Pułapka mentalna – zapis przeszłości

Jak działa nasza pamięć? Jak zapisywane są w niej wydarzenia z przeszłości?  Czy wspomnienia są wiarygodne? Tak naprawdę większości ludzi trudno sobie cokolwiek przypomnieć.  Nie wielu potrafi mówić o konkretach. Na ogół są to ogólniki zabarwione emocjami. Pamięć działa dobrze, jeżeli chodzi o konkretne wydarzenia typu: pierwszy pocałunek, bądź dzień spędzony z przyjacielem. Jednak i wtedy większość operuje emocjami mówiąc, że czuli się wspaniale, lub byli szczęśliwi czy podekscytowani. Nie zawsze łatwo podać konkrety.  Wspomnienia zazwyczaj są nadmiernie uogólnione. To jakie emocje im towarzyszą, jest dużo ważniejsze, gdyż one niejako dorabiają fabułę.

Ćwiczenie

Wyobraź  sobie, że jesteś w zatłoczonym barze i z daleka widzisz znajomą rozmawiającą z twoim kolegą z pracy. Machasz do nich ręką i uśmiechasz się. Oni co prawda patrzą w twoją stronę, jednak zajęci rozmową i otoczeni tłumem ludzi nie zauważyli twoich sygnałów.

Jakie myśli przychodzą ci do głowy? jak się czujesz?

Ta scenka z pozoru jest jednoznaczna, jednak opowiedziana sześciu osobom będzie podlegać sześciu różnym interpretacjom, które będą miały związek z ich stanem umysłu a nie z rzeczywistością.  Jeżeli w ostatnim czasie coś mocno cię uszczęśliwiło, prawdopodobnie założysz, ze w tym tłumie i gwarze nie zauważyli cie i zapomnisz o całej sprawie. Jeżeli jednak byłeś w podłym nastroju, taniec pomysłów będzie miał zupełnie inny układ. Może to być coś w rodzaju: Unikają mnie. No tak, znowu, Może nigdy mnie nie lubili i od dawna starali się mnie pozbyć? Dlaczego przyjaźń jest taka ulotna? Świat staje się coraz bardziej zdradziecki. :(

Takie myśli mogą szybko przemienić okres wrażliwego smutku w dłuższy czas głębokiej nieszczęśliwości, który sprawi, że zaczniesz podważać wiele ze swoich najważniejszych przekonań. Dlaczego?

Otóż umysły nieustannie i rozpaczliwie usiłują zrozumieć świat. Gdy to robią, łączą bagaż  nagromadzony przez wiele lat z nastrojem danej chwili. Nieustannie zbierają skrawki informacji i starają się poskładać je w sensowny obraz. Nieustannie odnoszą się do przeszłości i sprawdzają , czy teraźniejszość zaczyna układać się w ten sam sposób. Następnie przenoszą te modele na przyszłość i ponownie sprawdzają , czy wyłania się jakiś nowy schemat lub motyw. Manipulowanie tymi schematami to jedna z cech bycia człowiekiem. To w ten sposób nadajemy życiu znaczenie.

Praktykując uważność można uwolnić się od tego schematu i odkryć wolność w momencie gdy zdasz sobie sprawę, że coś co uważasz za trwałe, tak naprawdę jest zmienne. Jednak można do tego nigdy nie dojść jeżeli praktykę traktuje się zadaniowo bez odrobiny życzliwości wobec siebie.

Ćwiczenie

Traktowanie siebie z życzliwością

Jak dalece traktujesz siebie szorstko i krytycznie? Traktowanie siebie z życzliwością i zaprzestanie ostrego  oceniania to kamienie węgielne metody odnajdywania spokoju w pędzącym świecie.

Zadaj sobie pytania: Czy krytykuje siebie za nieracjonalne lub niestosowne emocje? Czy mówię sobie, że nie powinienem czuć tego, co czuję? Czy wierzę, że niektóre moje myśli są nienormalne  lub złe i nie powinienem myśleć w ten sposób?  Czy oceniam swoje myśli jako dobre lub złe? Czy mówię sobie, że nie powinienem myśleć tak, jak myślę? Czy uważam, że niektóre z moich emocji są złe lub niestosowne i nie powinno się ich czuć? Kiedy nachodzą mnie myśli lub wyobrażenia, które burzą mój spokój, czy oceniam siebie jako człowieka dobrego lub złego? Czy ganie siebie, kiedy miewam nieracjonalne pomysły?

Jeśli odnajdujesz się w więcej niż dwóch pytaniach, to prawdopodobnie traktujesz się zbyt surowo. Czy masz w sobie gotowość by traktować siebie z większym współczuciem? Nie oceniaj się teraz w kategorii sukcesu lub porażki, tylko spójrz na te pytania jak na pomocników twojej świadomości.

Medytacja  Zaprzyjaźnienie  ma za zadanie pomóc ci zachować życzliwość wobec siebie. Realnie spojrzeć na siebie, zaakceptować siebie z najgłębszym szacunkiem, czcią i miłością. Wiem, że to może być na początku trudne, jednak zachęcam do wytrwałości :)

Oprogramowanie… człowieka ;)

Aby zrozumieć jak to wszystko u nas działa potrzeba jeszcze wiedzieć o powiązaniach między ciałem, a umysłem. Pozwoli to zrozumieć dlaczego praktyka uważności działa na dwóch poziomach. Dlatego oprócz oddechu trzeba też skupić się na ciele.

Od jakiegoś czasu wiadomo, że myśli mogą napędzać ludzkie nastroje i emocje. Jednak ważna jest informacja, że odwrotnie też się tak dzieje. Nawet przelotny smutek może zainicjować serię czarnych myśli i odwrotnie. Dotyczy to także innych emocji.
Np:
Myśl: „Nigdzie mnie to nie zaprowadzi”
Emocje: strach, lęk, niepewność, poddenerwowanie.
Impulsy: „uciec, schować się pod kołdrę, naciągnąć koc na głowę”
Wrażenia z ciała: spięte barki, podniesione ramiona, żołądek ściśnięty w supeł, przygarbienie się.

Okazuje się, że nie tylko myśli i emocje nakręcają się wzajemnie, ciało też bierze w tym udział. Otóż umysł nie żyje w odosobnieniu, jest kompatybilny z ciałem i nieustannie wymienia się z nim informacjami emocjonalnymi. To co czuje nasze ciało jest znacznie zabarwione przez myśli i emocje, a wszystkie myśli wiedzą, co dzieje się w naszym ciele. Na pewno znacie sposoby jak można wpłynąć na myśli poprzez ciało, np. „głowa do góry!” Wystarczy wprowadzić parę zmian w postawie ciała i to już wpływa na nasze myślenie. Zadbajcie o to, by wyprostować plecy i podnosić głowę. Spójrzcie na siebie w lustrze i uśmiechnijcie się do swojego odbicia. Powiedzcie do niego coś miłego. Uśmiech, nawet sztucznie wygenerowany może prowadzić do zadowolenia. Ponadto jest zaraźliwy. Jeżeli ktoś się do nas szczerzy, to niemal bezwiednie odpowiadamy uśmiechem. Popróbujcie tych metod przez jeden dzień. Udawajcie osobę szczęśliwą, spełnioną, pełną energii. Chodźcie sprężystym krokiem, śmiało patrzcie innym w oczy i uśmiechajcie się do nich i zobaczcie, co będzie się działo w was i w otoczeniu.

