Joanna D’Arc pociągana za sznurki

    Miałam 25 lat i życie stało przede mną otworem, a ja tego nie widziałam. Moje kompleksy i niska samoocena budowały wokół  mnie wysoki mur. Na tyle wysoki, że nie potrafiłam dostrzec prawdziwego życia, które umykało mi przed nosem.

    Jednym z ważniejszych wydarzeń w tamtym czasie były moje zaręczyny z chłopakiem, dzięki któremu mogłam zmienić środowisko i wyjechać do miasta bardzo odległego od mojego miejsca zamieszkania. Można by rzec, na drugi koniec Polski. Do dziś mam niesmak z tym związany. To był wartościowy chłopak i nie zasłużył na takie potraktowanie. Trochę przyczyniła się do tego moja mama, mówiąc, że nie jest to dla mnie dobra partia. Jednak tak na prawdę, to ja nie byłam w stanie docenić tego chłopaka i rodzące się uczucie między nami. Alkohol skutecznie niweluje uczucia, z tym, że nie tylko te niewygodne jak strach, wstyd, niska samoocena, ale w pakiecie kasuje też uczucia wyższe, w tym także miłość. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam i brnęłam dalej pogrążając się jak w bagnie, w którym im więcej wykonuje się ruchów, tym głębiej wciąga.

    Najgorzej z tamtych czasów wspominam momenty kiedy film mi się urywał. Na drugi dzień czułam niepokój nie mogąc sobie przypomnieć co się wydarzyło i co robiłam. Towarzystwo miałam stałe i liczne, sami imprezowicze. Nie miałam punktu odniesienia, by zauważyć jak daleko zabrnęłam. Spotykamy się co tydzień i powoli mam przesyt. Zaczynam czuć wstręt do alkoholu i obrzydzenie do siebie, mimo to idę na imprezę jak cielę na rzeź. W pracy nadal byłam obowiązkowa ale trzymałam się z tymi, którzy lubią pić. Tracę powoli grunt pod nogami i zaczynają się wydarzać się historie, które zdrowemu człowiekowi dałyby do myślenia już wtedy. Ja jednak byłam jeszcze ślepa.

    Któregoś razu na imprezie szkolnej (tak, były takie czasy w naszym kraju, gdy alkohol piło się także w szkole, wśród nauczycieli, za przyzwoleniem dyrekcji, a nawet za jej aprobatą. Dzisiaj jest to nie do pomyślenia, i całe szczęście), gdzie alkohol lał się strumieniami, wypiłam o wiele za dużo. Samo to jeszcze nie byłoby katastrofą, ale ja naubliżałam dyrektorowi, wygarniając mu bez ogródek wszystko co o nim myślę, a nawet więcej, co myślą o nim inni. Jak wytrzeźwiałam czułam się potwornie. Było mi wstyd i kierując się resztkami przyzwoitości jakie jeszcze we mnie się tliły, poszłam go przeprosić. Było mi strasznie ciężko ale zdobyłam się na ten wysiłek. Ku memu zdziwieniu nie był na mnie zły i uświadomił mi, ze padłam ofiarą manipulacji ze strony jednej z koleżanek z pracy. I on, i inni zauważyli, że dolewała mi potajemnie alkohol i widząc mój pogarszający się stan zaczęła mnie podpuszczać i podjudzać przeciw dyrektorowi. Mówiąc obrazowo, byłam marionetką w jej rękach i zręcznie moim kosztem załatwiła swoje sprawy. Dotarło do mnie wtedy jak łatwo mną manipulować gdy jestem pod wpływem alkoholu. Pomimo iż dyrektor nie miał do mnie żalu, to przeżywałam tę historię bardzo mocno i długo.

    Jednak tak bardzo chciałam być popularna i lubiana, że dawałam się wykorzystywać. Często pozwalałam się wkręcać w różne podobne historie. Jak bojowniczka szłam na wyimaginowane barykady walcząc za sprawę (Bóg jeden raczy wiedzieć za jaką). Czułam się niemalże jak Joanna Darc gotowa ginąć za „ideały”. To oczywiście było chore zachowanie, gdyż niczego nie załatwiało a moja energia była marnotrawiona, a życie do bani i bez sensu. Nadal jednak nie zaniedbywałam obowiązków związanych z pracą. Wciąż zachowywałam umiar i w pracy nie piłam. Do czasu gdy…

c.d.n.

Pierwsze zerwane filmy

    Po jakimś czasie pogodziłyśmy się i nikomu nie powiedziałyśmy o tym, co się wtedy wydarzyło. To był pierwszy raz, kiedy zauważyłam inne, destrukcyjne działanie alkoholu. Byłam bardzo zaskoczona agresją zarówno swoją, jak i koleżanki. Byłyśmy zatrute i alkoholem i gazem, to mogło mieć zupełnie inny, tragiczny koniec. Wtedy zdałam też sobie sprawę, że przez alkohol mogę stracić przyjaciółki i że wywołuje we mnie taką agresję, że jestem zdolna do ostrej bójki. To było dla mnie coś nowego, takiej siebie nie znałam dotąd. To wydarzenie spowodowało, że przez jakiś czas stroniłam od alkoholu. Wystraszyłam się.

    Po paru miesiącach wszystko wróciło do „normy”, tzn. piłam nadal, lecz starałam się nie upijać. Znów wróciłam do picia na wesoło.  Moje studia dobiegały końca i nadszedł czas na bal absolutoryjny. Wciąż miałam w pamięci historią z pobiciem i piję umiarkowanie. Zabawa jest udana.

    Zaczynam pracę na wsi. Jestem sumienna i solidna, typ siłaczki, daję z siebie wszystko. Nadal mieszkam u rodziców i dojeżdżam do pracy. Podczas początków mojej pracy, następuje w szkole zmiana dyrekcji. Nowa dyrektorka lubi także alkohol i po pracy spotykamy się i pijemy. Obie byłyśmy same, tzn bez mężów czy partnerów. Wtedy obowiązki wciąż jeszcze były dla mnie priorytetem. Krąg osób pijących wokół mnie stale się powiększa. Zaczyna mi się zdarzać przyjść do pracy na kacu.

