Jestem nie tylko alkoholiczką, mam także syndrom DDA

    Po ośmiu latach abstynencji i aktywnego uczestniczenia w różnego rodzaju terapiach pomagających mi żyć w trzeźwości, odkryłam, że jest coś takiego jak syndrom DDA/DDD (dorosłe dzieci alkoholików/dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych). Przyjęłam to do wiadomości, nie zajmując się tym szczególnie. Tak naprawdę całe dotychczasowe życie ukrywałam fakt, że mój tata pił. Pochodzę z tzw.porządnej rodziny. Nie było w moim światopoglądzie miejsca na patologie w mojej rodzinie. Bardzo kochałam swojego tatę i byłam przekonana, że skoro od kilkunastu lat nie żyje, to nie ma żadnego znaczenia czy pił, czy nie. Nie widziałam żadnego związku ze swoim alkoholizmem. Nie chciałam widzieć…

    Jednak pewnego dnia słysząc na mitingu kolejną wypowiedź o tym, jak wyglądało dzieciństwo w alkoholowym domu, bezwiednie podniosłam rękę i też przyznałam, że mój tato był alkoholikiem. Zdradziłam wtedy swoją najgłębszą tajemnicę i czułam się z tym okropnie, jakbym szargała dobre imię swojego ojca. Jednak coś wtedy się we mnie zmieniło (zaakceptowałam kolejny fakt ze swojego życia) i postanowiłam równolegle obok mitingów AA odwiedzać również DDA. Ciągle przy tym płakałam i znów wychodziłam z mitingów z bólem głowy. Nie mogłam się z tym pogodzić, znów wrócił wstyd, który był moim udziałem w dzieciństwie. To, że taty już nie ma od dawna niczego nie zmieniło. Wróciły dawne cierpienia i rozterka. Postanowiłam, że skoro tak cierpię to przestanę chodzić na mitingi DDA pozostając przy uczestnictwie w AA. Jednak nadal było mi smutno i często płakałam. Temat ojca alkoholika nie opuszczał mnie długo. W końcu poległam i zaakceptowałam jego chorobę podobnie jak i swoją. Poszłam na cmentarz i przeprosiłam go za to, że źle o nim myślałam, po czym powróciłam do uczestniczenia w mitingach DDA i zaczęłam z charakterystyczną dla mnie skrupulatnością realizować program zdrowienia dla DDA. Podobnie jak poprzednio karmiłam swój umysł sporą dawką wiedzy. Dawało mi to ogromną radość i satysfakcję. Ja naprawdę lubię się uczyć i zdobywać wiedzę. Ponownie poczułam się jak ryba w wodzie. Poszukiwałam różnych ścieżek terapeutycznych, co dawało mi zadowolenie i poczucie spełnienia. Równolegle uczestniczyłam w terapii indywidualnej i w mitingach AA i DDA. Przeszłam gruntownie całą terapię uzależnień oraz uczestniczyłam w licznych warsztatach rozwojowych oraz Ustawieniach Hellingerowskich. Byłam bardzo zadowolona i cieszyłam się pogodą ducha. Wszystko było ok, tylko…

Co jakiś czas miewałam stany obniżonego nastroju, który nieustannie wracał i był coraz silniejszy. Wybrałam się do psychiatry. Stwierdzono depresję. Dostałam leki i byłam przez jakiś czas w kontakcie z psychiatrą. Wyszłam w międzyczasie za mąż, nadal się rozwijałam, uczyłam się nowego życia przyjmując wszystko sumiennie na rozum. W tym zawsze byłam dobra, jak z odrabianiem lekcji. Jednej rzeczy nie wzięłam pod uwagę, swoich uczuć. Nie zwierzałam się nikomu, bo wciąż wstydziłam się. Wszystko chciałam rozwiązać sama, bez pomocy drugiego człowieka, przecież jestem taka mądra, tyle wiem, tyle szkół ukończyłam, tylu ludziom pomogłam, więc i sobie sama też pomogę. To okazało się błędnym myśleniem…

c.d.n.

Cechy DDA/DDD – ciąg dalszy

22. W chwilach, gdy wszystko układa się dobrze, ogarnia go dezorientacja i „nuda”, czeka aż coś się stanie. Porządni, spokojni, czuli partnerzy są nieciekawi i porzucani.

Ta cecha została już opisana. To tzw. „zebra”, w jakiej przyszło żyć DDD. Jednak ludzie z takim zasobem są idealni do życia czy pracy w chaosie, ciągłym zagrożeniu. Jest mnóstwo zawodów, gdzie potrzeba ludzi znakomicie odnajdujących się w takich warunkach. Osoby takie też chętnie uprawiają ekstremalne sporty i prowadzą taki styl życia, gdzie ciągle coś się dzieje. Dopóki zdrowie pozwala i nie przeszkadza to w realizowaniu siebie, to jest OK. Nie wszyscy odczuwają z tego powodu dyskomfort i robią użytek ze swoich zasobów. Wiele związków tak powstaje i uzupełniają się. Jednak istotne jest, by być tego świadomym i nie tkwić w mechanizmach, które rujnują życie.