Istnieje jednak negatywny odpowiednik tego mechanizmu. Kiedy widzimy zagrożenie włącza się automatycznie program „walcz lub uciekaj’. Jest on na stałe w naszym oprogramowaniu i nie można go wyłączyć. Ratuje nam życie w przypadku realnego zagrożenia. Wtedy nasze ciało zaczyna pracować na najwyższych obrotach. Serce bije mocniej, pompując krew do ciała. Kark spina się i odcina dopływ krwi do mózgu. Przestajemy myśleć, zaczynamy działać. Adrenalina, podwyższone ciśnienie – wszystko po to, by ratować życie. Jesteśmy w stanie szoku i nieraz nie wiemy co robimy w stanie. To skrajny przypadek, ale tak działa nasz program uruchamiany w sytuacji zagrożenia życia i uruchamia się poza świadomością. Jest jednak mały problem, ponieważ ten program nie rozróżnia zagrożenia zewnętrznego (np. wściekły pies) od wewnętrznego, czyli np. bolesnych wspomnień lub problemu, który według nas może pojawić się w przyszłości, tzw. „kręcenie filmów katastroficznych”. Program „walcz lub uciekaj” traktuje oba zagrożenie tak samo.

To ważne! Strach jest reakcją na rzeczywiste zagrożenie z zewnątrz i pozwala nam uruchomić program ratujący życie i jest to ok. Natomiast lęk jest reakcją na zagrożenie wyimaginowane, tzn. powstaje na skutek kręcenia przez nas filmów typu co by było…

W tym momencie wyćwiczona świadomość potrafi rozróżnić czy jesteśmy w zagrożeniu realnym, czy tylko nasze myślenie niepotrzebnie uruchomiło program ratujący życie i dzięki temu jesteśmy w stresie i gonimy w piętkę zmęczenie, nie rozumiejąc dlaczego jest nam tak źle. Jeżeli ten proces jest powtarzany wielokrotnie, to zaczyna żłobić w naszym umyśle koleiny. I podobnie jak samochód wpadający w nie na drodze, tak samo my w nie wpadamy i trudno z nich wyjechać. Nie znaczy to, że jest to niemożliwe. Poprzez trening uważności lub codzienną praktykę zaczynamy żłobić nowe koleiny – nowe, zdrowe, świadome nawyki. Wymaga to wytrwałości, bo nasz umysł, kiedy obcuje z wymyślonymi zagrożeniami wywołującymi lęk, stres, zamartwianie lub drażliwość zaczyna przeczesywać twardy dysk w poszukiwaniu zapisów, które wyjaśnią dlaczego tak się czujemy. A ponieważ jest wysokiej klasy sprzętem, szybko uruchamia program „walcz lub uciekaj” i już w tym kontekście lawinowo zalewają nas wspomnienia trudnych chwil z przeszłości. Jeżeli mieliśmy trudne dzieciństwo, stresującą pracę lub doświadczyliśmy przemocy w związku, to materiałów nie zabraknie. Na bazie tych zapisów na naszym twardym dysku zaczyna tworzyć nowe scenariusze tego, co może się wydarzyć w przyszłości… W rezultacie nie tylko bieżące sytuacje, lecz także wspomnienia zagrożeń i przyszłe zmartwienia zaczynają wywoływać sygnały alarmowe, za każdym razem uruchamiające program „walcz lub uciekaj”. Dzieje się to błyskawicznie, nim zdążysz to sobie uświadomić.

Teraz, gdy siedzisz i to czytasz, zwróć uwagę na swoje ciało i sprawdź, czy jesteś w stanie rozpoznać co się w nim dzieje. Poobserwuj okolice ramion i szyi, czy Twoje plecy są proste, czy zgarbione. Jak siedzisz? Czy Twoje pośladki miękko spoczywają na krześle, czy są spięte? Jak są położone stopy na podłodze? Luźno i swobodnie, czy podkurczasz palce? Co z dłońmi, są swobodnie ułożone, czy zaciśnięte? A jak sprawy mają się ze szczęką, jest rozluźniona czy zaciśnięta? Odpowiedzi na te pytania pomogą Ci zrozumieć, jak mocne są koleiny, w które wpadasz lub nie. Dają Ci też możliwość oceny na ile potrzebujesz poszerzyć swoją świadomość, by lepiej obsługiwać swój organizm i sprawnie korzystać z oprogramowania, które ma Tobie służyć, a nie uprzykrzać życie.

Na koniec powiem Wam ważną rzecz, mianowicie myślenie jest przereklamowane. Istotą życia jest czucie. Tego warto się uczyć. Czy smak czekolady był inny gdy robiliście to w medytacji?

c.d.n.

Moje pierwsze ustawienie z terapeutą

Na ustawieniach byłam wiele razy jako obserwator i często byłam wybierana do różnych ról. Z perspektywy czasu widzę jak te role zmieniały się tak, jak zmieniałam się ja sama. Przez długi czas byłam wybierana na reprezentanta rozpaczy i śmierci. Potem przyszły role siłaczek, które dają radę i stają się wsparciem dla innych. Po jakimś czasie gdy ćwiczyliśmy w małych grupach ustawienia z rodzicami coś się zmieniło. Nagle zaczęłam być wybierana do ról dzieci, często małych i bezbronnych. Ja w tym czasie dałam sobie w końcu prawo do przeżywania żałoby i bycia słabą. Za pośrednictwem mojego wnuka zaczęłam interesować się Harrym Potterem. Najpierw to były wspólnie oglądane filmy a potem zaczęłam czytać książki. W jakiś sposób nadrabiałam zaległości z dzieciństwa. Nawet kupiłam sobie wielobarwny beret z pomponem. Był to mały kontrolowany i świadomy regres. Było mi z tym dobrze, nie miałam już siły na dźwiganie nie swoich ciężarów a zdarzało się, że rola bohatera rodzinnego wciąż gdzieś się odzywała. Porzuciłam ją z braku siły i byłam z tego powodu szczęśliwa. Trwało to kilka miesięcy. Był to czas gdy byłam pozbawiona energii i nie miałam sił na jakiś rozwój zawodowy. Wykonywałam niezbędne minimum i pomimo iż miałam pomysły to nijak nie mogłam ich realizować. W końcu odpuściłam.

Bywałam na różnych warsztatach i spotkaniach inspirujących. Owocem jednego z sympozjów dla kobiet biznesu jest ten blog. Usłyszałam od jednej z prelegentek, że zaczęła pisać bloga kiedy nie miała pracy i była  w czarnej d…e. Pomyślałam, że to dobry pomysł i że przecież nie muszę pisać o modzie ani o gotowaniu gdyż mam inną pasję i doświadczenie z terapiami. Zauważyłam już wcześniej, ze jak bywam sporadycznie już na grupach wsparcia Al – anon lub DDA/DDD i opowiadam jak wychodziłam ze współuzależnienia to początkujące osoby są podekscytowane i ciekawe jak to zrobiłam. Ponieważ wiem jak ważny jest przykład, bo ja też tego potrzebowałam, kogoś kto daje rady już tyle lat i nie wraca do starych zachowań dla tych co dopiero wkraczają na tę długą i krętą drogę a ja nie mogę już bywać tak często na grupach, postanowiłam to pisać. Każdy bierze z tego to, czego najbardziej potrzebuje w danej chwili a ja przy okazji porządkuję w swojej świadomości bieg wydarzeń. A przy okazji dzięki waszym komentarzom i mailom na priv mam ogromną radość, że nie idzie to w próżnię. Cieszę się,że młodzi ludzie wkraczają na drogę rozwoju i są świadomi swoich potrzeb i zaspokajają je. Cieszy mnie również to, że coraz mniejszy jest w ludziach lęk przed pójściem do psychologa. Coraz chętniej korzystają z takiej formy pomocy ludzie w różnym wieku, nie tylko przysłani przez rodziców ale także przez  dorosłe dzieci, które już są w terapii. Przestają się bać etykietki „nienormalności” i mają radość z możliwości rozwoju.Jestem mile zaskoczona gdy pojawiam się na jakichś nowych warsztatach a tam jest komplet uczestników i to nie początkujących tylko sporej części zaawansowanych w rozwoju osobistym.

