Joanna D’Arc pociągana za sznurki

    Miałam 25 lat i życie stało przede mną otworem, a ja tego nie widziałam. Moje kompleksy i niska samoocena budowały wokół  mnie wysoki mur. Na tyle wysoki, że nie potrafiłam dostrzec prawdziwego życia, które umykało mi przed nosem.

    Jednym z ważniejszych wydarzeń w tamtym czasie były moje zaręczyny z chłopakiem, dzięki któremu mogłam zmienić środowisko i wyjechać do miasta bardzo odległego od mojego miejsca zamieszkania. Można by rzec, na drugi koniec Polski. Do dziś mam niesmak z tym związany. To był wartościowy chłopak i nie zasłużył na takie potraktowanie. Trochę przyczyniła się do tego moja mama, mówiąc, że nie jest to dla mnie dobra partia. Jednak tak na prawdę, to ja nie byłam w stanie docenić tego chłopaka i rodzące się uczucie między nami. Alkohol skutecznie niweluje uczucia, z tym, że nie tylko te niewygodne jak strach, wstyd, niska samoocena, ale w pakiecie kasuje też uczucia wyższe, w tym także miłość. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam i brnęłam dalej pogrążając się jak w bagnie, w którym im więcej wykonuje się ruchów, tym głębiej wciąga.

    Najgorzej z tamtych czasów wspominam momenty kiedy film mi się urywał. Na drugi dzień czułam niepokój nie mogąc sobie przypomnieć co się wydarzyło i co robiłam. Towarzystwo miałam stałe i liczne, sami imprezowicze. Nie miałam punktu odniesienia, by zauważyć jak daleko zabrnęłam. Spotykamy się co tydzień i powoli mam przesyt. Zaczynam czuć wstręt do alkoholu i obrzydzenie do siebie, mimo to idę na imprezę jak cielę na rzeź. W pracy nadal byłam obowiązkowa ale trzymałam się z tymi, którzy lubią pić. Tracę powoli grunt pod nogami i zaczynają się wydarzać się historie, które zdrowemu człowiekowi dałyby do myślenia już wtedy. Ja jednak byłam jeszcze ślepa.

    Któregoś razu na imprezie szkolnej (tak, były takie czasy w naszym kraju, gdy alkohol piło się także w szkole, wśród nauczycieli, za przyzwoleniem dyrekcji, a nawet za jej aprobatą. Dzisiaj jest to nie do pomyślenia, i całe szczęście), gdzie alkohol lał się strumieniami, wypiłam o wiele za dużo. Samo to jeszcze nie byłoby katastrofą, ale ja naubliżałam dyrektorowi, wygarniając mu bez ogródek wszystko co o nim myślę, a nawet więcej, co myślą o nim inni. Jak wytrzeźwiałam czułam się potwornie. Było mi wstyd i kierując się resztkami przyzwoitości jakie jeszcze we mnie się tliły, poszłam go przeprosić. Było mi strasznie ciężko ale zdobyłam się na ten wysiłek. Ku memu zdziwieniu nie był na mnie zły i uświadomił mi, ze padłam ofiarą manipulacji ze strony jednej z koleżanek z pracy. I on, i inni zauważyli, że dolewała mi potajemnie alkohol i widząc mój pogarszający się stan zaczęła mnie podpuszczać i podjudzać przeciw dyrektorowi. Mówiąc obrazowo, byłam marionetką w jej rękach i zręcznie moim kosztem załatwiła swoje sprawy. Dotarło do mnie wtedy jak łatwo mną manipulować gdy jestem pod wpływem alkoholu. Pomimo iż dyrektor nie miał do mnie żalu, to przeżywałam tę historię bardzo mocno i długo.

    Jednak tak bardzo chciałam być popularna i lubiana, że dawałam się wykorzystywać. Często pozwalałam się wkręcać w różne podobne historie. Jak bojowniczka szłam na wyimaginowane barykady walcząc za sprawę (Bóg jeden raczy wiedzieć za jaką). Czułam się niemalże jak Joanna Darc gotowa ginąć za „ideały”. To oczywiście było chore zachowanie, gdyż niczego nie załatwiało a moja energia była marnotrawiona, a życie do bani i bez sensu. Nadal jednak nie zaniedbywałam obowiązków związanych z pracą. Wciąż zachowywałam umiar i w pracy nie piłam. Do czasu gdy…

c.d.n.

Pycha poprzedza upadek

    Wracając po latach do tych wspomnień, uświadomiłam sobie jak bardzo potrzebuję kontaktu z innymi kobietami w podobnej sytuacji, tzn. z takimi, którym nie dane było zostać matkami z powodu choroby a nie z wyboru. Tak jak wtedy, grupy wsparcia były moja siłą, tak i teraz chętnie bym podzieliła się z kimś w podobnej sytuacji swoimi refleksjami.  Może nawet więcej, jestem gotowa dać też wsparcie innym kobietom, podobnie jak dostałam je wtedy od innych. Widzę u siebie większy poziom empatii niż wtedy i w całej rozciągłości widzę dobro, jakiego doświadczyłam od całej rzeszy ludzi mniej lub bardziej mi znanych.