    W tym czasie dotyka mnie pierwsza tragedia. Mój tata wraca do kraju z rejsu i nie może wpłynąć do portu. Statek stoi na redzie przez parę dni i tata kontaktuje się z rodziną telefonicznie. Czekam na niego z utęsknieniem żeby się przywitać. Pamiętam jak dziś, wracam z pracy w Dzień Kobiet z alkoholem, wesoła i od progu dowiaduję się od mamy, że tata nie żyje. Zawalił mi się świat. Bezpośrednią przyczyną był zawał serca. Jednak podczas oględzin na statku, oficer który nas prowadził, przyznał, że musiała być niezła impreza, sądząc po ilości pustych butelek. Było ich pełno. Jak to usłyszałam, to myślałam, że wydrapię mu oczy. Długo nie dopuszczałam do siebie faktu, że mój tato jest alkoholikiem. Pił od dawna i krzywdził nas, ale ja tego nie chciałam widzieć. Kochałam go i nienawidziłam jednocześnie.

    To była pierwsza tak duża strata. Byłam jeszcze młodą dwudziestoparolatką. To za wcześnie na stratę rodzica. Bardzo dużo płakałam. Koleżanka w dobrej wierze, zaprasza mnie często na imprezy. Jest ogólnie wesoło ale ja wciąż płaczę. Dziewczyny dawały mi na to przyzwolenie. Więc piłam i płakałam. Miałam poczucie winy, bo myślałam, że tata pił żeby uczcić moją magisterkę. Sobie przypisywałam przyczynę picia taty i w rezultacie śmierci.

    W tym czasie na imprezach zaczął mi się urywać film i zaczęłam chomikować alkohol, żeby było na później, na następny dzień. Robiłam to bezwiednie i bez sensu gdyż rozlewałam wódkę do kieliszków i wstawiałam je do barku. Do następnego dnia zdążył z nich wywietrzeć alkohol i były bezużyteczne.

Początki picia

    Jako nastolatka, byłam dziewczyną nieśmiałą i zakompleksioną. Czułam się brzydka, gruba i niekochana. Jednak było to moją tajemnicą gdyż nosiłam maskę pewnej siebie i nic nie robiącej sobie ze swojego wyglądu, śmiałej dziewczyny. Moje motto życiowe z tamtego okresu brzmi: „Jak się nie będą ciebie bali, to będą się z ciebie śmiali”. Nie paliłam i nie piłam i na dodatek bardzo krytykowałam takie zachowania. W szkole byłam zawsze grzeczną dziewczynką, dobrze ułożoną, pilną i dobrze uczącą się. Ale to tylko były pozory.

    W domu musiałam odreagować. Płakałam w swoim pokoju i leczyłam kompleksy pisząc wiersze. Tak było w podstawówce a idąc do ogólniaka odkryłam w sobie naturę społecznika. Pomagałam słabszym, byłam drużynową w harcerstwie i broniłam przed atakami silniejszych, osłaniałam, wspierałam i mówiłam miłe budujące słowa. Potrafiłam innych dowartościować a sama tylko udawałam, że ze wszystkim sobie radzę. W domu nadal płakałam. Byłam postrzegana jako osoba silna i dobrze radząca sobie z problemami.

    W LO mieliśmy grupę teatralną, w której udzielałam się. Był taki jeden spektakl, który rodził się w bólach. Nie szło nam i wciąż improwizowaliśmy a premiera zbliżała się wielkimi krokami. W dniu występu kolega przyniósł wódkę i sok. Powiedział, że na stres dobrze jest wypić kieliszek wódki z sokiem. Jak powiedział, tak zrobiliśmy. Nauczyłam się, że jest sposób by rozluźnić się w stresie unikając jego skutków. Poczułam przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele, rozluźnienie i brak strachu. Występ udał się znakomicie i dostaliśmy gromkie brawa a nasze improwizacje spodobały się widzom. Dobrze wrył mi się w pamięć ten pierwszy raz. Miałam dziewiętnaście lat i bardzo podobał mi się stan w jakim się znalazłam za sprawą kieliszka wódki.

    To odkrycie skutkowało tym, że od czasu do czasu z koleżankami spotykałyśmy się jak  któraś miała wolną chatę i robiłyśmy sobie grzańca i dobrze się bawiłyśmy. Zdając na studia poznaję nowych ludzi i poszerza mi się grono znajomych. Będąc na praktykach studenckich trafiają nam się okropne warunki socjalne i beznadziejny kierownik praktyk. W tym stanie zaczynamy się „ratować” alkoholem. Wtedy pierwszy raz odkrywam jak alkohol przybliża mnie do ludzi. Czuję się akceptowana, lubiana i podziwiana. Jest wesoło i to jeszcze był etap picia towarzyskiego.

    Studia przebiegały spokojnie bez problemów. Zaliczałam egzaminy, w tych sytuacjach czułam się bezpiecznie i nie potrzebowałam alkoholu. Do egzaminów najczęściej uczyłyśmy się we dwie z koleżanką u niej w domu. Chętnie uciekałam ze swojego i jeżeli u niej nie było możliwości to szłyśmy do akademika. Tam jednak już nie było mowy o nauce, gdyż nieustająco imprezowano. Piję nadal towarzysko i na wesoło. Jednak w czasie studiów zdarzył się pewien incydent, który mnie skonsternował w kwestii picia. Otóż jedna z koleżanek miała wolną chatę na weekend i postanowiłyśmy we trzy, że spędzimy ten czas razem z ogromną ilością alkoholu. Rodzice usłyszeli, że mam wyjazd naukowy tylko nie wiedzieli o jakie nauki chodzi.