Na jednym z ustawień postanowiłam ustawić swój symptom, który pojawia się tylko w określonym czasie. Otóż od lat jak tylko zbliża się wiosna coraz trudniej mi się oddycha. Mam duszności i nie mogę nabrać powietrza do pełna, tylko coś mi spina klatkę piersiową i nie mam pełnego oddechu. Jestem oczywiście zdrowa i ma to podłoże psychiczne. Nigdy nie brałam się za to wcześniej bo to zawsze przechodzi jak kończy się maj. Tak się zbiegło że w maju wyjeżdżałam na urlop w dniu w którym mieliśmy zajęcia z Re – wizji. Przyjechałam na zajęcia z bagażami bo naszym spotkaniu miałam pociąg. Znowu miałam duszności i postanowiłam rozstać się z nimi. Zgłosiłam się na ochotnika do ustawieniach na figurkach. Powiedziałam o co chodzi i że chciałabym już zawsze oddychać swobodnie i pełną piersią. Terapeuta zapytał czy mam jakieś hipotezy na ten temat. Miałam dwie, pierwsza kojarzyła mi się z 1 maja kiedy tata zawsze wracał pijany po pochodzie pierwszomajowym a potem to już była okazja za okazją. Maj jest pięknym miesiącem i najbardziej go lubię a z drugiej strony najgorzej wtedy się czuję. Jak byłam młoda zauważyłam, że w maju sama chętnie sięgałam po alkohol by zniwelować to uczucie duszności ale to nie pomagało. Drugim pomysłem na to skąd się to wzięło było nadużycie seksualne z dzieciństwa.  Przypuszczałam, że mogło to być w maju. Terapeuta polecił wybrać mi figurki reprezentujące mnie, rodziców każde z osobna i sprawcę nadużycia. Wyboru dokonuje się spontanicznie bez zastanawiania i ciekawe, że na mamę i siebie wybrałam małe figurki, dziecięce a mężczyźni byli duzi. Sprawca nadużycia był koloru czerwonego a tata zielonego. Ja byłam biała a mama żółta. Te figurki przypominają trochę klocki Lego. Można je zginać w kończynach i w pasie oraz obracać głowę. Swoją figurkę położyłam na plecach z głową zwróconą w stronę mamy, która stała po mojej prawej stronie, po lewej stał tata a na wprost sprawca. Terapeuta zbliżył do mnie sprawcę ale nic się nie wydarzyło, odwróciłam tylko taty głowę w stronę przeciwną do nas. Sprawca był mi obojętny i właściwie stwierdziłam, że nie ma już we mnie dawnych emocji i że to temat przerobiony na poprzedniej terapii.  Zapytał dlaczego mój tata ma odwróconą głowę a ja odpowiedziałam, że nigdy nie interesował się i był nieobecny gdy mi się przydarzyło coś złego. Były w tych słowach emocje. Wziął figurkę ojca i przybliżył ją do mojej. Zaczęło bić mi serce i zaczęłam mieć trudności z oddychaniem. Terapeuta widząc moja reakcję pyta co się dzieje, odpowiadam że bardzo boje się. Po chwili odsuwa figurkę i uspokajam się. Uczucie strachu mija i ze spokojem patrzę na figurki. Marek interweniuje terapeutycznie i mówi bym posadziła moją figurkę tak bym miała mamę za plecami i patrzyła na ojca stojącego w bezpiecznej dla mnie odległości. Terapeuta powiedział coś co spowodowało we mnie spokój i zrozumienie: prawdopodobnie tata musiał pić gdyż to było dla nas bezpieczniejsze, był wtedy dostatecznie daleko by nie stanowić dla nas zagrożenia. Jakkolwiek to może wydawać się bezsensowne i absurdalne to jednak podziałało. Duszności ustąpiły i będąc na urlopie oddychałam swobodnie. Po powrocie natomiast będąc z wizytą u rodziców i żegnając się już przy wyjściu z ojcem powiedziałam: cześć tatuś. Byłam bardzo zaskoczona tym co powiedziałam, gdyż nigdy w ten sposób nie zwracałam się do ojca. Zawsze to było: tato i nigdy inaczej. Tym razem wyrwało mi się spontanicznie tatuś, aż mnie zatkało ale i ucieszyło bo to oznacza, że coś się zmieniło.

c.d.n.

Rozpoczęcie programu Re-wizja

Roczny program z ustawieniami rozpoczynałam z ciekawością i nadzieją, że dowiem się czegoś nowego o sobie i mojej rodzinie. Na początku spotkania jak zwykle była rundka, podczas której przedstawialiśmy się i mówiliśmy z czym rozpoczynamy ten kurs, jakie mamy problemy i oczekiwania.  Moim celem było „rozszyfrowanie” pewnego symptomu, który jest ze mną od dawna, mianowicie w chwilach napięcia zaczynam palcem kręcić włosy w supełki. Nie jest to jakoś strasznie dokuczliwe, jednak w sytuacjach dłużej trwającego stresu mam na głowie niemalże kołtuny które trzeba z mozołem rozczesywać lub w skrajnych przypadkach wycinać nożyczkami. Ten symptom był wkurzający jak byłam dzieckiem i zupełnie nad nim nie panowałam. Kręciłam młynki jak tylko w domu coś się działo i potem mama się złościła, że nie może rozczesać mi włosów. Był też ulubionym obiektem kpin i żartów mojego rodzeństwa. Dużo wysiłku mnie kosztowało by tego nie robić i udawało mi się coraz lepiej nad tym panować, jednak nigdy do końca nie pozbyłam się go. Opanowałam za to do perfekcji sztukę kamuflażu, nikt nie zauważa u mnie tego do póki nie powiem o tym. Włosy mam na tyle długie i gęste, że łatwo to ukryć. Jak zaczynałam terapię DDA to miałam nadzieję, że do tego też dotrę ale nie zrobiłam tego. Poza tym nie zależało mi na tym tak bardzo, jednak teraz po śmierci syna stres był silniejszy niż kiedykolwiek przedtem, więc i symptom się nasilił. Drugim powodem była niemoc jaką czułam już od dłuższego czasu, co uniemożliwiało mi realizację planów. Byłam potwornie zmęczona i chciałam już odzyskać siły do działania co było moim drugim celem terapii.

Jak zobaczyłam całą grupę, to bardzo się ucieszyłam, gdyż spotkałam koleżankę ze studiów, z którą często przygotowywałam się do egzaminów i którą lubiłam. Zobaczyłam też ku swojej radości dziewczynę, którą poznałam miesiąc wcześniej na jednym z ustawień i razem „grałyśmy” rolę w bardzo trudnym emocjonalnie ustawieniu. Ja byłam po raz pierwszy w roli babci a ona wnuczki. Wnuczka nie miała siły by żyć i w konwulsjach osuwała się na ziemię, a ja jak silny filar podpierałam ją i dawałam siły tak długo, aż mogła samodzielnie stanąć na nogi. To było mega trudne ustawienie w tym sensie, że właściciel ustawienia miał duży problem wynikający z trudnej przeszłości systemu rodzinnego. Czułyśmy jak ciężkie tematy ma do ogarnięcia. Zazwyczaj po ustawieniu zapomina się po jakimś czasie, ale to było wyjątkowe. Obie poczułyśmy się wyjątkowo silnie obsadzone w swojej roli. Było tam silne wzruszenie i więź babci z wnuczką. Ja w tym czasie byłam świeżo upieczoną babcią wnuczki, której towarzyszyłam w przyjściu na świat i moje uczucia w tym temacie były świeże. Moja córka mieszka od wielu lat za granicą i kiedyś jej obiecałam, że jak będzie mnie potrzebować to przyjadę  i będę tak długo, ile potrzeba. Poprosiła mnie bym była obecna przy porodzie i przez jakiś czas po. Pojechałam wtedy na miesiąc do niej i byłam z nimi w tych ważnych chwilach. Poród córki przebiegł prawidłowo i byłam z niej niesłychanie dumna. Mała zawładnęła moim sercem od pierwszego otwarcia oczu i jestem babcią zakochaną bez pamięci w swojej wnuczce. Jednak dowiedziałam się o sobie, że nie jestem już tak silna jak mi się zdawało. To kosztowało mnie dużo więcej niż myślałam. Po stracie jednego dziecka patrzenie na cierpienie drugiego, nawet jeżeli jest to fizjologiczne, naturale i przewidywane cierpienie, było niesłychanie trudne i wyczerpujące. W pewnym momencie musiałam wyjść do toalety i ochłodzić się wodą bo czułam, że jeszcze chwila i zasłabnę. Dałam radę, ale powiedziałam już sobie, że to był pierwszy i ostatni raz. Teraz rozumiecie z jakimi emocjami byłam w temacie babci i wnuczki i że na ustawieniach takie tematy się odnajdują i nie przez przypadek jest się wybieranym do ustawienia. Powiedziałam wtedy tej dziewczynie, że za miesiąc rusza kurs, ona była wtedy pierwszy raz na ustawieniach i od razu weszła w tak silne emocjonalnie role a mimo to nie przestraszyła się. Jak zobaczyłam ją na kursie to bardzo się ucieszyłam.