    Podejmując decyzję o zachowaniu abstynencji, poszukałam jak to mam w zwyczaju, pomocy. Wiedziałam, że w sąsiedztwie mieszkają trzeźwiejący alkoholicy. Złożyłam im wizytę a oni najpierw zdziwili się, a potem zapewnili mi dotarcie do grupy AA. Poprosili swoją znajomą, która zawiozła mnie na pierwszy miting.

Znalazłam się nagle po drugiej stronie lustra, jak Alicja w Krainie Czarów. To był dla mnie inny świat. Słuchałam zachłannie o czym się mówi i byłam urzeczona.Bardzo mi się podobało, pierwszy raz słyszałam tak szczere i odważne wypowiedzi z ust ludzi uzależnionych. Żadnego ściemniania, naga prawda. Jak powiedziałam o sobie i w jakim momencie życia się znajduję, dostałam dużo wsparcia. Ludzie mówili mi co mam robić, by odnieść korzyści z mitingów. Znalazłam też grupę terapeutyczną prowadzoną przez trzeźwego alkoholika.

To był czas pełen euforii i zadowolenia z jednej strony, z drugiej cały czas odczuwałam silny wstyd i najchętniej, to zaszyłabym się w ciemnym kącie w domu i nie spotykała się z nikim. Gdyby to tylko było możliwe, to pracowałabym na programie w pojedynkę. Wciąż nie mogłam zaakceptować diagnozy: alkoholizm. Na mitingach przedstawiałam się: Abilaki, jestem alkoholiczką, jednak po powrocie do domu płakałam ze złości na siebie i nijak nie potrafiłam z tym się pogodzić. Wciąż porównywałam się z innymi i z satysfakcją odkrywałam, że nie mam wszystkich objawów co inni. Czułam się lepsza bo: nie straciłam pracy z powodu picia, nie byłam na izbie wytrzeźwień, nie przepiłam pensji itd.

Po pięciu miesiącach, kolega z AA pomógł mi załatwić pracę na wczasach jako opiekun kulturalno – oświatowy tzw. KO. Nie miałam pojęcia wtedy, że ludzie na wczasach tak dużo piją alkoholu. To było brutalne zderzenie z rzeczywistością, na którą nie byłam przygotowana. Patrzyłam na pijących ludzi z boku i czułam się potwornie samotna. Uzbrojona po zęby w literaturę z AA, odizolowana w swoim pokoju gdy inni pili, przetrwałam dzielnie trzy turnusy.  Wtedy nagle poczułam silne bóle i znalazłam się na pogotowiu. Lekarz stwierdził nerwoból i spytał, czy jestem w silnym stresie. Odparłam, że nie i dostałam środki rozkurczowe i przeszło.

Po tym zdarzeniu, gdy poczułam się lepiej postanowiłam pójść na zabawę kończącą turnus. Kolega z którym byłam nie wiedząc nic o moim uzależnieniu, zaproponował mi piwo. Zgodziłam się i wypiłam tylko to jedno piwo. Byłam zaskoczona i oburzona, że tyle krzyku, że zaraz chce się pić więcej i że wpada się w ciąg a ja tylko to jedno i nic. Po prostu normalnie wypiłam jedno piwo i na tym koniec. Następnego dnia przy innym spotkaniu, sama zainicjowałam wypicie wina i błyskawicznie zadbałam swoim starym zwyczajem, o zapewnienie sobie alkoholu na potem chowając butelkę. Na trzeci dzień obudziłam się z silną potrzebą napicia się alkoholu, co uczyniłam niezwłocznie i skutecznie aż do zerwania się filmu.

Jakimś zrządzeniem losu, przyjechali na te wczasy też do pracy inni ludzie z AA. Uratowali mnie. Czułam się podle, z potwornym poczuciem winy myślałam, że nie jestem godna by znowu mnie przyjęli. Zaopiekowali się mną pełni zrozumienia. Zrezygnowałam z tej pracy i po powrocie do domu szybko udałam się na miting by zgłosić zapicie i zacząć wszystko od początku. Dowiedziałam się,  że ten nerwoból to objaw nawrotu choroby. Przez dwa lata chodziłam znowu regularnie na mitingi i podobnie jak przedtem wciąż szukałam różnic na swoją korzyść. Porównywałam się by czuć się lepsza od innych, jeszcze niczego ta wpadka mnie nie nauczyła…

c.d.n.

Powracające depresje

Depresje wracały jak bumerang. Lekarze dawali leki antydepresyjne, brałam je w nadziei, że to ostatni raz, za każdym razem przechodziło i mogłam wrócić do swojej aktywności. Początkowo reagowałam niemocą i ucieczką w sen. Jak zwykle wszystko miałam uporządkowane w głowie i grzecznie jak wzorowa uczennica stosowałam się do zaleceń lekarzy i brałam sumiennie przepisane leki. Co ciekawe nie było przy tym emocji ale wtedy nie zastanawiałam się nad tym. Nie wiedziałam też na jaki temat mam doła. Po prostu depresja przychodziła jak Buka w „Dolinie Muminków” i odchodziła zostawiając mnie na jakiś czas w spokoju. Tak było przez wiele lat ale ostatnimi czasy coś się zmieniło…

Od kilku lat wraca z jakimś tematem. Najczęściej z poczuciem zmarnowanego życia, zaczął się też płacz i ogromne poczucie żalu, że urodziłam się w alkoholowej rodzinie i że niejako zostałam skazana na życie z nałogiem. Potem doszedł żal za stracony czas na życie w nałogu, żal z powodu nie ułożonego życia, braku potomstwa, samotności itd. Po jakimś czasie przechodziło i znowu zaczęłam żyć normalnie. Jednak tym razem poczułam, że coś jednak z tym muszę zrobić.

