozwala mi serio podchodzić do swojego zdrowia i nie bagatelizować jakichś symptomów. Takie podejście też jest mile widziane przez pracodawców. W wielu zawodach jest wręcz pożądane. Wystarczy trochę zmodyfikować tę cechę, by nie utrudniała życia. Mi pomogła ufność, że „siła wyższa” może więcej i jest mądrzejsza ode mnie i przestałam się tak wszystkim przejmować. Poza tym nabrałam pozytywnego nastawienia i wiary, że dam radę.

7. Trudno mu nawiązać intymne stosunki. Litość myli z miłością; przeważnie kocha tych, którzy potrzebują pomocy. Ktoś, kto sobie radzi, a okazuje miłość DDD, jest posądzony o nieczysty interes.

Tak, dziś wiem, że tak dobrałam się w parę z moim mężem. Rzeczywiście jesteśmy komplementarni. Jednak jak zaczęłam terapię, zaczęłam oczekiwać, że i on będzie się rozwijał, gdyż nie jestem już tak skłonna zajmować się „biednym żuczkiem”. Potrzebuję dojrzałego partnera, a nie dziecka. To stymuluje do rozwoju również jego. Ta cecha jest bardzo przydatna w zawodach pomocowych, takich jak: lekarz, pielęgniarka, psycholog, fizjoterapeuta, masażysta. Jednak w życiu prywatnym lepiej postawić na partnerstwo. Dzięki terapii nauczyłam się rozróżniać kiedy mogę traktować tę cechę jako zasób,a kiedy jest dla mnie niekorzystna.

8. Boi się odrzucenia, ale sam odrzuca. Woli „uprzedzić” odrzucenie wiedząc, że i tak to nastąpi, bo nie wierzy, że może być kochany.
To mnie nie dotyczy.

9. Przesadnie reaguje na zmiany, nad którymi nie ma kontroli. Wszystko, co nowe jest niebezpieczne: ludzie, sytuacje, zachowania. Kolejny raz usuwa mu się grunt spod nóg.

Lubię zmiany i ta cecha występowała u mnie tylko w trakcie studiów, jak przeżywałam lęki na statystyce, bo nie rozumiejąc o co chodzi traciłam kontrolę i wpadałam w panikę. Podobnie mam z językiem angielskim. Odprawy paszportowe na lotnisku są dla mnie swoistym horrorem. Jest to jednak dla mnie wyzwanie, by nauczyć się nowego języka, bym mogła się nim swobodnie posługiwać, tak jak było w przypadku prowadzenia samochodu. Poza tymi sytuacjami lubię zmiany i tak naprawdę to moje życie jest nieustającą zmianą i dobrze mi z tym,

10. Czuje się inny. Ma poczucie, że nikt nie przeżywa takich problemów jak on.

Swoją „inność” traktuję jako oryginalność i jestem z niej dumna. Wiem także, że to, co przeżywam jest moje i nikt tak samo nie przeżywa tej samej sytuacji. Wiem, że inni też mieli trudne, a nawet trudniejsze dzieciństwo i jestem co najwyżej ciekawa, jakie zasoby wynieśli ze swojego „poligonu”. Im więcej DDA poznaję, tym bardziej jestem pod wrażeniem, jacy to bogato wyposażeni ludzie. Tyle zasobów mało kto posiada, cała trudność polega na tym, by sobie to uświadomili i z wiarą w siebie umieli je wykorzystywać dla swojego dobra, a nie dawali się wykorzystywać.

11. Stale potrzebuje uznania i afirmacji. Robi wiele, żeby je otrzymać, ale i tak w nie nie wierzy. Stara się zapracować na następne, które znów podważa.

Długo tak miałam, zwłaszcza w pracy. Opisywałam to wcześniej. Jednak to też zasób, bo jak już stałam się tego świadoma, to staram się by jakość mojej pracy była wysoka, a moim wynagrodzeniem jest zapłata. Dzięki temu od wielu lat jestem samodzielnym przedsiębiorcą i ta cecha pozwala mi trzymać odpowiedni poziom, a co za tym idzie – mam pracę. Znam swoją wartość, a także wartość swojej pracy, ale i tak miło jest mi słuchać słów uznania, a i komplementami dotyczącymi swojego wyglądu nie gardzę. Lubię je i chętnie innych nimi obdarzam. Jednak też musiałam nauczyć się je przyjmować bez zaprzeczania, tylko dziękując za miłe słowa. Kiedyś robiłam się podejrzliwa, kiedy słyszałam komplementy.

12. Albo jest nadmiernie odpowiedzialny, albo nadmiernie nieodpowiedzialny. Bardzo trudno mu wymierzyć granice tego, co zależy od niego, a co już nie.