Na ustawieniach dzieje się dużo i trudno mi opisywać wszystko, bo jak jestem w roli to mocno skupiam się na tym co czuję i rzadko ogarniam resztę ustawienia. Zresztą nie mam prawa pisać o problemach innych, jedynie mogę o swoim doświadczeniu. Na pierwszym spotkaniu poza dużym ustawieniem robiliśmy w podgrupach małe proste ustawienia trzyosobowe. Zostaliśmy podzieleni na czteroosobowe grupki i każda grupka pracowała oddzielnie ze sobą. Po kolei każde z nas ustawiało siebie ze swoimi rodzicami. Zadanie polegało na tym, że powtarzałam kilkakrotnie zadania zaczynające się „moja mama jest…” a potem to samo z tatą. Po pięciokrotnym powtórzeniu zdania wybierałam reprezentanta matki, ojca i siebie. Jakież było moje zdumienie, kiedy ujrzałam obraz siebie w konstelacji związku moich rodziców. Tata i mama stali daleko od siebie a ja po środku. Mama wręcz uciekała od ojca i patrzyła gdzieś daleko, tata stał jak dziecko opuszczone ze smutną miną, rękoma zwieszonymi w geście bezradności i z błaganiem na twarzy. Jak zobaczyłam dziewczynę w roli mojego ojca to nie miałam wątpliwości, że tak jest. Jej twarz do złudzenia przypominała mojego ojca. To niesamowite jak emocje i mimika dopasowują się do roli tak, że nie ma wątpliwości. Stałam tak pomiędzy nimi i czułam, że system rodzinny wyznaczył mi taką rolę, łącznika, negocjatora ogarniającego sytuację. Ustawienie zakończyło się tym, że wyszłam z pomiędzy rodziców mówiąc, że to nie moja sprawa i ze mam swoje życie a oni swoje. I tak jest w realu, od dawna nie jestem w roli rozjemcy między nimi. Tak było w dzieciństwie, zwłaszcza jak mieli tzw. ciche dni to jak krążyłam między nimi i powtarzałam co mi kazali. Dziwnym uczuciem było zobaczyć to po latach już z dystansu bez emocji, które kiedyś mi towarzyszyły gdy wspominałam tamte czasy. Teraz widzę korzyści jakie z tego wyniosłam i umiejętność oddzielania swoich spraw od nie swoich. Pierwszy raz też spojrzałam na ojca jak na skrzywdzone dziecko, ofiarę losu, a nie przemocowca za jakiego go miałam.

c.d.n.

Co mi dała terapia pogłębiona?

Terapia  bezlitośnie obnażała nasz mechanizmy obronne; niedojrzałe, dziecięce, wręcz dziecinne. Z trudem przyjmowałam fakt, że ja też się nimi posługuję. Gdy przyszła kolej na omawianie mojego rysunku, byłam już po paru „mocnych” sesjach, w których coś uporządkowałam. Jak się okazało, nie wszystko było „wymiecione spod dywanu”. Grupa zwróciła uwagę, że mój rysunek będący planem mieszkania tak naprawdę pokazuje izolowanie się poszczególnych członków rodziny, chociaż drzwi do poszczególnych pomieszczeń były pootwierane. Rysunek był starannie ubrany, podobnie jak mój wygląd perfekcyjnie dopracowany w każdym szczególe. W moim ubiorze nie ma miejsca na przypadkowość i każdy detal jest przemyślany. Nie przypuszczałam, że jest to tak widoczne i tak jestem odbierana. Wydawało mi się, że nie jestem dość dobrze ubrana. Inną rzeczą, na którą zwrócono uwagę to brak granic zewnętrznych na rysunku. Były ściany pomiędzy pomieszczeniami, ale nie było murów zewnętrznych. To mi uświadomiło, jak mało bezpiecznie czułam się w domu. Omawianie mojej pracy powodowało, że czułam się coraz mniejsza, obnażona, pozbawiona obrazu i bezbronna jak dziecko. To był trudny czas, źle się czułam i byłam rozbita, a na dokładkę zbliżał się czas przerwy wakacyjnej w terapii i nie wyobrażałam sobie życia bez spotkań z grupą. Cierpiałam na samą myśl o przerwie. Ciekawe, że nikt inny nie miał takich obaw. Terapia psychoanalityczna jest najgłębiej sięgająca i miałam możliwość poczuć swój dawny strach dziecka bojącego się porzucenia, nadużycia i przemocy. Przez dwa tygodnie leżałam cierpiąca. Nieraz rozmawialiśmy przez telefon z uczestnikami terapii. Byliśmy z różnych miast i nie mieliśmy możliwości spotkać się poza grupą. Moje cierpienie psychiczne przeniosło się na somatyczne i udałam się do lekarza. Ten zignorował zgłoszone przeze mnie fakt, że jestem w pogłębionej terapii dla DDA i wszczął alarm. Wysłał mnie do szpitala z podejrzeniem poważnej choroby. Spędziłam kilka dni na gruntownej diagnostyce, łącznie z tomografią komputerową, na którą zawieziono mnie karetką do innego miasta. Byłam wyjątkowo spokojna o wyniki i dobrze czułam się w szpitalu, pod opieką innych. Tym razem to inni się mną opiekowali. Wszystkie wyniki okazały się prawidłowe. To doświadczenie pokazało mi, jak silne oddziaływanie na zdrowie mają niezałatwione, stare sprawy. Im więcej mamy „zamiecione pod dywan”, tym więcej problemów zdrowotnych. To samo zjawisko obserwowałam u swojej przyjaciółki, która za moim przykładem również poszła na tę terapię. Również wylądowała na oddziale, tyle, że z podejrzeniem ukrytej wady serca. Ona także miała prawidłowe wyniki badań. Mam jednak świadomość, że nie każdy odważy się na taką terapię. W moim przypadku była determinacja podyktowana kierunkiem studiów, chociaż już wiedziałam, że psychoanaliza nie jest kierunkiem, którym bym chciała podążać.