Zaczęło się od spotkania po latach z koleżankami ze szkoły było miło i zaplanowałyśmy większe spotkanie. Po przyjściu do domu wróciły znów żale i lęki. Gdy zbliżał się dzień spotkania zaszywałam się coraz głębiej w swojej norce by nikt mnie nie znalazł i nie kazał jechać na spotkanie. Wstydziłam się, że nie mam tego wszystkiego co mają moje koleżanki. Chwaliły się swoimi osiągnięciami, rodzinami, dziećmi i wnukami. Czułam się przy nich z powrotem jak nic niewarta dziewczyna, jaką byłam w latach młodości gdy zaczynałam swoją przygodę z alkoholem. Oprócz wspomnień wróciły emocje, dopiero teraz dopuściłam je do siebie. Wtedy sięgałam po alkohol by je zagłuszyć. Teraz przyszedł płacz, który towarzyszył mi przez parę tygodni. Wypłakiwałam swoje dzieciństwo i młodość. Postanowiłam, że jeszcze raz odbędę podróż do przeszłości wehikułem TSR (terapia skoncentrowana na rozwiązaniach).

Jestem zdecydowana zmierzyć się ze swoimi demonami i poznać przy okazji swoje zasoby. Nigdy dotąd tak nie pracowałam, teraz zaczynam poznawać się z innej strony.

Jako pierwsze wspomnienie wzięłam tragiczną dla mnie historię, która tak naprawdę zakończyła moje picie. Byłam młodą zakochaną kobietą, która właśnie dowiedziała się, że jest w ciąży. Byłam szczęśliwa przez krótką chwilę gdyż następną nowiną była diagnoza choroby nowotworowej. Jednak nie zagrażało to wstępnie moim planom macierzyńskim. Lekarz prowadzący powiedział, że zrobi wszystko by ratować i mnie i dziecko. Z takim nastawieniem udałam się na operację pełna nadziei i dobrych myśli. Jakież było moje zdziwienie, gdy po wszystkim jak doszłam do siebie, lekarz poprosił mnie na rozmowę. Okazało się po otwarciu jamy brzusznej, że nie tylko nie ma szans na uratowanie dziecka, ale także mojej macicy. Lekarz powiedział, że mam wszystko co potrzebuję do życia jednak nie mam wystarczająco dużo by dać życie. Przyznał przy tym, że po takiej wiadomości wiele kobiet zaczyna pić i że mam jeszcze druga opcję, że mogę wziąć się w garść i coś pożytecznego zrobić ze swoim życiem.

 

Ponieważ jak już wspomniałam wcześniej, byłam zawsze posłuszną i karną dziewczynką, tak i tym razem dobrze wywiązałam się z zadania i wzięłam się w garść przyjmując fakty do wiadomości. Walnęło mnie obuchem w łeb odkrycie, że niedoszły ojciec utraconego dopiero co dziecka, przychodzi nie do mnie, tylko do sąsiadki. Tego było już za wiele, nie wystarczyło mi już dzielności by udźwignąć tę stratę i upokorzenie. Straciłam chęć do życia i przestałam o siebie dbać i wychodzić z domu. Przeszłam załamanie nerwowe. Z pomocą przyszła moja mama i siostra. Oddałam się grzecznie w ich ręce i przez pół roku pozostawałam pod ich opieką. Wyprowadziłam się do mamy i pozostawałam tam do wyzdrowienia. Znalazłam w międzyczasie grupę wsparcia dla kobiet z podobnymi problemami. Cały czas obwiniałam siebie za to, co się stało, nie widząc nic nadzwyczajnego w tym, że mój partner mnie porzucił. Dopiero terapeutka, któregoś razu nie wytrzymała i wygarnęła: Czy nie przychodzi ci do głowy, ze to po prostu skurwysyn!? Dojrzały mężczyzna tak nie postępuje!! Pierwszy raz wtedy do mnie dotarło, że owszem było coś nie tak, tyle że nie ze mną, a z nim. Ta grupa i opieka rodziny postawiły mnie na nogi.