Nadodpowiedzialność to mój zasób. Pracując w opiece społecznej znakomicie się wpisywałam z tą cechą w ten zawód. Niestety skończyło się to wypaleniem zawodowym, podobnie było z pracą w zakładzie krawieckim. Ta cecha była chętnie używana przez wszystkich oprócz mnie. Terapia otworzyła mi oczy na ten zasób i dzięki temu jestem samodzielnym przedsiębiorcą, który daje innym tyle, ile trzeba i można w danej chwili. Liczę się ze swoimi możliwościami i ograniczeniami. To fajne uczucie poznać ten mechanizm i móc samemu decydować co jest, a co nie jest moją odpowiedzialnością i o dziwo być w zgodzie z otoczeniem. Nikt z tego powodu się ode mnie nie odwrócił, mało tego, odbieram więcej sygnałów szacunku i uznania, niż wtedy gdy dawałam się „zaorać” pracy dla innych i za innych. Życzę Wam z całego serca, byście znaleźli swoje granice i pilnie ich strzegli :)

c.d.n.

Powrót do dzieciństwa – nowa świadomość

Po wstydzie, wstręcie i obrzydzeniu przyszedł czas na refleksję, że to nie moja  wina i nie ja powinnam się wstydzić tylko dorośli, którzy do tego dopuścili i sprawca. Następną refleksją było uświadomienie sobie, że utraciłam bezpowrotnie beztroskie i niewinne dzieciństwo. Od tych wydarzeń byłam „przyspieszoną dorosłą” w ciele dziecka. A zyskując po latach pełnoletność stałam się dorosłym dzieckiem, które nie miało możliwości dojrzewać normalnym trybem. Terapia stała się dla mnie powrotem do dzieciństwa, terapeutka była cierpliwym rodzicem objaśniającym krok po kroku co się wydarzyło, zdejmując ze mnie ciężar winy i wstydu. Nigdy nie miałam śmiałości powiedzieć o tym rodzicom, bo jakoś im nie ufałam. To w końcu działo się pod ich dachem i obok nich, więc zakładałam, że za ich przyzwoleniem. Dzisiaj to już nie ma znaczenia. Po uwolnieniu się od tych emocji, które zatrzymały mnie w czasie, dalej się rozwijam i to z dużą świadomością i radością życia. To niejako zahibernowany potencjał, który po rozmrożeniu mam do dyspozycji i mogę go rozwijać, wykorzystując zasoby, które nabyłam żyjąc z różnymi maskami. Ta refleksja była jak orzeźwienie po dniach przeżytych ze wstydem i wstrętem do tego, co się wydarzyło, niczym ożywcza bryza, która oczyściła powietrze i przyniosła ukojenie. Ta refleksja i uczucie orzeźwienia, czy nawet oczyszczenia, znalazły się na mojej kartce w postaci ciemnozielonego koloru. Jednak potem przyszła jeszcze jedna fala wstydu, tym razem nie paraliżującego, tylko uwalniającego. Zawstydziłam się za dorosłych i byłam tego świadoma. W tym czasie będąc na grupie z terapeutą, weszłam w mały konflikt. Byłam oburzona, że terapeuta ukrywał fakt, że jest księdzem. Dowiedziałam się o tym przypadkowo. Uważałam, że tak ważna informacja powinna być oficjalna, gdyż terapia odbywała się w państwowym ośrodku z funduszu NFZ. Nie byłam gotowa na taką informację. Między mną, a terapeutą wywiązała się chłodna wymiana zdań. Część grupy stanęła za nim, a ja zostałam z tym sama. Poza grupą usłyszałam, że ktoś mnie popiera, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia. Chodziło o coś innego. Byłam gotowa zrezygnować z grupy, jednak po dwóch tygodniach przerwy wróciłam. Dotarło do mnie skąd ta niechęć do terapeuty. Przyczyn było kilka: był mężczyzną, a terapia była powrotem do dzieciństwa, miał to samo imię co sprawca molestowania seksualnego i był księdzem, a ja jako dziecko byłam świadkiem, jak ksiądz obmacywał moją koleżankę na lekcji religii. Siedziałyśmy razem w ławce i widziałam, że zawsze jak do nas podchodził wkładał jej rękę pod bluzkę. Dostrzegałam jej odrętwienie na twarzy; siedziała nierucho jak skała, z wzrokiem tępo utkwionym przed siebie. Nie zdając sobie z tego sprawy, widziałam w niej siebie, jak w lustrze. Po wyrzuceniu tego z siebie na grupie zrozumiałam, że to nie wina terapeuty. Jednak obstawałam przy swoim, że informacja o tym, że jest księdzem, powinna widnieć na stronie ośrodka lub na tabliczce przy gabinecie. Zgodził się ze mną. Postanowiłam nie opuszczać grupy, gdyż tam mogłam konfrontować się z emocjami, których dotąd skutecznie unikałam, a tam mogłam je przeżyć i nie byłam za to karana ani zawstydzana. Wszystko odbywało się profesjonalnie.

Po tym wszystkim przyszedł czas żałoby po utraconym dzieciństwie i na mojej kartce pojawiła się czerń, a ja zaczęłam przeżywać smutek. Do tego momentu kolory na kartce układały się w nieregularne wzory. Teraz żółty i czarny oddzieliły dzieciństwo od teraźniejszości, a następne kolory układały się harmonijnie. Coś przeżyłam i oddzieliłam to grubą, czarną kreską. Pojawiła się po niej czerwona, ale dużo cieńsza i były to jeszcze resztki gniewu z powodu utraconego dzieciństwa i niewinności.