    Przez trzy dni piłyśmy, jadłyśmy i spałyśmy nie wychodząc z domu. W pewnym momencie tej nieustającej pijatyki, bo trudno to nazwać imprezą, ja i jedna z dziewczyn, zaczęłyśmy robić się agresywne. I nie chodzi tu o sprzeczkę, bynajmniej. Myśmy się porządnie pobiły. Byłyśmy już nieźle zatrute alkoholem i powoli traciłyśmy kontakt z rzeczywistością. Pobiłyśmy się tak, że ślady długo było widać i nieźle musiałam kłamać skąd one się wzięły, bo każdy o to pytał. Druga z dziewczyn zaczęła mieć myśli samobójcze i postanowiła swoje pomysły wcielić w życie odkręcając kurek z gazem. Ja w swojej agresji i zatruciu alkoholowym niczego nie zauważyłam. Moje społecznikostwo i chęć ratowania innych rozpłynęły się w oparach alkoholu. Byłam już kimś innym. Tak naprawdę to mogło skończyć się tragicznie, jednak przyszedł w porę chłopak jednej z dziewczyn i zreflektował się, że coś nie gra. Myśmy spały a gaz się ulatniał. On wywietrzył mieszkanie a my obrażone śmiertelnie, rozeszłyśmy się do swoich domów.

c.d.n.

Spadające zasłony i bolesne odkrycie

    To wydarzenie pokazało mi jak bardzo mój umysł mnie zwodził. Jak nie chciałam przyjąć i zaakceptować swojej choroby w całej rozciągłości. Wciąż gdzieś w zakamarkach przechowywałam wątpliwości i nie dopuszczałam do siebie całej prawdy zarówno o sobie, jak i o istocie uzależnienia. Bardzo chętnie wyszukiwałam różnice pozwalające czuć się „lepszą”. Te osoby, które krytykowałam nie zapiły, a ja tak.

    To była dla nie duża lekcja pokory. Od ludzi ze wspólnoty miałam sporo sygnałów ostrzegawczych, że ten mężczyzna nie jest godzien zaufania. Mówiono, że jest dziwny ale ja w swym nadętym ego i z całą swoją pychą myślałam, że sobie z nim poradzę. Nie poradziłabym sobie gdyby nie chłopcy z AA, którzy uprzedzili mnie, że gdyby coś się stało mam zadzwonić i oni natychmiast przyjadą. To dawało mi pewność siebie i mogłam tego użyć jako argumentu w trakcie ataku agresji mojego „opiekuna”. Dziś widzę jak wiele znaczyła ta pewność, że nie jestem sama z problemem i że mam tak naprawdę pomoc i obronę. On nie zdążył mnie uderzyć gdy powiedziałam, że jeżeli wprawi w ruch, tę podniesioną na mnie łapę, to ja zadzwonię po chłopaków i że oni tylko czekają na telefon. To podziałało na niego trzeźwiąco i na mnie też.

Tak naprawdę to był mój duży sukces w sensie terapeutycznym. Pozbyłam się pychy, która utrudniała dotąd leczenie. Wydarzenie, które mogło być traumatyczne, takim się nie stało, bo po raz kolejny poczułam jak wielka jest moc w dobrych relacjach z ludźmi i pomimo, iż w życiu czułam się samotna, to w takich skrajnych wydarzeniach ludzie po raz kolejny okazali mi pomoc i dali wsparcie.

Po szczerej rozmowie z terapeutką, postanowiłam jeszcze raz rozpocząć leczenie z tą różnicą, że teraz zaczęłam szukać podobieństw zamiast różnic. Z właściwa sobie systematycznością podjęłam kolejną trwającą dwa lata terapię odwykową oprócz regularnego uczestniczenia w mitingach AA. Terapia przebiegała w dwóch etapach: wstępny i pogłębiony. Na każdym z etapów miałam spotkania indywidualne z terapeutką i z grupą terapeutyczną. Na etapie terapii pogłębionej mieliśmy kilka maratonów weekendowych, na które wyjeżdżaliśmy do innych miejscowości. Na maratonach zazwyczaj pracowaliśmy na głębszych problemach życiowych. Od tego czasu zaczęłam naprawdę zdrowieć.

Po tym nastąpił okres rozkwitu w moim życiu. Wiązało się to między innymi z przykrym odkryciem, że moje dotychczasowe „przyjaźnie” były oparte na wspólnym piciu alkoholu. Z przykrością odkryłam, że z całej rzeszy fajnych koleżanek i przyjaciółek, tylko jedna potrafiła zaakceptować moje uzależnienie i nie przeszkodziło to w utrzymaniu nasze relacji. Cała reszta okazała się zakłamaną fasadą, za którą kryła się pustka. Nie było żadnych relacji bez alkoholu. Bardzo mocno to przeżyłam, to była autentyczna strata. Było mi przykro, smutno i dużo płakałam. Poczułam się rozczarowana i z bólem odkrywałam dotychczasowe zakłamanie moich znajomości z ludźmi. Do tego doszło, odkrycie, że moja rozrywkowość służyła niektórym za przykrywkę dla ich picia i chętnie się mną zasłaniały, gdy trzeba było się usprawiedliwić przed mężem z własnego picia.

Trzeźwe życie nie pozostawiało mi już żadnych złudzeń. Zasłony spadły i stanęłam przed nagą prawdą. Po takim bolesnym odkłamaniu zaczęłam żyć w prawdzie. Dzisiaj widzę jak chorym zespołem byłyśmy. Nasze życie zawodowe przeplatało się z prywatnym i wchodziłyśmy sobie z przysłowiowymi buciorami do życia każdej z nas. Żadnych granic, czysta patologia ale dająca złudzenie bliskości, przyjaźni i wsparcia. Trudno było mi przeżyć tę stratę i naprawdę bolało. Oprócz tej jednej, żadna nie zadzwoniła gdy chorowałam i potrzebowałam ich. Dzisiaj jestem zadowolona, bo wokół mnie jest może mniej ludzi, jednak mogę na nich liczyć. To tak, jakby gospodyni miała wybierać miedzy dziesięcioma ładnymi ale dziurawymi i bezużytecznymi garnkami, a jednym solidnym, w którym można ugotować pożywną strawę. Wybrałam mniej a zyskałam więcej…

c.d.n.