Ta cała sytuacja mogłaby być dla mnie wyśmienitym powodem lub wymówką do picia. Tak jednak się nie stało. Ja rzeczywiście wzięłam się w garść i od tego wydarzenia zaczęło się moje trzeźwienie. Przez długie lata znakomicie sobie radziłam, jednak to co napisałam na początku, domagało się rozliczenia. Po omówieniu tych wydarzeń, niezwykle bolesnych usłyszałam pytanie: co pomogło mi uporać się z tym wszystkim. Oczywiście widziałam pomoc innych ale siebie w tym wszystkim nie dostrzegałam. Terapeutka uświadomiła mi, że nie wszyscy ludzie dostają tak troskliwą pomoc jakiej doświadczyłam. Widziałam dobro w innych ludziach a nie potrafiłam dostrzec tego w sobie. Z trudem przyznałam, że ja również jestem dobra i chętnie innym pomagam. Cieszyłam się, że mam życzliwe koleżanki nie widząc jednocześnie, że ja również obdarzam je życzliwością. Jak trudno jest dostrzegać w sobie dobro. O swoich wadach i niedociągnięciach mówię z niezwykła lekkością i bez zająknięcia. Wydobyła jeszcze ze mnie przyznanie się, że moim zasobem jest racjonalne i trzeźwe myślenie, które pozwoliło mi wejść na drogę trzeźwienia. Zdrowy kręgosłup moralny i przytomność umysłu okazały się moim zbawieniem. Zapijałam emocje ale nie udało mi się zniszczyć tego zdrowego rdzenia, instynktu samozachowawczego, który nakazywał i nadal nakazuje szukać pomocy gdy sobie nie radzę. Ja rzeczywiście mam ufność i chętnie poddaję się terapii. Ze zdziwieniem zauważyłam, że sporo mam tych zasobów i trzeba by zacząć je zauważać na co dzień. Odkryłam też swoją siłę, którą karmię na mitingach i zasilam wiarą w Siłę Wyższą. Ona naprawdę mi pomaga.

c.d.n.

Jestem nie tylko alkoholiczką, mam także syndrom DDA

    Po ośmiu latach abstynencji i aktywnego uczestniczenia w różnego rodzaju terapiach pomagających mi żyć w trzeźwości, odkryłam, że jest coś takiego jak syndrom DDA/DDD (dorosłe dzieci alkoholików/dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych). Przyjęłam to do wiadomości, nie zajmując się tym szczególnie. Tak naprawdę całe dotychczasowe życie ukrywałam fakt, że mój tata pił. Pochodzę z tzw.porządnej rodziny. Nie było w moim światopoglądzie miejsca na patologie w mojej rodzinie. Bardzo kochałam swojego tatę i byłam przekonana, że skoro od kilkunastu lat nie żyje, to nie ma żadnego znaczenia czy pił, czy nie. Nie widziałam żadnego związku ze swoim alkoholizmem. Nie chciałam widzieć…

    Jednak pewnego dnia słysząc na mitingu kolejną wypowiedź o tym, jak wyglądało dzieciństwo w alkoholowym domu, bezwiednie podniosłam rękę i też przyznałam, że mój tato był alkoholikiem. Zdradziłam wtedy swoją najgłębszą tajemnicę i czułam się z tym okropnie, jakbym szargała dobre imię swojego ojca. Jednak coś wtedy się we mnie zmieniło (zaakceptowałam kolejny fakt ze swojego życia) i postanowiłam równolegle obok mitingów AA odwiedzać również DDA. Ciągle przy tym płakałam i znów wychodziłam z mitingów z bólem głowy. Nie mogłam się z tym pogodzić, znów wrócił wstyd, który był moim udziałem w dzieciństwie. To, że taty już nie ma od dawna niczego nie zmieniło. Wróciły dawne cierpienia i rozterka. Postanowiłam, że skoro tak cierpię to przestanę chodzić na mitingi DDA pozostając przy uczestnictwie w AA. Jednak nadal było mi smutno i często płakałam. Temat ojca alkoholika nie opuszczał mnie długo. W końcu poległam i zaakceptowałam jego chorobę podobnie jak i swoją. Poszłam na cmentarz i przeprosiłam go za to, że źle o nim myślałam, po czym powróciłam do uczestniczenia w mitingach DDA i zaczęłam z charakterystyczną dla mnie skrupulatnością realizować program zdrowienia dla DDA. Podobnie jak poprzednio karmiłam swój umysł sporą dawką wiedzy. Dawało mi to ogromną radość i satysfakcję. Ja naprawdę lubię się uczyć i zdobywać wiedzę. Ponownie poczułam się jak ryba w wodzie. Poszukiwałam różnych ścieżek terapeutycznych, co dawało mi zadowolenie i poczucie spełnienia. Równolegle uczestniczyłam w terapii indywidualnej i w mitingach AA i DDA. Przeszłam gruntownie całą terapię uzależnień oraz uczestniczyłam w licznych warsztatach rozwojowych oraz Ustawieniach Hellingerowskich. Byłam bardzo zadowolona i cieszyłam się pogodą ducha. Wszystko było ok, tylko…

Co jakiś czas miewałam stany obniżonego nastroju, który nieustannie wracał i był coraz silniejszy. Wybrałam się do psychiatry. Stwierdzono depresję. Dostałam leki i byłam przez jakiś czas w kontakcie z psychiatrą. Wyszłam w międzyczasie za mąż, nadal się rozwijałam, uczyłam się nowego życia przyjmując wszystko sumiennie na rozum. W tym zawsze byłam dobra, jak z odrabianiem lekcji. Jednej rzeczy nie wzięłam pod uwagę, swoich uczuć. Nie zwierzałam się nikomu, bo wciąż wstydziłam się. Wszystko chciałam rozwiązać sama, bez pomocy drugiego człowieka, przecież jestem taka mądra, tyle wiem, tyle szkół ukończyłam, tylu ludziom pomogłam, więc i sobie sama też pomogę. To okazało się błędnym myśleniem…

c.d.n.