Mijał już pierwszy rok terapii i grupa została zakończona. Nadal trwała moja terapia indywidualna i czekałam na termin następnej grupy, która miała być już terapią pogłębioną. Moje ostatnie przeżycia pogarszały moje samopoczucie, byłam zagubiona i sfrustrowana. Na jednej z sesji pokłóciłam się ze swoją terapeutką. Z jakiegoś powodu straciła panowanie nad sobą i podniosła głos. Stałam się nieufna; temat molestowania jest cholernie trudny zarówno dla pacjenta, jak i terapeuty. Widziałam, że to ją również ruszyło. Nie mogłyśmy dojść do porozumienia. Czułam, że dalej nic się nie wydarzy. Postanowiłam pójść do dyrektora ośrodka i prosić o zmianę terapeuty. Po rozmowie z nim jednak zmieniłam zdanie i postanowiłam spróbować jeszcze raz, gdyż już został ustalony termin rozpoczęcia grupy pogłębionej. Na mojej kartce pojawił się kolor pomarańczowy. To była frustracja. Po spotkaniu z terapeutką namalowałam barwę zimną, jasnoniebieską. Ta rozmowa była jak -20 stopni mrozu. Słowa zamarzały jak sople lodu i godziły jak sztylety.

c.d.n.

Wady i zalety perfekcjonizmu

Ważnym zasobem, jaki wyniosłam z terapii okazała się umiejętność weryfikowania i ewentualna zmiana przekonań. Zrobienie prawa jazdy jest tego najlepszym przykładem. Z domu wyniosłam skądinąd słuszne przekonanie, które jednak opacznie rozumiałam. Często słyszałam od ojca, że jak mam coś robić byle jak, to lepiej nie robić tego wcale. Mając to w głowie starałam się wszystko robić perfekcyjnie. Dobrą stroną tego przekonania jest jakość wykonywanych czynności. Dzięki temu zawsze byłam postrzegana jako sumienny pracownik i jak już wcześniej pisałam, za poklepanie po ramieniu i pochwałę pracodawcy, że dobrze wykonuję swoją pracę, byłam gotowa pracować z całych sił. W poprzednich miejscach pracy było podobnie. Zawsze dawałam z siebie wszystko i po jakimś czasie praca przestawała mnie cieszyć. Inną stroną tego przekonania było to, że jeżeli czegoś nie potrafiłam robić dobrze i od razu, to szybko się wycofywałam. To odbierało mi możliwość uczenia się powoli.  Słysząc to w swojej głowie podejmowałam się takich zadań, w których mogłam szybko osiągnąć w miarę dobry poziom. Zniechęcałam się, jeżeli nie widziałam szybko efektów – to odbierało mi chęci do żmudnej i długo trwającej pracy. Tak się stało, gdy podjęłam studia jako młoda dziewczyna. Zrezygnowałam po pierwszym roku, bo nie dawałam rady i nie potrafiłam zdobyć się na długotrwały wysiłek. Terapia pokazała mi, jak moje przekonania mogą być z jednej strony sprzymierzeńcem, a z drugiej działać jak osobisty sabotażysta. Robiąc prawo jazdy wiedziałam, że nie mam do tego zdolności i że to będzie wymagało więcej pracy i trochę potrwa. Musiałam nabrać pokory i przyjąć, że pewnych spraw nie da się przyspieszyć, że trzeba ciężko wypracować robiąc na początku mnóstwo błędów, czyli przez długi czas robić coś byle jak. To przekonanie zweryfikowałam w ten sposób, że powtarzałam sobie, że bez robienia błędów nie ma rozwoju. Dzisiaj patrzę na to przekonanie jeszcze inaczej. Odkryłam całkiem niedawno jego inne znaczenie. Otóż jak jest jakaś sytuacja, że trzeba szybko zareagować albo podjąć decyzję, a ja nie jestem pewna co mam zrobić, to nie robię nic. I o dziwo nic strasznego się nie dzieje. Nauczyłam się – a właściwie wciąż jeszcze uczę – słuchać się swojego ciała. Ono mi znakomicie sygnalizuje, czy wchodzić w to, czy wycofać się i przyglądać rozwojowi wydarzeń. Robiąc prawo jazdy wiedziałam, że muszę nabyć umiejętności przez uczenie się i tu nie wystarczy przyglądać się, ale z drugiej strony gdy nadarzyła się okazja do poprawy sytuacji, to skorzystałam z propozycji znajomej. To jest pewna elastyczność w działaniu , którą zauważam u siebie jako zasób wyniesiony z terapii. Kiedyś byłam bardziej usztywniona w swoich planach i poczynaniach. Dziś jestem otwarta na zmiany i niestandardowe rozwiązania. Patrząc z perspektywy czasu, to jeden z cenniejszych zasobów nabytych na drodze terapii. Zamiast emocjonalnych reakcji jest spontaniczność połączona z uważnością. To jednak wciąż jest w fazie rozwoju i nie zawsze potrafię tego w porę zastosować.

c.d.n.