Po wakacyjnej przerwie z radością pojechałam na spotkanie. Znów cieszyłam się towarzystwem grupy. To naprawdę było dla mnie pasjonujące. Jednak jesienią zaczęły się małe nieporozumienia i niesnaski między niektórymi uczestnikami grupy. Moja mandala po wielu kolorach, łącznie z oczyszczającą bielą, zaczęła się zbliżać do środka. Wciąż nie wiedziałam jaki tam będzie kolor i myślałam o tym z niepokojem. W grupie bardzo związałam się z dwiema osobami, które przypominały mi ojca i mnie samą sprzed wielu lat. Jednak konflikty nie ominęły także naszych relacji. Było niespokojnie, straszno i smutno. Zdecydowałam się poruszyć ten temat na grupie. Bałam się i gdy terapeutka zadawała mi pytania, odpowiadałam jak w transie. Byłam odrętwiała i nie do końca wiedziałam, o co tak naprawdę chodzi i gdy nagle – ku memu najwyższemu zdumieniu dla siebie samej – powiedziałam ze szlochem, że bardzo kocham mojego tatę i strasznie za nim tęsknię, za tym, którego utraciłam w dzieciństwie, gdy zaczął pić i przestał być dla mnie ochroną. Bardzo się rozpłakałam. Miałam takie uczucie, jakby ktoś ze mnie wyciągnął za stary łańcuch stary, omszały kamień z kolcami. To okazało się moją największą i najgłębszą tajemnicą. Ja sama nie byłam świadoma tej miłości. Do domu wracałam oszołomiona, jak na skrzydłach. Czułam niesamowitą lekkość i radość. Tamtej nocy nie mogłam zasnąć. Wydawało mi się, że lecę wysoko w przestworza, lekka jak piórko i jestem tam sama, ale nie samotna. Czułam jakbym była w chmurach i był tam cudowny spokój i ukojenie. Pierwszy raz doświadczałam takiego stanu. Nie znam działania narkotyków, ale myślę, że do takiego stanu dążą Ci, którzy je zażywają. Ogarnęło mnie uczucie miłości do siebie i ludzi. Ten stan utrzymywał się dosyć długo. Na następnym spotkaniu oznajmiłam, że mogę śmiało powiedzieć iż kocham te dwie osoby z grupy, które stały się dla mnie bliskie. To uczucie tak naprawdę odzwierciedlało mój stosunek do ojca i siebie samej. Od tego czasu moja relacja z tatą zaczęła się coraz bardziej polepszać i ocieplać. W mojej mandali natomiast na samym środku znajduje się kolor różowy.

c.d.n.

Odmrożona rozpacz

Po opowiedzeniu tej historii zmartwiałam, byłam w odrętwieniu. Nigdy nie opowiadałam tego co ze mną się działo wtedy i po tym. To było niezwykle trudne dla mnie jako dziecka. Przez lata zmagałam się z falą różnych uczuć i emocji. Wychowana byłam na „porządną” kobietę a byłam nadużywana przez mężczyzn z najbliższego otoczenia. Z jednej strony wpajano mi „czystość” a z drugiej brukano moje ciało jak się komu podobało nie pytając mnie o zdanie. To wyjątkowy rodzaj hipokryzji z jakim zmagałam się dosyć długo. To swoiste zakłamanie, które zostało mi wpojone i długo trwało zanim w tym wszystkim odnalazłam siebie, co ja chcę i co jest dla mnie dobre. Mam świadomość, że to czego doświadczyłam jest czubkiem góry lodowej doświadczeń innych ludzi w tym obszarze. Terapia pozwoliła mi uwolnić się od brzemienia wstydu i poczucia winy, które gdzieś głęboko miałam zakodowane jakbym to ja była sprawcą nadużyć. Jak do mnie dotarło, że moje dzieciństwo zostało ucięte i przestałam być niewinnym dzieckiem już jako ośmiolatka a jako dwunastolatka doświadczyłam spraw grubo wystających ponad moją dojrzałość psychiczną i jakie to miało przełożenie na moje życie to zaczęłam nagle się trząść i płakać w głos. Po raz kolejny doświadczałam czegoś dla mnie nie zrozumiałego. Zapytałam później terapeutki dlaczego tak „dziwnie” płakałam. Ona zapytała mnie czy kiedyś przeżywałam rozpacz? A ja nie potrafiłam sobie przypomnieć bym rozpaczała. Pewnie kiedyś tak, jednak to było zakopane głęboko i zamrożone. Teraz było mi dane rozpaczać z powodu utraty niewinności i beztroskiego dzieciństwa, które zostało nagle przerwane a ja musiałam przez lata żyć tak, jakby ono nadal trwało. Rodzice chcieli widzieć swoja córeczkę zawsze uśmiechniętą, nauczyłam się nosić na twarzy maskę. Dopiero teraz w trakcie terapii zostawały zdejmowane z mojej twarzy jedna maska po drugiej. Kiedyś czytałam, że terapia DDA przypomina obieranie cebuli warstwa po warstwie i przy każdej kolejnej są łzy. Jakże trafne porównanie.To jednak są zdrowe, prawdziwe i autentyczne przeżycia dające ukojenie i możliwość życia w prawdzie i zgodzie ze sobą. Poznawałam siebie i uczyłam się żyć ze swoimi emocjami, które wylewały się falami ze mnie w miarę postępowania terapii. A to wszystko działo się przy omawianiu rysunków innych osób. Do mojego było jeszcze daleko a ja i tak byłam w procesie. Moim zasobem jest to, że sumiennie podchodzę do tego rodzaju aktywności. Nie tracę czasu na bierne słuchanie tylko wchodzę z wszystkimi emocjami, dzięki temu mam poczucie, ze dobrze wykorzystałam czas dany mi na terapię. Po mojej opowieści inni też zaczęli się otwierać i opowiadać o swoich zmaganiach z nadużyciami, swoją seksualnością, bezradnością gdyż jako dzieci podobnie jak ja, nie mieli do kogo się z tym zwrócić. To wielkie TABU w naszym społeczeństwie. Wszyscy chcą wierzyć w niewinność dzieci i często nie mają pojęcia z jaką wiedzą i jakim doświadczeniem borykają się niektóre dzieci. Po czymś takim nie ma już opcji na beztroskę i niewinność. Ja na długie lata całą swoja uwagę  i energię skierowałam na unikanie kontaktu z mężczyznami i na walkę z rodząca się seksualnością. Osłabiło to znacznie mój potencjał życiowy na długie lata. Zaczęłam mieć kłopoty z nauką, zwłaszcza jak nauczycielem był mężczyzna. Jak z rodzicami gdzieś wyjeżdżaliśmy i była opcja zostania na noc i ja widziałam, że ktoś zwrócił na mnie uwagę lub powiedział, że jestem ładna lub podobam się komuś, to dostawałam histerii i musieliśmy wracać do domu. Dla rodziców było to dziwne i niezrozumiałe a ja umierałam ze strachu, że znowu ktoś wyciągnie po mnie swoje pożądliwe ręce jak po zabawkę. Straciłam zaufanie także do swojego brata. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co się wtedy wydarzyło ale stanęło to miedzy nami na zawsze. Nasza więź rozpadła się i staliśmy się  sobie niemal obcy. Nigdy już nie potrafiliśmy być ze sobą szczerzy. Tak naprawdę unikamy się i widujemy niezwykle rzadko przy okazji jakichś większych zjazdów rodzinnych. Terapia pomogła mi uwolnić się od urazy jaką  do niego żywiłam i wybaczyć mu. Mam nadzieję, że znajdzie się okazja by mu o tym powiedzieć, bo mam wrażenie że poczucie winy jest dla niego również ciężarem, który dźwiga przez całe życie.

Tak wiec drugi maraton terapeutyczny ubiegł nam na tematach związanych z nadużyciami i przemocą fizyczną jakiej doświadczyli niektórzy uczestnicy. Pomimo tak ciężkich tematów, humory  nam dopisywały i po wyrzuceniu z siebie wieloletniego balastu i wypłakaniu zaległych łez potrafiliśmy cieszyć się swoim towarzystwem i zacieśniać rodzące się więzi. Jeden z uczestników   nie mógł być na tym maratonie i to stało się przyczyną kolejnej straty. Po powrocie widzieliśmy jak ważne jest, by cała grupa była obecna w tak ważnych momentach. Ta osoba „wypadła” z procesu, już nie nadążała za nami i podobnie jak poprzednia opóźniałaby dalszą pracę. Jednym z warunków było obowiązkowe uczestnictwo we wszystkich maratonach. Tym sposobem doświadczyliśmy drugiej straty, a właściwie trzeciej bo w międzyczasie ktoś odszedł na własne życzenie. Potem jak spotykaliśmy się to mówili, że żałują bo odejście niczego im nie rozwiązało i nadal maja coś do zrobienia. Potem jeszcze inne osoby odeszły i o niektórych wiem, że mimo to wrócili do terapii, a o niektórych już nic więcej nie słyszałam.