Nazywam się Abilaki i jestem alkoholiczką…

…od 25 lat utrzymuję abstynencję. Moja droga do uzależnienia z pozoru była prosta, a do trzeźwości niezwykle pokrętna. Mniej więcej tak rozpoczynam swoje wypowiedzi na mitingach AA.  Na długo przed podjęciem leczenia wiedziałam, że ze mną jest coś nie tak. Byłam skłonna prędzej uważać się za psychicznie chorą niż przyznać, że jestem uzależniona od alkoholu. Wprawdzie prześwitywała mi myśl, że to moje picie jakoś odbiega od powszechnie przyjętej normy i jest destrukcyjne, ale zauważałam też u siebie zmiany charakteru i to uważałam za przyczynę moich kłopotów, a nie uzależnienie od alkoholu. Niestety diagnoza była jednoznaczna i nie pozostawiająca wątpliwości, jestem alkoholiczką. Długo nie potrafiłam przyjąć, że choroba alkoholowa mnie dotyczy. Zajęło mi to parę lat. Stosowałam mnóstwo sztuczek i uników by „wyleczyć” się, ale nie zaakceptować swej choroby. Nie zdawałam sobie sprawy, że podstawą każdej zmiany jest najpierw zaakceptowanie tego, co jest. Ja próbowałam obejść to naokoło i straciłam na to parę lat. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że potwornie się tego bałam i wstydziłam.

Ponieważ jestem osobą karną i zdyscyplinowaną, to do swojego leczenia podeszłam jak do zadania, które należy wykonać. Nie do końca wiązałam to ze sobą, ze swoimi uczuciami. Teraz wiem, że byłam od siebie odcięta. Chodziłam na mitingi i uczestniczyłam w terapii. Jednak próbowałam przerobić wszystko sama, nie angażując się w relacje z ludźmi. Po każdym mitingu bolała mnie głowa, myślałam o sobie w kategoriach klęski i porażki. Miałam poczucie nieudanego życia. Nie chciałam jednak zaakceptować swojej choroby. Przeczytałam wszystko, co było dostępne na ten temat. Ponieważ wiedzę przyswajałam z łatwością, zawsze byłam dobrą uczennicą, poczułam się jak ryba w wodzie. To było dla mnie łatwe i komfortowe, wiedziałam o alkoholizmie wszystko i dało mi to poczucie pewności siebie. Poczułam się tak pewnie, że po paru miesiącach abstynencji zapiłam. Moja karność i zdyscyplinowanie uratowały mnie powtórnie i nakazały powrót do terapii. Nadal chodziłam na mitingi AA jednocześnie nie akceptując  siebie jako alkoholiczki. Po dwóch latach pielęgnowania, wiedzy i pojemności rozumu, nieustannego oceniania innych, porównywania się i pompowania ego, doszłam do wniosku, że może nie jest ze mną tak źle jak oni wszyscy mówią. Jestem wykształcona, zadbana, inteligentna, mam pracę, więc chyba przesadzają, mnie to nie dotyczy. Kupiłam sobie wino…

Wypiłam butelkę wina i… natychmiast wróciłam do swojej terapeutki z pytaniem co mam robić? Zaproponowano mi powtórną terapię odwykową. Tym razem z pokorą podeszłam do tematu i przestałam oceniać i porównywać się. Nagle zaczęłam dostrzegać podobieństwa i pojawiła się akceptacja. Nie miałam pojęcia jak wyzwalającym stanem jest akceptacja. Poczułam się wolna, nie musiałam już walczyć z sobą, przestałam się bać, bo już nie musiałam niczego ukrywać. Od tego momentu minęło dwadzieścia pięć lat mojego zdrowienia. Poczułam się zwolniona z poczucia winy, co piata osoba pijąca uzależnia się. Przestałam się katować samooskarżaniem i dręczyć pytaniem „Dlaczego?”. Zrozumiałam, że byłam w grupie ryzyka, mój ojciec także był uzależniony od alkoholu i pomimo, iż zarzekałam się, że nigdy nie będę piła tak jak on, to …

Kolejny kończący się etap…

   Po pierwszych i kolejnych zajęciach w szkole wiedziałam, że TSR (Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniach) jest absolutnie dla mnie. Postanowiłam zgłębić ten temat. W międzyczasie trafił mi się dodatkowy kurs z diagnozowania pozytywnego i negatywnego, gdzie utwierdziłam się w przekonaniu, że diagnozowanie pozytywne jest mi bliższe i jest mi łatwiej szukać jasnych i mocnych stron. Ponadto zdecydowanie lepiej dokonuję zmian małymi krokami niż poprzez robienie rewolucji w moim życiu.

    Pół roku po zakończeniu swojej terapii zaczęłam szkolenie I stopnia TSR. Oczywiście żeby przyswoić sobie zasady pracowaliśmy na sobie. W takim układzie po prostu czuje się, czy to jest to. Nie ma teoretyzowania, jest tylko czysta praca terapeutyczna. Okazało się, że przy odpowiednim nastawieniu i spojrzeniu na swoje problemy z innej perspektywy, można zobaczyć coś innego niż dotychczas. To było radosne i budujące przeżycie. Miałam trochę stresu, gdyż ten kurs zbiegał się z obroną pracy magisterskiej; program jednak był tak ciekawy, że chłonęłam wszystko całą sobą.