Przygody ze szpitalem ciąg dalszy

    Wróciłam do trzeźwego życia, jednak przygoda ze szpitalem jeszcze się nie skończyła. Niebawem okazało się, że mam torbiel na jajniku i konieczna jest operacja. Z pełnym zaufaniem oddaję się w ręce lekarza, który już mnie operował poprzednio. Operacja przebiegła pomyślnie jeżeli chodzi o usunięcie torbieli, z kolei zaniepokoiła  go moja szyjka macicy. Wziął wycinek i oddał do badania. Niestety wyniki nie były najlepsze, wczesne stadium raka. Po raz kolejny miałam farta, bo lekarz załatwił mi na cito, przeniesienie na oddział onkologiczny. Zapytał się czy zgadzam się. Nie sądzę bym miała inne wyjście i zgodziłam się od razu. Tu mój fart trochę zawiódł, bo zamiast sześciu tygodni, spędziłam na oddziale onkologicznym trzy miesiące gdyż zepsuły się lampy, którymi byłam naświetlana.

    Ale tak naprawdę, któż to wie? Może to był dalej mój fart, bo w tamtym czasie czułam się już wspaniale. Ten pobyt też miło wspominam, czułam się już silna i pełna pozytywnego nastawienia. Nauczyłam się afirmacji i codziennie powtarzałam sobie, że z dnia na dzień czuję się coraz lepiej. Leczona byłam korkami radowymi i naświetlaniem lampami. Wtedy, podczas pobytu na oddziale onkologicznym poczułam, że mam wielką siłę w sobie i czułam tę moc i obdzielałam nią także innych. Wiele pacjentek skupiało się na tym, ile osób na oddziale umierało a ja liczyłam skrupulatnie tych, którzy walczyli i wygrywali. Moja uwaga była mocno skupiona na zdrowieniu.

    Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam jak kruche i ulotne jest ludzkie życie i żadne bogactwo nie jest w stanie pomóc, gdy na człowieka przyjdzie czas. Mój rak był w bardzo wczesnej fazie i dzięki przytomności lekarza, który usuwał torbiel z jajnika i wykazał się uważnością w tym co robi, wyleczona zostałam szybko i skutecznie. Bardzo jestem mu wdzięczna za troskę jaką mi okazał. To był, wbrew pozorom, bardzo dobry czas w moim życiu. Poczułam wtedy silne więzi z ludźmi i doświadczałam przyjaźni. Wielu okazywało mi szczerą i bezinteresowną życzliwość. Dowiedziałam się, że wielu modliło się za moje zdrowie. Ludzie z grup wsparcia dla alkoholików okazali się wsparciem nie tylko w trzeźwieniu ale także w leczeniu choroby nowotworowej. To jest ogromna pomoc, jakiej w innych okolicznościach nie doświadczyłam. To jest też powód, dla którego bardzo jestem oddana wspólnotom wywodzącym się z ruchu AA.

     Moja wdzięczność dla wspólnoty była tak duża, że trochę bezkrytycznie podchodziłam do jednostkowych przypadków. Spowodowało to, że trochę niefrasobliwie podeszłam do pewnej znajomości z jednym z kolegów. Wykazywał się dużą troskliwością w czasie choroby i potem woził mnie na wizyty kontrolne. Będąc tak zaopiekowana postanowiłam, że zamieszkamy razem i pozwoliłam mu wprowadzić się do mnie. Dziś wiem, że to był błąd i że uległam złudzeniu. On słyszał na mitingach jak mówię o swojej samotności a sam był po rozwodzie i nie miał gdzie się podziać. Moja czujność została najwyraźniej uśpiona i to na tyle skutecznie, że zaczęłam przyjmować jego argumenty, że na pewno nie jestem alkoholiczką. Te słowa trafiały na podatny grunt, gdyż wciąż jak pisałam, porównywałam się z innymi, szukając w czym jestem „lepsza”. Bardzo starannie pielęgnował we mnie tę myśl, łechcąc przy tym moją próżność, mówiąc, że nie pasuję do wspólnoty.  Znowu zaczęłam niebezpiecznie unosić się nad ziemią i tracić grunt pod nogami…

    Pewnego dnia przyniósł do domu alkohol i ja razem z nim napiłam się. Trwało to jeden dzień i w tym krótkim czasie nagle zobaczyłam z kim mieszkam. Okazał się damskim bokserem i podniósł na mnie rękę. Na szczęście nie ma we mnie zgody na przemoc wobec mnie i szybko zareagowałam. Zwróciłam się do zaprzyjaźnionego sąsiada o pomoc. Powiadomiłam policję i dowiedziałam się, że jest poszukiwany. Sąsiad był dużym wsparciem jak musiałam delikwenta wyprosić ze swojego mieszkania. Sygnałem ostrzegawczym powinien być już dla nie fakt, że bez mojej wiedzy i pod moją nieobecność przywiózł swoje rzeczy, łącznie z meblami.

Po tym incydencie poszłam jak zbity pies do swojej terapeutki i cała skruszona spytałam się co mam robić?

c.d.n.

Pycha poprzedza upadek

    Wracając po latach do tych wspomnień, uświadomiłam sobie jak bardzo potrzebuję kontaktu z innymi kobietami w podobnej sytuacji, tzn. z takimi, którym nie dane było zostać matkami z powodu choroby a nie z wyboru. Tak jak wtedy, grupy wsparcia były moja siłą, tak i teraz chętnie bym podzieliła się z kimś w podobnej sytuacji swoimi refleksjami.  Może nawet więcej, jestem gotowa dać też wsparcie innym kobietom, podobnie jak dostałam je wtedy od innych. Widzę u siebie większy poziom empatii niż wtedy i w całej rozciągłości widzę dobro, jakiego doświadczyłam od całej rzeszy ludzi mniej lub bardziej mi znanych.

    Podejmując decyzję o zachowaniu abstynencji, poszukałam jak to mam w zwyczaju, pomocy. Wiedziałam, że w sąsiedztwie mieszkają trzeźwiejący alkoholicy. Złożyłam im wizytę a oni najpierw zdziwili się, a potem zapewnili mi dotarcie do grupy AA. Poprosili swoją znajomą, która zawiozła mnie na pierwszy miting.