23. Reaguje głównie na to, co robią inni, zatracając własne Ja.

To przypomina mi sytuację, kiedy zastanawiałam się jaki zawód wybrać. Wydawało mi się, że mogę robić wszystko, łatwo się uczę i dobrze pracuję. Ważne żeby było zapotrzebowanie na moją pracę i odpowiedni zarobek. Tym sposobem chciałam się dopasować do potrzeb rynku. Tak wykonywałam swoją pierwszą pracę i zapłaciłam wypaleniem zawodowym, czyli zatraciłam własne Ja. Straciłam energię, pomimo iż miałam stabilną pracę, zarobki i było zapotrzebowanie na moją pracę. Okazało się, że to nie wystarcza. Musiałam odnaleźć w sobie swoją drogę naznaczoną pasją i dopiero wtedy była pełnia zadowolenia. Dopóki postępowałam kierując się potrzebami innych i reagując na nie, byłam jak żaglówka miotana przez wiatry, która płynie bez celu i zawija do przypadkowych portów. Brakowało w tym wszystkim sensu i poczucia spełnienia. Dla mnie bezcelowość prowadziła do pustki i depresji. Odkąd jestem ze sobą w przyjaźni, dbam o swoje cele i potrzeby i fajnie jak pokrywają się z celami i potrzebami innych. Wtedy podążamy razem, pracujemy lub żyjemy w zespole. To daje energię i zadowolenie.

24. Uzależnia się od alkoholu albo uzależnionych partnerów, albo jedno i drugie. W ten sposób kontynuuje ten sam rodzaj wzajemnej zależności, jaki łączył go z rodzicami lub kimś innym w rodzinie.

Jest coś na rzeczy. Co prawda sama nie uzależniłam się od alkoholu, gdyż ustrzegła mnie przed tym inna cecha DDD, tj. nadkontrola. Lubię mieć kontrolę i nie pozwoliłam sobie na zatracenie się w jakimkolwiek nałogu. Jak tylko zauważałam, że coś przejmuje nade mną kontrolę, to wycofywałam się z tych zachowań. Inaczej jest ze związkiem. Mąż jest niepijącym alkoholikiem i spora część mojego małżeństwa to życie jego życiem. Najpierw piciem, a potem trzeźwieniem. To prawda, że dzięki temu zaczęłam się realizować, jednak najpierw musiałam wyjść ze współuzależnienia. I prawdę mówiąc zastanawiam się, czy to jest możliwe by całkowicie z tego wyjść. Wiele zachowań wraca, trudno jest nieustannie stawiać granice. Można się zmęczyć…

Cały czas staram się znaleźć złoty środek. Wypośrodkować między wadami, a zaletami, znajdować w tym zasoby i energię do działania. Odcinanie się od przeszłości nic nie daje. Dopiero jak uznałam i przyswoiłam swoje cechy DDD jako zasoby lub ograniczenia, to zaczęłam świadomie dokonywać wyborów. W dalszym ciągu dowiaduję się czegoś nowego o sobie i jest to proces. Rozwój nie kończy się nigdy. To jest właśnie piękne w życiu, ta niewiadoma – co mnie jeszcze czeka?

c.d.n.

Cechy DDD/DDA ciąg dalszy…

13. Jest lojalny do ostateczności, nawet w obliczu dowodów na nielojalność innych osób. Nie wie kiedy jest wykorzystywany, a kiedy nie.

Lojalność to piękna cecha i zasób wart pielęgnowania, jednakże w zdrowych granicach. Doświadczyłam chorej lojalność w mojej przyjaźni z młodości. Miałam przyjaciółkę, dla której byłam gotowa na wszystko. Żyłam jej życiem i problemami. Byłam tak szczęśliwa, że w końcu mam przyjaciółkę, że byłam gotowa rezygnować z siebie. Jakże byłam zawiedziona, gdy wyjechała za granicę nie mówiąc mi, że jedzie na stałe. Dowiedziałam się po jakimś czasie, gdy ona już się zadomowiła, podjęła naukę i pracę. Przeżywałam po niej żałobę, jakby umarła. Na domiar złego jak zaczęłam pisać do niej listy, to odpisała mi wprost, że nie chce się jej tyle pisać. Byłam zdruzgotana. Tęskniłam i wyczekiwałam jej przyjazdu. Była mi bliższa niż siostra. Niedawno po latach spotkałam ją pod moim domem, jak wracałam z całodniowego pobytu za miastem z moimi obecnymi przyjaciółkami. Wracałam w radosnym nastroju i nagle… oczom nie wierzę, to ona zbliża się ulicą do moich drzwi. Bardzo serdecznie się przywitałyśmy. Nie widziałyśmy się z kilkanaście lat. Rozmawiałyśmy do nocy przy kubku herbaty. To było miłe spotkanie, lecz z dawnego uczucia przyjaźni nic we mnie nie zostało, bo wyleczyłam się z chorej lojalności. Jestem wolna.