Emocjonalny poligon

Po stracie jednego z uczestników terapii grupa potrzebowała czasu, by się z tym ułożyć. Będąc w procesie terapeutycznym odczuwałam więcej i intensywniej. Wtedy przypomniał mi się mój dziadek, którego bardzo kochałam, a nie potrafiłam, ku memu ogromnemu zdziwieniu, opłakiwać jego śmierci. Pamiętam jak dziś, gdy siedzę w kościele na mszy i wszyscy płaczą, a ja raptem uroniłam dwie, trzy łzy i koniec. Na cmentarzu też nie płakałam i bardzo mnie to dziwiło. To był pierwszy, namacalny dla mnie sygnał, że z moimi emocjami jest coś nie tak. Poza tym zdziwieniem nie przeszkadzało mi to w życiu przez długie lata. Teraz jednak, gdy emocje stały się żywe i plastyczne, widzę jak wiele traciłam. Przeżywając stratę w grupie „przy okazji” opłakiwałam dziadka. Było to coś w rodzaju opóźnionej o ładne dwadzieścia parę lat żałoby. To był dobry, kojący płacz, który przychodził i odchodził przez dwa tygodnie, a potem przeszło.

Praca w grupie nabrała dynamiki. Kolega przytulacz znakomicie wywiązywał się ze swojej roli, a inni poszli jego śladem i prawie wszyscy ze wszystkimi witali się i żegnali „na niedźwiedzia”. Bardzo tego potrzebowaliśmy i dawaliśmy sobie nawzajem dużo wsparcia. Kolega nadal siedział obok mnie i tak już zostało do końca terapii. Im bliżej się poznawaliśmy, tym więcej widziałam wspólnych cech. Słuchając jego opowiadań w czasie przerw, zaczynałam odzyskiwać ciepłe wspomnienia z dzieciństwa, z czasów kiedy tata nie pił. To było niesamowite, ile dobrych wspomnień ukrywa się za „nieprzerobioną” krzywdą. Słuchając jak opowiadał o tym, co robił ostatnio ze swoimi dziećmi, momentalnie jak błysk flesza wracały wspomnienia z połowów ryb, grzybobrania, wycieczek, wspólnych zakupów, chwil bliskości przy ważnych wydarzeniach rodzinnych. Miał w sobie kilka cech bardzo podobnych do mojego ojca i dzięki temu stał się dla mnie swoistym pasem transmisyjnym, który przenosił mnie do wspomnień z dzieciństwa. Rzecz jasna byłam i nadal jestem wdzięczna mu za to. Jednak nie zawsze było tak różowo…

Pewnego dnia na forum grupy stanął temat nadużyć seksualnych. Wydawało mi się, że miałam ten temat już poukładany. Jednak jak inni zaczęli opowiadać o swoich tragediach trwających latami, bądź o agresywnych reakcjach rodziców, gdy dowiedzieli się, że ich dziecko zostało nadużyte, skierowanych – o zgrozo – przeciw temu dziecku, moje wspomnienia odżyły z całą gamą emocji. Ten temat bardzo nas wszystkich poruszył. Oczywiście nie wszyscy ludzie mają takie doświadczenia, jednak w tej grupie spora część tak. Z moich obserwacji, badań przeprowadzonych na uczelni przez profesorów i studentów wiem, że jest to dość powszechne, aczkolwiek starannie ukrywane zjawisko. Iluzją jest to, że żyjemy wśród dobrodusznych katolików, ceniących sobie zasady moralne. Dużo zła dzieje się w obrębie tychże rodzin. Po kolei słuchaliśmy mrożących krew w żyłach historii bezradnych dzieci, krzywdzonych pod rodzinnym dachem, niejednokrotnie przez rodziców lub tak jak w moim przypadku za ich przyzwoleniem. Nie wszyscy jednak zdobyli się na „skok na głęboką wodę”. Miałam wrażenie, że przyszliśmy całą grupą nad jezioro ze swoimi opiekunami. Część podjęła ryzyko wypłynięcia na głębię i uczyła się pływania i nurkowania. Taka terapia działała nie tylko oczyszczająco, ale także poprawiała kondycję psychofizyczną. Nabrawszy umiejętności radzenia sobie z emocjami, po jakimś czasie czuliśmy się jak ryby w wodzie. Jednak część grupy, pomimo podobnych doświadczeń postanowiła nie rozstawać się ze swoimi traumami. Przypominali grupkę dzieci stojących na brzegu z nogami zanurzonymi do kostek, brodzących po brzegu lub czających się w szuwarach, by nikt ich nie zauważył i nie zaprosił do nurkowania. Rozumiem obie postawy. Jak już wcześniej pisałam, nie każdy jest gotów do głębokiej terapii. Jednak jest zasada, która sprawdza się w tego typu sytuacjach: im więcej wniesiesz do grupy, tym więcej wyniesiesz. Jeżeli ktoś planuje tylko przychodzić na terapię i słuchać, by na nowo ułożyć sobie w głowie swoje sprawy, to od razu mówię, że traci czas. To jest podobnie jak z powiedzeniem „Im więcej potu na poligonie, tym mniej krwi w boju”. Terapia bywa swoistym poligonem emocjonalnym, gdzie można przećwiczyć to, czego nie dane było doświadczyć w dzieciństwie. Terapeuci, jak dobrzy rodzice, tłumaczyli, nazywali, uspokajali i dawali wskazówki jak można inaczej. Nie ukrywam, że wylaliśmy wspólnie wiele łez przy niejednej historii. Jednak pierwszy raz doświadczałam wspólnego płaczu z innymi ludźmi. Pierwszy raz miałam przyzwolenie na tyle płaczu, ile chciałam. Jednak sama sobie jeszcze nie dawałam takiego prawa. Wtedy poza grupą nie płakałam przy innych. Tam przechodziłam pierwszy trening. W domu jeżeli płakałam, to w samotności.

c.d.n.

Konfrontacja z terapeutą – konfrontacja z rodzicem

Po jakimś czasie zrozumiałam, że z terapeutką przeżywam to, czego nie mogłam przeżyć z matką. W domu często pełniłam rolę „przyjaciółki – powierniczki”, co odbierało mi możliwość przeżycia buntu w okresie dojrzewania i skonfrontowania się z matką, by móc się stać dojrzałą kobietą. U mnie wszystko było – za przeproszeniem – „od dupy strony” i to prawie dosłownie. Na terapii przeszłam bunt i walkę z matką. Przeniosłam na terapeutkę uczucia, których nie dane mi było przeżyć w stosunku do matki. Ta ostatnia sesja wyglądała tak, jakby dwie wilczyce walczyły o przywództwo w stadzie. Czytałam w tym czasie moją ulubioną książkę „Biegnąca z wilkami” i stąd to skojarzenie. Oczyma wyobraźni widziałam dwie wilczyce z obnażonymi kłami, zjeżoną sierścią na karku i z utkwionym w siebie wzrokiem, które poruszają się powoli, wkoło, trzymając dystans i zamiatając ziemię ogonem… po chwili rozchodzą się bez walki.