Znalazłam się nagle po drugiej stronie lustra, jak Alicja w Krainie Czarów. To był dla mnie inny świat. Słuchałam zachłannie o czym się mówi i byłam urzeczona.Bardzo mi się podobało, pierwszy raz słyszałam tak szczere i odważne wypowiedzi z ust ludzi uzależnionych. Żadnego ściemniania, naga prawda. Jak powiedziałam o sobie i w jakim momencie życia się znajduję, dostałam dużo wsparcia. Ludzie mówili mi co mam robić, by odnieść korzyści z mitingów. Znalazłam też grupę terapeutyczną prowadzoną przez trzeźwego alkoholika.

To był czas pełen euforii i zadowolenia z jednej strony, z drugiej cały czas odczuwałam silny wstyd i najchętniej, to zaszyłabym się w ciemnym kącie w domu i nie spotykała się z nikim. Gdyby to tylko było możliwe, to pracowałabym na programie w pojedynkę. Wciąż nie mogłam zaakceptować diagnozy: alkoholizm. Na mitingach przedstawiałam się: Abilaki, jestem alkoholiczką, jednak po powrocie do domu płakałam ze złości na siebie i nijak nie potrafiłam z tym się pogodzić. Wciąż porównywałam się z innymi i z satysfakcją odkrywałam, że nie mam wszystkich objawów co inni. Czułam się lepsza bo: nie straciłam pracy z powodu picia, nie byłam na izbie wytrzeźwień, nie przepiłam pensji itd.

Po pięciu miesiącach, kolega z AA pomógł mi załatwić pracę na wczasach jako opiekun kulturalno – oświatowy tzw. KO. Nie miałam pojęcia wtedy, że ludzie na wczasach tak dużo piją alkoholu. To było brutalne zderzenie z rzeczywistością, na którą nie byłam przygotowana. Patrzyłam na pijących ludzi z boku i czułam się potwornie samotna. Uzbrojona po zęby w literaturę z AA, odizolowana w swoim pokoju gdy inni pili, przetrwałam dzielnie trzy turnusy.  Wtedy nagle poczułam silne bóle i znalazłam się na pogotowiu. Lekarz stwierdził nerwoból i spytał, czy jestem w silnym stresie. Odparłam, że nie i dostałam środki rozkurczowe i przeszło.

Po tym zdarzeniu, gdy poczułam się lepiej postanowiłam pójść na zabawę kończącą turnus. Kolega z którym byłam nie wiedząc nic o moim uzależnieniu, zaproponował mi piwo. Zgodziłam się i wypiłam tylko to jedno piwo. Byłam zaskoczona i oburzona, że tyle krzyku, że zaraz chce się pić więcej i że wpada się w ciąg a ja tylko to jedno i nic. Po prostu normalnie wypiłam jedno piwo i na tym koniec. Następnego dnia przy innym spotkaniu, sama zainicjowałam wypicie wina i błyskawicznie zadbałam swoim starym zwyczajem, o zapewnienie sobie alkoholu na potem chowając butelkę. Na trzeci dzień obudziłam się z silną potrzebą napicia się alkoholu, co uczyniłam niezwłocznie i skutecznie aż do zerwania się filmu.

Jakimś zrządzeniem losu, przyjechali na te wczasy też do pracy inni ludzie z AA. Uratowali mnie. Czułam się podle, z potwornym poczuciem winy myślałam, że nie jestem godna by znowu mnie przyjęli. Zaopiekowali się mną pełni zrozumienia. Zrezygnowałam z tej pracy i po powrocie do domu szybko udałam się na miting by zgłosić zapicie i zacząć wszystko od początku. Dowiedziałam się,  że ten nerwoból to objaw nawrotu choroby. Przez dwa lata chodziłam znowu regularnie na mitingi i podobnie jak przedtem wciąż szukałam różnic na swoją korzyść. Porównywałam się by czuć się lepsza od innych, jeszcze niczego ta wpadka mnie nie nauczyła…

c.d.n.

Polubiłam swój strach, jest moim wybawicielem.

    Jakieś pół roku później wykryłam w swojej piersi guzek. Udałam się z tym do lekarza. Potem do następnego. Tak mam, że jestem niezwykle dociekliwa, więc skonsultowałam tę diagnozę z wszystkimi możliwymi specjalistami. To nie była złośliwa zmiana i myślałam, że obejdzie się bez operacji. Jednak chirurg powiedział mi, że operacja jest konieczna. Postraszył mnie, że jeżeli się jej nie poddam to czeka mnie umieranie w strasznych męczarniach. Bardzo się przestraszyłam takiej wizji i zdecydowałam się na operację, nie mając żadnych gwarancji, że uda się uratować pierś. Po operacji gdy wybudziłam się z narkozy pierwszą rzeczą jaka do mnie dotarła, to głos pielęgniarki mówiącej: dotknij swoich piersi. Byłam szczęśliwa, tym razem obeszło się bez kolejnej straty. W piersi był włókniak, którego usunęli nie uszkadzając mi piersi. Byłam przeszczęśliwa, tak bardzo bałam się kolejnej straty. Myślałam, że ta zła passa nigdy się nie skończy, a tu taka miła niespodzianka.

    Wydarzenia związane z jedną i drugą operacją, stratą ciąży i odejściem mężczyzny, którego kochałam, depresja, to wszystko spowodowało, że ten okres w moim życiu traktowałam jak najczarniejszą tragedię i niechętnie do tego wracałam. Jednak skoro postanowiłam rozliczyć się z przeszłością, to również i z tymi wydarzeniami. Bardzo się bałam, a teraz zaczynam na to wszystko patrzeć z innej perspektywy.

    Uświadomiłam sobie, jak bardzo pomocna w tym czasie była moja matka. Nie tylko, że wzięła mnie na pół roku do siebie, to jeszcze pomagała mi dotrzeć do najlepszych specjalistów. Uruchomiła wszystkie swoje znajomości, by mi pomóc. Ta historia pokazała mi również, że mój strach jest z tych, co napędzają do działania. Lęk o zdrowie i strach przed śmiercią były najlepszymi motywatorami by pokonać niemoc i depresję. Pobyt w szpitalu był dla mnie również dobrym doświadczeniem. Nie mogłam długo zrozumieć, dlaczego byłam tam tak dobrze traktowana, chociaż nie zapłaciłam ani złotówki i wszystkie wizyty były w ramach NFZ, żaden lekarz nie był prywatny. Pielęgniarki traktowały mnie bardzo serdecznie. Pamiętam jak kiedyś na oddział przyszła kobieta w ciąży a one zręcznie nią nawigując wyprowadziły tak, bym nie miała z nią kontaktu. Wiedziały o mojej depresji i  niedawnej stracie. Chroniły mnie przed przykrościami. Teraz widzę, jak dobrze się mną wszyscy tam opiekowali. Dla lekarzy byłam trudnym i ciekawym przypadkiem, ale też czułam ich serdeczność. jeden z lekarzy był dla mnie jak ojciec.