Ta cecha nie pozwala też wielu ludziom podjąć terapii, gdyż obawiają się, że będą musieli mówić coś złego na swoją rodzinę. Mają taki opór pomimo iż byli bardzo krzywdzeni – i często są nadal. To jest naturalne, że dziecko nic nie mówi na rodzinę, bo najczęściej nie ma wiedzy, że to, co złego się dzieje to nie jego wina i może być inaczej. Dzieci są lojalne z natury, instynkt im podpowiada, że jego przeżycie zależy od rodziny. Jednak jak się już jest dorosłym, to należy wziąć odpowiedzialność za swoje życie i zadbać, by nie być wykorzystywanym. Ja dzięki mojej babci nie miałam z tym problemu, bo mogłam zawsze do niej pójść, a ona nigdy mnie nie „sypnęła” rodzicom. Dziś jestem jej niezmiernie wdzięczna, bo to uchroniło mnie przed izolacją i zamknięciem się w sobie. Miałam komu się wyżalić, jeżeli w domu było źle. Dziś widzę, jakie to musiało być dla niej trudne pomieścić w sobie moje krzywdy i nie móc z tym nic zrobić. Będąc babcią sama widzę, jak można cierpieć widząc krzywdę dziecka i niewiele mogąc w tym temacie zrobić, jeżeli rodzice są głusi na uwagi. Jednak dzięki babci, jako dorosła nie miałam już problemu, żeby otworzyć się na grupie i opowiadać o swoich krzywdach, jednocześnie nie obrzucając błotem rodziny. Dziś wiem, że oni również byli ofiarami i to, co robili nam, dzieciom, też było ich udziałem. Cieszę się, że potrafię to oddzielić i mieć z nimi dobre relacje. Chociaż mama niejednokrotnie mówiła, że nie wolno mówić o tym, co jest w domu, jakoś się jej nie słuchałam i mówiłam.

14. Domaga się natychmiastowego zaspokojenia zachcianek. Boi się, że jeżeli nie dostanie czegoś od razu, to może już nigdy nie dostać.

To zasób, dzięki któremu potrafię osiągać cele, jednak nauczyłam się też czekać i odraczać gratyfikację. Ta cecha bywa przyczyną licznych kompulsji. Zauważyłam u siebie, że nieraz musiałam koniecznie wyjść z domu i coś sobie kupić. Jak wychodziłam, to nie wiedziałam po co idę, ale potem coś wpadało mi w oko i musiałam to nabyć. Ideologię, że to jest mi potrzebne, dorabiałam na miejscu zakupu. Teraz staram się określać, czego potrzebuję jeszcze przed zakupami, bo w mojej szafie znajdowało się mnóstwo rzeczy, które zakładałam sporadycznie, albo nawet wcale ich nie nosiłam.

15. Automatycznie poddaje się sytuacji, zamiast rozważyć inne możliwości.

To również moja cecha. Z łatwością wchodziłam w samo centrum wydarzeń z całkowitym zaangażowaniem. Ulegałam atmosferze towarzyszącej różnym przedsięwzięciom i nie zawsze to było dla mnie korzystne. Jednak nauczyłam się to równoważyć, a dzięki tej cesze poznałam różnych ludzi, byłam w różnych miejscach i sporo się nauczyłam. W momencie, jak przyszła świadomość, że mogę nie angażować się i trzymać dystans, by rozważyć czy jest to dla mnie korzystne, to zaczęłam być ostrożniejsza. Jednak muszę uczciwie przyznać, że wymagało to ode mnie wielu lat nauki, często na własnych błędach. Jednakże postrzegam to jako zasób i normalne dojrzewanie do tego, co mogę robić ze swoimi zasobami by przybliżać się do swojego celu, a nie czyjegoś.

16. Szuka napięć i kryzysów, a potem się na nie skarży. Stan napięcia jest znany, tak samo jak brak satysfakcji.

To jedna z pierwszych cech, którą zauważyłam u siebie jeszcze będąc nastolatką, kiedy zaczynałam chodzić z moim mężem. Jak długo nic się nie działo, to szukałam dziury w całym tak długo, aż się pokłóciliśmy. Zauważałam, że tak jest, ale nie rozumiałam tego. Będąc na terapii dla współuzależnionych usłyszałam o tzw. zebrze. Życie DDD jest czarno-białe, tak jak ich życie w domu. Kłótnie i awantury, a potem następujące „sielanki”, aż do następnej awantury. Takie życie utrwala się i trudno żyć w spokoju, gdyż kojarzy się z nudą. Jednak ta cecha też może być zasobem, gdy robimy to świadomie. Niejednokrotnie mały „ferment” bywa ożywczy i urozmaica życie. Prowadzi też do rozwoju i zmian. Ważne jest, by ta cecha nami nie rządziła, tylko byśmy umieli ją świadomie wykorzystywać, a nie ulegać ślepym impulsom, które nakazują zrobić cokolwiek, byleby się coś działo.

c.d.n.