Po raz pierwszy w swoim życiu skonfrontowałam się z inną kobietą i to było niesamowite przeżycie. Minęło już 5 lat, a ja wciąż mam je w pamięci. Dowiedziałam się, że mogę wyznaczać granice i nic złego się nie stanie, a także walczyć o siebie i poczucie godności. Dowiedziałam się również, że jak reaguję w zgodzie z sobą i jestem pewna swego to jestem traktowana z szacunkiem. Nie muszę zabiegać o niczyje uznanie. Mało tego, ja nie musiałam walczyć. Wystarczyło, że szczerze powiedziałam o co mi chodzi i ujawniłam swoje emocje. To bardzo wartościowe doświadczenie. Dużo z tego się nauczyłam, gdyż do tej pory kobiety nadmiernie idealizowałam i nie dawałam sobie prawa do stawiania granic. Tak jak mężczyznom stawiałam zbyt wysoki mur, tak kobietom pozwalałam na wszystko. Dawałam się także wykorzystywać. Było to widoczne zwłaszcza w pracy. Także w przyjaźniach dawałam z siebie wszystko, nie oczekując niczego i zazwyczaj zostawałam z pustką i poczuciem straty. Po raz pierwszy poczułam, jaka moc płynie z autentycznych emocji, bez maski grzecznej dziewczynki, poprawnej i ułożonej. Nie było w tym agresji, lecz wyrażona została złość i niezadowolenie. Byłam z siebie niesamowicie dumna. To nie popsuło naszej relacji, wręcz przeciwnie. Obie traktowałyśmy się z szacunkiem, a ja uznałam jej wyższość nad sobą, choć była młodsza, ale stwierdziłam, że jej rola terapeutki jest nadrzędna. Dzieci z rodzin dysfunkcyjnych mają z tym problem, bo albo nie ufają dorosłym z powodu doznanych krzywd, albo tak jak ja czują nad nimi przewagę. Ta przewaga jest oczywiście iluzoryczna i nieprawdziwa. Tak naprawdę robi więcej szkody niż pożytku . Nigdy nie potrafiłam znaleźć swojego miejsca „w szeregu”, gdyż to, które zajmowałam w rodzinie nie było właściwym miejscem dla dziecka. Dziecko zawsze powinno być za rodzicami, a nie przed nimi. Jak to zrozumiałam, zaczęłam robić porządki w mojej obecnej relacji z rodzicami. Oni wciąż chętnie udawali przede mną dzieci przenosząc na mnie odpowiedzialność. Przestałam ją na siebie brać i zaczęłam powtarzać jak mantrę: jestem waszym dzieckiem. To poskutkowało, powoli nasze relacje zaczęły się zmieniać. W dzieciństwie często wchodziłam w rolę przemądrzałej, bo widziałam, że to deprymuje moich rodziców. Dawało mi to satysfakcję i traktowałam to jako odwet za moje krzywdy. Niestety nikt w tym układzie nie był szczęśliwy i nie znajdował się na swoim miejscu. Nie miałam nawet możliwości skonfrontowania się z dojrzałą matką będąc w okresie dojrzewania, bo już jako dziecko zostałam obciążona i nie rozwijałam się tak, jak powinno to następować. Na szczęście pewne rzeczy można uporządkować i przywrócić wszystkim należne miejsca. Ta konfrontacja z terapeutką kończyła okres dzieciństwa i weszłyśmy w okres dojrzewania. po krótkiej przerwie terapia zaczęła iść już innym torem, gdyż dołączyła do tego procesu praca w grupie pogłębionej i moja terapeutka tę grupę prowadziła.

c.d.n.

Strategie radzenia sobie ze wstydem – czy aby na pewno skuteczne?

Emocje, których doświadczałam były prawdziwe, chociaż dotyczyły odległych czasów – jakoś czterdzieści lat temu. Pomocna była świadomość, że wstyd, który zaczęłam odczuwać  jest dawną emocją, jednak mimo to miałam chęć zaszyć się w domu i nie wychodzić do ludzi. Nie trwało to długo. Poddawałam się temu chętnie, gdyż miałam już świadomość jakie są konsekwencje tłumionych emocji. Jak sięgałam pamięcią wstecz nie pamiętam bym odczuwała wstyd. Tą emocję „wykasowałam” przez odcięcie się od niej. Gdy byłam jeszcze młodsza, to łatwo było mnie zawstydzić wyśmiewając się ze mnie. Od wydarzeń z molestowaniem, żeby móc żyć, zaczęłam odcinać się od wstydu. Po pewnym czasie przestałam go odczuwać, a nawet rozpoznawać. Jednak za taką strategię płaci się wysoką cenę. Traci się kontakt z innymi uczuciami. Ponieważ nasza psychika nie potrafi selektywnie odcinać się od emocji, efektem jest pewne odrętwienie lub tez zamrożenie wszystkich uczuć, także tych, które chcielibyśmy przeżywać, jak choćby miłość czy radość. Tracimy również energię, gdyż trzeba jej dużo przeznaczyć na nieprzeżywanie. Kolejną stratą jest orientacja w rzeczywistości, wskutek czego stajemy się zagubieni i nie potrafimy podejmować dobrych dla siebie decyzji i dokonywać zmian. Jak dowiedziałam się o tym wszystkim, stało się dla mnie jasne dlaczego nie potrafiłam określić czego chcę w życiu. Przez długie lata nie wiedziałam czego chcę, począwszy od wyboru szkoły i zawodu, a na pasjach i przyjaźniach kończąc. Tak naprawdę moje życie zaczęło się od pierwszej terapii 20 lat temu. Wtedy nastąpiło pierwsze „rozmrożenie” i zaczęłam kontaktować się ze swymi uczuciami. Proces wtedy zapoczątkowany jest wciąż w toku, to rozwój. Dzięki temu mogę cieszyć się życiem i nie odczuwam już strachu przed przeżywaniem żadnych emocji.

Inną strategią chroniącą przed wstydem jest wycofanie. Zaczynamy unikać tych miejsc, ludzi, sytuacji, które narażają nas na przeżywanie wstydu. W moim przypadku zaczęłam sukcesywnie unikać mężczyzn. Jedynym, którego akceptowałam był dziadek. Koszty, jakie ponosimy w wyniku tej strategii to zmniejszenie szans, tracąc ważne dla siebie możliwości i kontakty. Pozbawiamy też sami siebie bliskich, znaczących kontaktów z ludźmi. Dopóki byłam dziewczynką to mężczyzn unikałam, ale z chłopcami chętnie się bawiłam na podwórku i w szkole. Miałam bardzo dużo kolegów, aż do momentu dojrzewania. Wtedy zaczęłam się robić agresywna w miarę jak oni przestawali być dziećmi, a zaczynali stawać się mężczyznami. Odczuwałam w stosunku do nich coraz silniejszy lęk. Także ojca traktowałam jak wroga.

Kolejną strategią jest złość, na którą zamieniamy wstyd, gdy tylko poczujemy, że zaczyna się do nas zbliżać. Zazwyczaj jest to nieświadoma reakcja. Długie lata, dzięki tej strategii, trzymałam mężczyzn na dystans. Nawet tych, których lubiłam. Będąc matką dwóch synów w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że gdzieś, w jakimś obszarze, swoją złość kieruję na nich i ich ojca. To przez długi czas było poza moją świadomością. Zawsze potrafiłam znaleźć racjonalne powody mojej złości i nigdy bym jej nie powiązała z wypartym wstydem z odległego dzieciństwa. O ileż lepiej mi żyć w świadomości i nie krzywdzić tych, których kocham. Mam również wnuków, więc nie miałam innego wyjścia, tylko pożegnać się ze złością i polubić mężczyzn. Koszty, jakie ponosimy stosując tę strategię to trzymanie innych na odległość, wzbudzanie strachu w innych i stawanie się sprawcą przemocy.

Kolejną strategią na „pozbycie się” wstydu to perfekcjonizm, który można zamknąć w stwierdzeniu: „spróbuję robić wszystko idealnie, żeby nie mieć czego się wstydzić”. Jedną z postaci perfekcjonizmu, spotykaną zwłaszcza u osób współuzależnionych, szczególnie mi bliska, to próba postępowania w sposób zadowalający wszystkich: „Będę taka, jaką chcecie, żebym była”. Koszty tej strategii są wysokie: zmęczenie, utrata luzu i spontaniczności, wyrzeczenie się samego siebie, życie w nieustannym poczuciu zagrożenia, że jednak coś pójdzie nie tak i zamiast na „szóstkę” zrobię to na „trzy z plusem”. Rodzi to ciągłe napięcie i powoduje niechęć innych. Perfekcjoniści nie są lubiani, gdyż nieustannie podnoszą poprzeczkę tworząc wyśrubowane normy. Poza tym, skupiając się na tym, by wypaść perfekcyjnie, nie mają już siły by skupić się na innych.