    Jednym z ćwiczeń była praca na relacjach. Wzięłam „na warsztat” relację z jednym z moich dzieci, ponieważ byłam i nadal jestem wyczulona na symptomy współuzależnienia. Tym razem chodziło o gry komputerowe. Pracując nad tym problemem nagle poczułam, jak smutne jest moje dziecko (dorosłe już) z powodu rozstania z ukochaną osobą. Pomimo, iż rozstanie miało miejsce rok wcześniej, nagle dotarło do mnie jak bardzo cierpi. Tak mocno poczułam to cierpienie, że zaczęłam płakać, ku swojemu zdziwieniu i zdziwieniu koleżanki, z którą robiłam ćwiczenie. Płakałam i nie mogłam się uspokoić, było mi strasznie żal. Jak już wcześniej pisałam, terapie spowodowały u mnie większą wrażliwość i empatię. To powodowało spontaniczne reakcje. Moje „rozmrożone” emocje nie sprawiały mi kłopotu, tyle, że reagowałam spontanicznie i była to dla mnie nowość. Znacznie częściej były to reakcje wesołe, radosne. Tym razem było inaczej. Dziś, po paru latach myślę, że może to było coś więcej. Nie wiedziałam, jak wielka czeka mnie trauma. Jednak wtedy tylko zdziwiłam się, że aż tak mocno płaczę. Nie powstrzymywałam tego i wypłakałam się, empatyzując się z moim smutnym z powodu rozstania dzieckiem.

    Kurs I stopnia dobiegł końca, a ja już wiedziałam, że zacznę tą metodą pracować i jak najszybciej będę chciała zrobić drugi stopień. Bardzo się cieszyłam pomimo zmęczenia, które już odczuwałam po pięciu latach studiów i dwóch latach terapii. Powoli zbliżałam się do zwieńczenia dzieła, odbyłam wszystkie możliwe praktyki jakie oferowała szkoła. Wybrałam ośrodek leczenia uzależnień od narkotyków i alkoholu. Przez dwa tygodnie mieszkałam w budynku z uzależnionymi od narkotyków. Uczestniczyłam z nimi w terapii. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam, jak wielką wartość miała moja własna terapia. Teoretyzowanie nie sprawdza się w takich grupach. Trzeba mieć dobry kontakt ze swoimi emocjami i dopiero to, w połączeniu z wiedzą, daje rezultaty. Na grupie dla uzależnionych od alkoholu otrzymałam propozycję poprowadzenia zajęć i dostałam swój ulubiony temat: wstyd. O wstydzie już pisałam, więc nie będę się powtarzać. Dodam tylko, że udało mi się grupę zainteresować tematem toksycznego wstydu, który jest charakterystyczny dla DDA. Niektórzy pierwszy raz usłyszeli o tym, że ten wstyd nie jest rezultatem ich winy, a emocją, która została zaimplantowana w dzieciństwie, a potem to już reakcja łańcuchowa. Picie alkoholu to już skutek, a nie przyczyna. Wiele osób ma tak dużo pokładów wstydu, że alkohol wydaje się być idealnym środkiem na jego uśmierzenie. Bardzo im współczułam, gdyż w młodości sama sięgałam po alkohol i byłam niemalże pewna, że uzależnię się tak, jak mój tata. Stało się inaczej i jestem z tego zadowolona. Wtedy pomyślałam, że mogłabym pracować nie tylko z DDA, ale także z uzależnionymi. Dobrze się tam czułam i żałowałam, że ten ośrodek jest zbyt odległy od mojego miejsca zamieszkania, bym mogła tam pracować.

    Oprócz tego ośrodka zaliczyłam także praktyki w Ośrodku Terapii Zajęciowej dla Osób Niepełnosprawnych Intelektualnie. Przemiłe praktyki, jednak nie czułam jakiegoś pociągu do tej pracy. Ostatnią praktyką był miesiąc w hospicjum. Trudny, najtrudniejszy temat. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo stanie mi się bliski. Wspaniałe miejsce z cudownymi ludźmi, którzy ze zdumiewającą lekkością i pogodą ducha (bynajmniej nie z lekceważeniem!) potrafili towarzyszyć pacjentom w tych ostatnich chwilach. Miałam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony lubiłam tam chodzić z powodu autentyczności z jaką się tam stykałam – tam już nie ma miejsca na gierki, maski i udawanie, tylko naga prawda. Jeżeli miałam kontakt z pacjentami rozmawiającymi, to było ok. Trudnością było dla mnie obcowanie z osobami nieprzytomnymi. Czytałam nieraz książki na głos osobom, o których nie wiedziałam, czy jest im to pomocne, czy nie. Brak kontaktu jest dla mnie dużą trudnością. Muszę być w interakcji z drugim człowiekiem. Pisząc tego bloga mocno zmagam się z tą cechą, bo jedynym śladem interakcji są nieliczne komentarze i liczba wejść. To, że ktoś go czyta jest już znakiem, że to moje pisanie się komuś przydaje i za to dziękuję.

c.d.n.