    Patrząc na to z perspektywy czasu zaczynam widzieć jaką byłam szczęściarą. Doświadczyłam tak dużej dawki serdeczności, opieki i troski co jest naprawdę ewenementem w naszej służbie zdrowia. Zauważyłam, że moim zasobem mimo wszystko jest walka o siebie, zdrowy instynkt samozachowawczy, dociekliwość, wytrwałość i determinacja. W tym całym nieszczęściu potrafiłam dzięki wewnętrznej dyscyplinie, myśleć racjonalnie i podjąć wszelkie niezbędne kroki by zadbać o swoje zdrowie. Robię to nawet nie mając nadziei na dobry rezultat. Tak mam i całe szczęście, że jestem karna, zdyscyplinowana i podporządkowana zasadom. Dzięki tym cechom byłam idealną pacjentką i teraz to widzę. Jestem też komunikatywna i dosyć dobrze uspołeczniona co pomogło polubić się z innymi pacjentkami i personelem. Byłam naprawdę traktowana wyjątkowo i teraz tak się poczułam. Dopóki rozpatrywałam ten czas z poczuciem krzywdy nie mogłam tego dostrzec, a teraz widzę, że jestem wyjątkowa i oryginalna i poczułam swoją wartość. Zupełnym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że depresja jest przejawem zdrowia. Uświadomiono mi, że każdy zdrowy człowiek doświadczając straty, przeżywa też depresję. Myślałam do tej pory, że depresja jest dowodem na moją gorszą jakość.

    Jakieś kolejne pół roku później podjęłam ostateczną decyzję o rozstaniu się z alkoholem i życiu w trzeźwości. Lęk przed śmiercią uświadomił mi, że jestem w stanie zapić się na śmierć, jak nie skończę tego teraz. Drugim argumentem była świadomość, że mama mogłaby nie przeżyć wstydu jaki ją czekał, gdyby jej córka tak skończyła. To były dobre dwa powody by podjąć leczenie. Po jakimś czasie dotarłam pierwszy raz do wspólnoty AA. Mój strach po raz kolejny uratował mi tyłek, z tego wnoszę, że jest to dobry strach i nie ma powodu by się go wstydzić czy wypierać. Jest mój i dobrze mi z nim.

    Gdy już odetchnęłam po powrocie do tych wspomnień, nagle pojawiła się przestrzeń na coś nieznanego dotąd. Pod koniec sesji terapeutycznej zaczęłam czuć silny ból ramion. To było jak duży ciężar. Potem zaczęłam myśleć o straconym dziecku i poczułam ogromny smutek i poczucie straty. Teraz dopiero mogłam dopuścić do głosu uczucia, które zostały stłumione wiele lat wcześniej. Ponieważ już wiem, że płacz jest zdrowy, pozwalam sobie na niego. Opłakuję żal po stracie nienarodzonego dziecka…

c.d.n.

W słabości odkrywam moja siłę

    Alkoholizm jest chorobą przewlekłą i nieuleczalną charakteryzującą się nawrotami, przynajmniej na początku leczenia. Wielu przyrównuje ją do cukrzycy, by uzmysłowić obraz tej choroby. Z alkoholizmem podobnie jak z cukrzycą można żyć, jednak trzeba być jej świadomym i przestrzegać pewnych reguł, by to życie było satysfakcjonujące mimo choroby.

    Moja decyzja o porzuceniu picia zrodziła się w mojej głowie po utracie szans na macierzyństwo, jednak miałam jeszcze nawroty. Decyzja zapadła, ale brakowało mi wiedzy na temat istoty tej choroby a nie byłam jeszcze gotowa na leczenie. Moja sytuacja jeszcze nie pozostawiała mi dosyć przestrzeni na taką decyzję. Utrata ciąży i perspektyw na posiadanie dziecka w przyszłości, zostały szybko zamiecione pod dywan. Potrafiłam szybko wziąć się w garść ale utrata faceta, mojej miłości, załamała mnie totalnie. Nie mogłam tego zrozumieć i wciąż płakałam. Pytanie: dlaczego? nie dawało mi spokoju. Najgorsze było to, że nasz związek nie miał formalnego zakończenia. Po prostu przestał przychodzić, bez słowa wyjaśnienia, podsumowania, czy czegokolwiek co by świadczyło o zamknięciu jakiegoś rozdziału w moim życiu.

W końcu moja koleżanka doprowadziła do spotkania, byśmy w cztery oczy mogli sobie cokolwiek powiedzieć. Widziała jak się z tym miotam, jestem jej za to wdzięczna. Było dla mnie ważne usłyszeć, czy kiedykolwiek mnie kochał? Przyznał, że tak było w przeszłości, lecz teraz bardzo dla niego jest ważna relacją z obecną kobietą ze względu na jej dziecko. Jego uczucia jak powiedział, są przy tym dziecku.  Zaczęłam pojmować, że moja wartość zależała tylko od moich zdolności prokreacyjnych, które niestety bezpowrotnie utraciłam. Czułam się tak, jakby ktoś na żywca rozcinał moje serce szkłem. Cierpiałam niemożebnie, jednak na mojej twarzy pozostała maska spokoju. Nie pokazałam mu swojego cierpienia i do dzisiaj obwiniałam siebie, za to, że przez chorobę utraciłam go. Teraz dopiero poczułam wściekłość, którą tłumiłam przez ćwierćwiecze a dziś pozwoliłam sobie ją uwolnić i dostrzec jego skurwysyństwo w całej rozciągłości!!!