Innym popularnym sposobem radzenia sobie ze wstydem jest wywyższanie siebie i poniżanie innych. Polega to na podkreślaniu, że moje cechy, zachowanie, dokonania i osiągnięcia są lepsze od innych. Ogólnie to moje jest lepsze od twojego. Ciągłe obserwowanie, by znaleźć błędy u innych i wytknąć je, wykorzystać każdą gafę, by udowodnić swoją „wyższość”. Specjalnością jest okazywanie pogardy i lekceważenia wobec osoby najbliższej. Zawstydzacze dążą do pomniejszenia wartości innych, by sami mogli poczuć się lepiej ze sobą. Mistrzami w tym są rodzice stawiający za wzór bardzo często siebie, albo jakieś idealne dziecko z rodzeństwa, dalszej rodziny lub sąsiedztwa. Tutaj większą rolę od treści odgrywa ton wypowiedzi, z której jasno wynika, że nie tylko „moje lepsze” ale „twoje gorsze”. Koszty tej strategii ponosi się w obszarze relacji z innymi, zamiast serdecznych, spontanicznych i otwartych – stają się zamknięte, pozorne, nastawione obronnie przed poniżeniem. Wzbudza to też dużo złości, niechęci i irytacji. Najczęściej pojawia się też niezrozumienie u takiej osoby, dlaczego kontakty z innymi źle się układają – przecież szczerze mówi co myśli.

c.d.n.

Wstyd

Następnym uczuciem, który omawialiśmy na mitingu był wstyd. Jest on inny niż poczucie winy. To chyba jedyna emocja, z którą się nie rodzimy, tylko ją nabywamy dorastając w środowisku nieakceptującym nas. Małe dzieci są bezwstydne i niewinne, dopóki nie zostaną zawstydzone przez otoczenie. Uczucie wstydu jest czymś w rodzaju niejasności na swój temat. To poczucie bycia gorszym, bezwartościowym. Osoba obarczona dużym ładunkiem wstydu ma wrażenie, że jej istnienie jest bez znaczenia. Ani dobre, ani złe, po prostu nie ma znaczenia. Uczucie wstydu pozbawia nas mocy do działania, hamuje nas w wielu obszarach. Jeżeli nie dostaliśmy dostatecznej ilości wsparcia i zachęt do dalszych wysiłków, co mogłoby zneutralizować tę niemoc, to zaczynamy przejawiać postawę bezsilności. Wstyd to stan niskiego poczucia własnej wartości i może mieć różne źródła i przejawiać się przez wrażenie, że jest się np. zbyt niskim, nie jest się tak inteligentnym jak inni, nieatrakcyjnym, nieważnym, niepożądanym przez nikogo, głupim.

Zawstydzanie często bywa stosowane jako „metoda wychowawcza” nie tylko przez rodziców, ale też w szkołach lub religiach. Osobami zawstydzonymi łatwiej sterować czy manipulować. W moim przypadku uczucie wstydu przerodziło się w perfekcjonizm. Wstydem było dla mnie czegoś nie wiedzieć. Byłam zawstydzana w obszarze wiedzy. Jeżeli czegoś nie wiedziałam, to w głowie pojawiała się myśl „ty kretynko”. Przez długie lata nie miałam świadomości, że jest we mnie tak dużo tego uczucia. Oczywiście starannie je ukrywałam, ale teraz widzę, że ograniczało mnie ono w wielu dziedzinach. W szkole podstawowej pomimo iż byłam dobrą uczennicą, nie lubiłam się zgłaszać do odpowiedzi. Nigdy nie byłam pewna, czy dobrze myślę. Bałam się, że zostanę wyśmiana, gdy odpowiem źle. To z kolei odebrało mi możliwość popełniania błędów, przyglądania się im i ich poprawiania. Nie dawałam sobie do tego prawa. Rodziło to duże napięcie, które zahamowało mnie w rozwoju na długie lata. Wycofywałam się po pierwszych trudnościach i wstyd robił swoje. Gdzieś w głowie miałam przekonanie, że jeśli czegoś nie potrafię robić dobrze, to lepiej wcale tego nie robić. Wstydziłam się, że nie jestem doskonała, porównywałam się z innymi i zawsze wypadałam niekorzystnie. Jedyne co wychodziło mi dobrze, to wygląd zewnętrzny. Ponieważ zdolności do szycia posiadałam od dziecka, to potrafiłam perfekcyjnie zadbać o swój wygląd. Akurat w tym obszarze dostawałam wzmocnienia i tam dawałam sobie prawo do rozwoju. Jednak jak zaniedbywałam inne obszary – duchowość, emocjonalność, wrażliwość – to skupianie się tylko na wyglądzie prowadziło do przegięć. Potrafiłam przebierać się pięć razy dziennie i za każdym razem musiałam zmieniać wszystko, bo każdy detal musiał idealnie komponować się z całością. Totalne wariactwo, ciągłe poszukiwanie idealnego ciucha, butów, torebki, paska, biżuterii, koloru włosów i bóg wie jeszcze czego. Będąc młodą dziewczyną nie potrafiłam cieszyć się swoim naturalnym wyglądem. Byłam umalowana i przebrana. Mówiono o mnie, że jestem atrakcyjna, ale nie czułam się nawet ładna, nie mówiąc już o pięknie. Wciąż czułam się niewystarczająco dobra. To wszystko zaczęło się zmieniać, jak w moim otoczeniu pojawili się ludzie, którzy mnie wspierali; a właściwie wtedy, gdy zaczęłam słyszeć ich głosy. Dopiero wtedy powoli wyzbywałam się głęboko ukrywanego wstydu. Perfekcjonizm stopniowo zaczął ustępować ciekawości i dawaniu sobie prawa do popełniania błędów. Z czasem pojawiła się radość z możliwości uczenia się. Zaczęłam czuć się ważna, atrakcyjna i także piękna. Już wiem, że jest we mnie wszystko, czego potrzebuję do szczęścia. Mogę robić to, co chcę i jest dla mnie ważne. Nie wstydzę się swoich marzeń i pragnień. One mnie już nie ograniczają.

Podobnie jak przy poczuciu winy, tak i przy wstydzie mogę dopatrzyć się pozytywów i wiem, że wstyd może mnie chronić przed kompromitacją i dzięki niemu przykładałam się bardziej do nauki, włożyłam w nią więcej wysiłku i w końcu ukończyłam wymarzone studia. Zmianą we mnie jest też to, że i w tym obszarze stawiam granice także swoim rodzicom. Nie pozwalam się zawstydzać. Zawsze pomocne dla mnie były osoby wspierające, które ilością pozytywnych komunikatów „zneutralizowały” te pokłady wstydu, niewiary w siebie i niemocy, jakie posiadałam.
Słuchając wypowiedzi na mitingach wiem, że wielu ten nieuleczalny wstyd popycha do nałogu. To uczucie jest tak dojmujące, że niektóre osoby szukają strategii na zneutralizowanie go poprzez picie alkoholu lub przyjmowanie narkotyków, objadanie się, kompulsywne uprawianie seksu, przepracowywanie się, nadmierne dbanie o siebie, robienie zbyt częstych i dużych zakupów itp. itd. Wiele strategii jest pomocnych i skutecznych, jeżeli nie rujnują życia sobie i bliskim, są stosowane tak długo, jak długo niwelują nieprzyjemne uczucia. Może podzielicie się, jakie macie skuteczne strategie?

c.d.n.