Co mi dała terapia pogłębiona?

Terapia  bezlitośnie obnażała nasz mechanizmy obronne; niedojrzałe, dziecięce, wręcz dziecinne. Z trudem przyjmowałam fakt, że ja też się nimi posługuję. Gdy przyszła kolej na omawianie mojego rysunku, byłam już po paru „mocnych” sesjach, w których coś uporządkowałam. Jak się okazało, nie wszystko było „wymiecione spod dywanu”. Grupa zwróciła uwagę, że mój rysunek będący planem mieszkania tak naprawdę pokazuje izolowanie się poszczególnych członków rodziny, chociaż drzwi do poszczególnych pomieszczeń były pootwierane. Rysunek był starannie ubrany, podobnie jak mój wygląd perfekcyjnie dopracowany w każdym szczególe. W moim ubiorze nie ma miejsca na przypadkowość i każdy detal jest przemyślany. Nie przypuszczałam, że jest to tak widoczne i tak jestem odbierana. Wydawało mi się, że nie jestem dość dobrze ubrana. Inną rzeczą, na którą zwrócono uwagę to brak granic zewnętrznych na rysunku. Były ściany pomiędzy pomieszczeniami, ale nie było murów zewnętrznych. To mi uświadomiło, jak mało bezpiecznie czułam się w domu. Omawianie mojej pracy powodowało, że czułam się coraz mniejsza, obnażona, pozbawiona obrazu i bezbronna jak dziecko. To był trudny czas, źle się czułam i byłam rozbita, a na dokładkę zbliżał się czas przerwy wakacyjnej w terapii i nie wyobrażałam sobie życia bez spotkań z grupą. Cierpiałam na samą myśl o przerwie. Ciekawe, że nikt inny nie miał takich obaw. Terapia psychoanalityczna jest najgłębiej sięgająca i miałam możliwość poczuć swój dawny strach dziecka bojącego się porzucenia, nadużycia i przemocy. Przez dwa tygodnie leżałam cierpiąca. Nieraz rozmawialiśmy przez telefon z uczestnikami terapii. Byliśmy z różnych miast i nie mieliśmy możliwości spotkać się poza grupą. Moje cierpienie psychiczne przeniosło się na somatyczne i udałam się do lekarza. Ten zignorował zgłoszone przeze mnie fakt, że jestem w pogłębionej terapii dla DDA i wszczął alarm. Wysłał mnie do szpitala z podejrzeniem poważnej choroby. Spędziłam kilka dni na gruntownej diagnostyce, łącznie z tomografią komputerową, na którą zawieziono mnie karetką do innego miasta. Byłam wyjątkowo spokojna o wyniki i dobrze czułam się w szpitalu, pod opieką innych. Tym razem to inni się mną opiekowali. Wszystkie wyniki okazały się prawidłowe. To doświadczenie pokazało mi, jak silne oddziaływanie na zdrowie mają niezałatwione, stare sprawy. Im więcej mamy „zamiecione pod dywan”, tym więcej problemów zdrowotnych. To samo zjawisko obserwowałam u swojej przyjaciółki, która za moim przykładem również poszła na tę terapię. Również wylądowała na oddziale, tyle, że z podejrzeniem ukrytej wady serca. Ona także miała prawidłowe wyniki badań. Mam jednak świadomość, że nie każdy odważy się na taką terapię. W moim przypadku była determinacja podyktowana kierunkiem studiów, chociaż już wiedziałam, że psychoanaliza nie jest kierunkiem, którym bym chciała podążać.

Po wakacyjnej przerwie z radością pojechałam na spotkanie. Znów cieszyłam się towarzystwem grupy. To naprawdę było dla mnie pasjonujące. Jednak jesienią zaczęły się małe nieporozumienia i niesnaski między niektórymi uczestnikami grupy. Moja mandala po wielu kolorach, łącznie z oczyszczającą bielą, zaczęła się zbliżać do środka. Wciąż nie wiedziałam jaki tam będzie kolor i myślałam o tym z niepokojem. W grupie bardzo związałam się z dwiema osobami, które przypominały mi ojca i mnie samą sprzed wielu lat. Jednak konflikty nie ominęły także naszych relacji. Było niespokojnie, straszno i smutno. Zdecydowałam się poruszyć ten temat na grupie. Bałam się i gdy terapeutka zadawała mi pytania, odpowiadałam jak w transie. Byłam odrętwiała i nie do końca wiedziałam, o co tak naprawdę chodzi i gdy nagle – ku memu najwyższemu zdumieniu dla siebie samej – powiedziałam ze szlochem, że bardzo kocham mojego tatę i strasznie za nim tęsknię, za tym, którego utraciłam w dzieciństwie, gdy zaczął pić i przestał być dla mnie ochroną. Bardzo się rozpłakałam. Miałam takie uczucie, jakby ktoś ze mnie wyciągnął za stary łańcuch stary, omszały kamień z kolcami. To okazało się moją największą i najgłębszą tajemnicą. Ja sama nie byłam świadoma tej miłości. Do domu wracałam oszołomiona, jak na skrzydłach. Czułam niesamowitą lekkość i radość. Tamtej nocy nie mogłam zasnąć. Wydawało mi się, że lecę wysoko w przestworza, lekka jak piórko i jestem tam sama, ale nie samotna. Czułam jakbym była w chmurach i był tam cudowny spokój i ukojenie. Pierwszy raz doświadczałam takiego stanu. Nie znam działania narkotyków, ale myślę, że do takiego stanu dążą Ci, którzy je zażywają. Ogarnęło mnie uczucie miłości do siebie i ludzi. Ten stan utrzymywał się dosyć długo. Na następnym spotkaniu oznajmiłam, że mogę śmiało powiedzieć iż kocham te dwie osoby z grupy, które stały się dla mnie bliskie. To uczucie tak naprawdę odzwierciedlało mój stosunek do ojca i siebie samej. Od tego czasu moja relacja z tatą zaczęła się coraz bardziej polepszać i ocieplać. W mojej mandali natomiast na samym środku znajduje się kolor różowy.