Przez dużą część życia myślałam, że nie potrafię sobie radzić. Skupiałam się na swoich błędach, niedociągnięciach, brakach, wadach, niedoskonałościach i kompleksach. Teraz powoli zaczynam dostrzegać jak wiele mam zasobów, których nie byłam świadoma. Wciąż dążyłam do udoskonalania i leczenia tkwiąc w przekonaniu o swojej chorobie i niedoskonałości. Teraz przyszedł czas na odkrywanie swoich zasobów. Zaczynam dostrzegać, że ja naprawdę sobie radziłam i sprostałam wyzwaniom dzielnie stawiając im czoła. To że nie wylądowałam w psychiatryku to jest albo cud, albo przejaw mojej siły. Jeszcze niedawno powiedziałabym, że to pierwsze. Jednak dalsze wydarzenia w moim życiu sugerują mi, że jednak to drugie…

c.d.n.

Powracające depresje

Depresje wracały jak bumerang. Lekarze dawali leki antydepresyjne, brałam je w nadziei, że to ostatni raz, za każdym razem przechodziło i mogłam wrócić do swojej aktywności. Początkowo reagowałam niemocą i ucieczką w sen. Jak zwykle wszystko miałam uporządkowane w głowie i grzecznie jak wzorowa uczennica stosowałam się do zaleceń lekarzy i brałam sumiennie przepisane leki. Co ciekawe nie było przy tym emocji ale wtedy nie zastanawiałam się nad tym. Nie wiedziałam też na jaki temat mam doła. Po prostu depresja przychodziła jak Buka w „Dolinie Muminków” i odchodziła zostawiając mnie na jakiś czas w spokoju. Tak było przez wiele lat ale ostatnimi czasy coś się zmieniło…

Od kilku lat wraca z jakimś tematem. Najczęściej z poczuciem zmarnowanego życia, zaczął się też płacz i ogromne poczucie żalu, że urodziłam się w alkoholowej rodzinie i że niejako zostałam skazana na życie z nałogiem. Potem doszedł żal za stracony czas na życie w nałogu, żal z powodu nie ułożonego życia, braku potomstwa, samotności itd. Po jakimś czasie przechodziło i znowu zaczęłam żyć normalnie. Jednak tym razem poczułam, że coś jednak z tym muszę zrobić.

Zaczęło się od spotkania po latach z koleżankami ze szkoły było miło i zaplanowałyśmy większe spotkanie. Po przyjściu do domu wróciły znów żale i lęki. Gdy zbliżał się dzień spotkania zaszywałam się coraz głębiej w swojej norce by nikt mnie nie znalazł i nie kazał jechać na spotkanie. Wstydziłam się, że nie mam tego wszystkiego co mają moje koleżanki. Chwaliły się swoimi osiągnięciami, rodzinami, dziećmi i wnukami. Czułam się przy nich z powrotem jak nic niewarta dziewczyna, jaką byłam w latach młodości gdy zaczynałam swoją przygodę z alkoholem. Oprócz wspomnień wróciły emocje, dopiero teraz dopuściłam je do siebie. Wtedy sięgałam po alkohol by je zagłuszyć. Teraz przyszedł płacz, który towarzyszył mi przez parę tygodni. Wypłakiwałam swoje dzieciństwo i młodość. Postanowiłam, że jeszcze raz odbędę podróż do przeszłości wehikułem TSR (terapia skoncentrowana na rozwiązaniach).

Jestem zdecydowana zmierzyć się ze swoimi demonami i poznać przy okazji swoje zasoby. Nigdy dotąd tak nie pracowałam, teraz zaczynam poznawać się z innej strony.

Jako pierwsze wspomnienie wzięłam tragiczną dla mnie historię, która tak naprawdę zakończyła moje picie. Byłam młodą zakochaną kobietą, która właśnie dowiedziała się, że jest w ciąży. Byłam szczęśliwa przez krótką chwilę gdyż następną nowiną była diagnoza choroby nowotworowej. Jednak nie zagrażało to wstępnie moim planom macierzyńskim. Lekarz prowadzący powiedział, że zrobi wszystko by ratować i mnie i dziecko. Z takim nastawieniem udałam się na operację pełna nadziei i dobrych myśli. Jakież było moje zdziwienie, gdy po wszystkim jak doszłam do siebie, lekarz poprosił mnie na rozmowę. Okazało się po otwarciu jamy brzusznej, że nie tylko nie ma szans na uratowanie dziecka, ale także mojej macicy. Lekarz powiedział, że mam wszystko co potrzebuję do życia jednak nie mam wystarczająco dużo by dać życie. Przyznał przy tym, że po takiej wiadomości wiele kobiet zaczyna pić i że mam jeszcze druga opcję, że mogę wziąć się w garść i coś pożytecznego zrobić ze swoim życiem.

 

Ponieważ jak już wspomniałam wcześniej, byłam zawsze posłuszną i karną dziewczynką, tak i tym razem dobrze wywiązałam się z zadania i wzięłam się w garść przyjmując fakty do wiadomości. Walnęło mnie obuchem w łeb odkrycie, że niedoszły ojciec utraconego dopiero co dziecka, przychodzi nie do mnie, tylko do sąsiadki. Tego było już za wiele, nie wystarczyło mi już dzielności by udźwignąć tę stratę i upokorzenie. Straciłam chęć do życia i przestałam o siebie dbać i wychodzić z domu. Przeszłam załamanie nerwowe. Z pomocą przyszła moja mama i siostra. Oddałam się grzecznie w ich ręce i przez pół roku pozostawałam pod ich opieką. Wyprowadziłam się do mamy i pozostawałam tam do wyzdrowienia. Znalazłam w międzyczasie grupę wsparcia dla kobiet z podobnymi problemami. Cały czas obwiniałam siebie za to, co się stało, nie widząc nic nadzwyczajnego w tym, że mój partner mnie porzucił. Dopiero terapeutka, któregoś razu nie wytrzymała i wygarnęła: Czy nie przychodzi ci do głowy, ze to po prostu skurwysyn!? Dojrzały mężczyzna tak nie postępuje!! Pierwszy raz wtedy do mnie dotarło, że owszem było coś nie tak, tyle że nie ze mną, a z nim. Ta grupa i opieka rodziny postawiły mnie na nogi.