c.d.n.

Cechy DDA/DDD – ciąg dalszy

22. W chwilach, gdy wszystko układa się dobrze, ogarnia go dezorientacja i „nuda”, czeka aż coś się stanie. Porządni, spokojni, czuli partnerzy są nieciekawi i porzucani.

Ta cecha została już opisana. To tzw. „zebra”, w jakiej przyszło żyć DDD. Jednak ludzie z takim zasobem są idealni do życia czy pracy w chaosie, ciągłym zagrożeniu. Jest mnóstwo zawodów, gdzie potrzeba ludzi znakomicie odnajdujących się w takich warunkach. Osoby takie też chętnie uprawiają ekstremalne sporty i prowadzą taki styl życia, gdzie ciągle coś się dzieje. Dopóki zdrowie pozwala i nie przeszkadza to w realizowaniu siebie, to jest OK. Nie wszyscy odczuwają z tego powodu dyskomfort i robią użytek ze swoich zasobów. Wiele związków tak powstaje i uzupełniają się. Jednak istotne jest, by być tego świadomym i nie tkwić w mechanizmach, które rujnują życie.

23. Reaguje głównie na to, co robią inni, zatracając własne Ja.

To przypomina mi sytuację, kiedy zastanawiałam się jaki zawód wybrać. Wydawało mi się, że mogę robić wszystko, łatwo się uczę i dobrze pracuję. Ważne żeby było zapotrzebowanie na moją pracę i odpowiedni zarobek. Tym sposobem chciałam się dopasować do potrzeb rynku. Tak wykonywałam swoją pierwszą pracę i zapłaciłam wypaleniem zawodowym, czyli zatraciłam własne Ja. Straciłam energię, pomimo iż miałam stabilną pracę, zarobki i było zapotrzebowanie na moją pracę. Okazało się, że to nie wystarcza. Musiałam odnaleźć w sobie swoją drogę naznaczoną pasją i dopiero wtedy była pełnia zadowolenia. Dopóki postępowałam kierując się potrzebami innych i reagując na nie, byłam jak żaglówka miotana przez wiatry, która płynie bez celu i zawija do przypadkowych portów. Brakowało w tym wszystkim sensu i poczucia spełnienia. Dla mnie bezcelowość prowadziła do pustki i depresji. Odkąd jestem ze sobą w przyjaźni, dbam o swoje cele i potrzeby i fajnie jak pokrywają się z celami i potrzebami innych. Wtedy podążamy razem, pracujemy lub żyjemy w zespole. To daje energię i zadowolenie.

24. Uzależnia się od alkoholu albo uzależnionych partnerów, albo jedno i drugie. W ten sposób kontynuuje ten sam rodzaj wzajemnej zależności, jaki łączył go z rodzicami lub kimś innym w rodzinie.

Jest coś na rzeczy. Co prawda sama nie uzależniłam się od alkoholu, gdyż ustrzegła mnie przed tym inna cecha DDD, tj. nadkontrola. Lubię mieć kontrolę i nie pozwoliłam sobie na zatracenie się w jakimkolwiek nałogu. Jak tylko zauważałam, że coś przejmuje nade mną kontrolę, to wycofywałam się z tych zachowań. Inaczej jest ze związkiem. Mąż jest niepijącym alkoholikiem i spora część mojego małżeństwa to życie jego życiem. Najpierw piciem, a potem trzeźwieniem. To prawda, że dzięki temu zaczęłam się realizować, jednak najpierw musiałam wyjść ze współuzależnienia. I prawdę mówiąc zastanawiam się, czy to jest możliwe by całkowicie z tego wyjść. Wiele zachowań wraca, trudno jest nieustannie stawiać granice. Można się zmęczyć…

Cały czas staram się znaleźć złoty środek. Wypośrodkować między wadami, a zaletami, znajdować w tym zasoby i energię do działania. Odcinanie się od przeszłości nic nie daje. Dopiero jak uznałam i przyswoiłam swoje cechy DDD jako zasoby lub ograniczenia, to zaczęłam świadomie dokonywać wyborów. W dalszym ciągu dowiaduję się czegoś nowego o sobie i jest to proces. Rozwój nie kończy się nigdy. To jest właśnie piękne w życiu, ta niewiadoma – co mnie jeszcze czeka?

c.d.n.