Ta cała sytuacja mogłaby być dla mnie wyśmienitym powodem lub wymówką do picia. Tak jednak się nie stało. Ja rzeczywiście wzięłam się w garść i od tego wydarzenia zaczęło się moje trzeźwienie. Przez długie lata znakomicie sobie radziłam, jednak to co napisałam na początku, domagało się rozliczenia. Po omówieniu tych wydarzeń, niezwykle bolesnych usłyszałam pytanie: co pomogło mi uporać się z tym wszystkim. Oczywiście widziałam pomoc innych ale siebie w tym wszystkim nie dostrzegałam. Terapeutka uświadomiła mi, że nie wszyscy ludzie dostają tak troskliwą pomoc jakiej doświadczyłam. Widziałam dobro w innych ludziach a nie potrafiłam dostrzec tego w sobie. Z trudem przyznałam, że ja również jestem dobra i chętnie innym pomagam. Cieszyłam się, że mam życzliwe koleżanki nie widząc jednocześnie, że ja również obdarzam je życzliwością. Jak trudno jest dostrzegać w sobie dobro. O swoich wadach i niedociągnięciach mówię z niezwykła lekkością i bez zająknięcia. Wydobyła jeszcze ze mnie przyznanie się, że moim zasobem jest racjonalne i trzeźwe myślenie, które pozwoliło mi wejść na drogę trzeźwienia. Zdrowy kręgosłup moralny i przytomność umysłu okazały się moim zbawieniem. Zapijałam emocje ale nie udało mi się zniszczyć tego zdrowego rdzenia, instynktu samozachowawczego, który nakazywał i nadal nakazuje szukać pomocy gdy sobie nie radzę. Ja rzeczywiście mam ufność i chętnie poddaję się terapii. Ze zdziwieniem zauważyłam, że sporo mam tych zasobów i trzeba by zacząć je zauważać na co dzień. Odkryłam też swoją siłę, którą karmię na mitingach i zasilam wiarą w Siłę Wyższą. Ona naprawdę mi pomaga.

c.d.n.

Jestem nie tylko alkoholiczką, mam także syndrom DDA

    Po ośmiu latach abstynencji i aktywnego uczestniczenia w różnego rodzaju terapiach pomagających mi żyć w trzeźwości, odkryłam, że jest coś takiego jak syndrom DDA/DDD (dorosłe dzieci alkoholików/dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych). Przyjęłam to do wiadomości, nie zajmując się tym szczególnie. Tak naprawdę całe dotychczasowe życie ukrywałam fakt, że mój tata pił. Pochodzę z tzw.porządnej rodziny. Nie było w moim światopoglądzie miejsca na patologie w mojej rodzinie. Bardzo kochałam swojego tatę i byłam przekonana, że skoro od kilkunastu lat nie żyje, to nie ma żadnego znaczenia czy pił, czy nie. Nie widziałam żadnego związku ze swoim alkoholizmem. Nie chciałam widzieć…

    Jednak pewnego dnia słysząc na mitingu kolejną wypowiedź o tym, jak wyglądało dzieciństwo w alkoholowym domu, bezwiednie podniosłam rękę i też przyznałam, że mój tato był alkoholikiem. Zdradziłam wtedy swoją najgłębszą tajemnicę i czułam się z tym okropnie, jakbym szargała dobre imię swojego ojca. Jednak coś wtedy się we mnie zmieniło (zaakceptowałam kolejny fakt ze swojego życia) i postanowiłam równolegle obok mitingów AA odwiedzać również DDA. Ciągle przy tym płakałam i znów wychodziłam z mitingów z bólem głowy. Nie mogłam się z tym pogodzić, znów wrócił wstyd, który był moim udziałem w dzieciństwie. To, że taty już nie ma od dawna niczego nie zmieniło. Wróciły dawne cierpienia i rozterka. Postanowiłam, że skoro tak cierpię to przestanę chodzić na mitingi DDA pozostając przy uczestnictwie w AA. Jednak nadal było mi smutno i często płakałam. Temat ojca alkoholika nie opuszczał mnie długo. W końcu poległam i zaakceptowałam jego chorobę podobnie jak i swoją. Poszłam na cmentarz i przeprosiłam go za to, że źle o nim myślałam, po czym powróciłam do uczestniczenia w mitingach DDA i zaczęłam z charakterystyczną dla mnie skrupulatnością realizować program zdrowienia dla DDA. Podobnie jak poprzednio karmiłam swój umysł sporą dawką wiedzy. Dawało mi to ogromną radość i satysfakcję. Ja naprawdę lubię się uczyć i zdobywać wiedzę. Ponownie poczułam się jak ryba w wodzie. Poszukiwałam różnych ścieżek terapeutycznych, co dawało mi zadowolenie i poczucie spełnienia. Równolegle uczestniczyłam w terapii indywidualnej i w mitingach AA i DDA. Przeszłam gruntownie całą terapię uzależnień oraz uczestniczyłam w licznych warsztatach rozwojowych oraz Ustawieniach Hellingerowskich. Byłam bardzo zadowolona i cieszyłam się pogodą ducha. Wszystko było ok, tylko…

Co jakiś czas miewałam stany obniżonego nastroju, który nieustannie wracał i był coraz silniejszy. Wybrałam się do psychiatry. Stwierdzono depresję. Dostałam leki i byłam przez jakiś czas w kontakcie z psychiatrą. Wyszłam w międzyczasie za mąż, nadal się rozwijałam, uczyłam się nowego życia przyjmując wszystko sumiennie na rozum. W tym zawsze byłam dobra, jak z odrabianiem lekcji. Jednej rzeczy nie wzięłam pod uwagę, swoich uczuć. Nie zwierzałam się nikomu, bo wciąż wstydziłam się. Wszystko chciałam rozwiązać sama, bez pomocy drugiego człowieka, przecież jestem taka mądra, tyle wiem, tyle szkół ukończyłam, tylu ludziom pomogłam, więc i sobie sama też pomogę. To okazało się błędnym myśleniem…

c.d.n.