Poszukiwanie ulgi w cierpieniu

Cierpienie nie ustępowało pomimo upływu czasu. Do uczucia pustki, tęsknoty, żalu i smutku doszło jeszcze cierpienie fizyczne. Ból karku i ramion towarzyszył mi coraz intensywniej i pozbyłam się go dopiero po trzech latach. Szukaliśmy dla siebie aktywności poza miejscem zamieszkania, gdzie nikt nie wiedział o naszym cierpieniu. Wtedy pierwszy raz trafiłam na ustawienia systemowe.

Nikt nie wiedział, że jestem w żałobie, gdyż nie ubierałam się na czarno i nie mówiłam o tym, a jednak tak się działo, że wybierano mnie do ustawień, gdzie była do przeżycia jakaś strata. Do niektórych ustawień sama wchodziłam, jakby mnie coś wciągało. Pamiętam, że kiedyś byłam utraconą nogą, której właściciel ustawienia nie opłakał, gdy ją stracił. Miał protezę, którą zdejmował podczas ustawień i stawiał obok krzesła. Innym razem zostałam wybrana na matkę, która straciła dwoje dzieci i nie miała kiedy ich opłakać, bo rodziła następne. Na początku nie wiedziałam kim jestem, dopiero jak padłam na kolana przed dwojgiem ludzi skulonych na podłodze, co zazwyczaj reprezentuje nieżyjące osoby, zaczęłam zanosić się płaczem. Płakałam długo i intensywnie. Jedno z dzieci, jak później się okazało chłopiec, zaczęło mnie tulić. A ja płakałam za tę kobietę i za siebie. Pierwszy raz mogłam swobodnie wyrazić swoją rozpacz publicznie bez zahamowań. Opłakiwałam swego syna i tej kobiety. Było mi z tym dobrze. Wiedziałam, że będę tam wracać.

Jednak wtedy jeszcze nie rozpoczęłam swojej przygody z ustawieniami. To była mała próba tego, co dają ustawienia. Czułam się po nich odprężona i pełna energii, jednak czekała mnie jeszcze depresja przed którą nijak nie dało się uciec, tym bardziej, że nie chciałam brać leków. Zdecydowałam się na kontynuację  nauki i rozpoczęłam kurs zawodowy II stopnia Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach (TSR). O tym pisałam w ubiegłym roku. Na kursie mieliśmy też pracę z pacjentem w żałobie. Byłam w dobrym miejscu i mogłam być królikiem doświadczalnym, na którym grupa pracowała, a ja czułam się zaopiekowana profesjonalnie. Kurs trwał kilka miesięcy i jak tylko się skończył wróciłam do ustawień. Powoli dojrzewałam do kolejnego kursu, tym razem rocznego z ustawieniami.

Pisałam już o tym wcześniej ale powtórzę. Bardzo ważnym miejscem była dla mnie grupa DDA, na którą zaczęłam wozić zainteresowane osoby. Pomimo iż sama już nie potrzebowałam terapii, dawało mi to duże zadowolenie, że mogę komuś pomagać. Zostałam wtedy rzecznikiem tej grupy i była ona dla mnie dużym wsparciem w procesie żałoby. Jeżdżenie było dla mnie wysiłkiem, tym bardziej, że zimową porą było już ciemno, a ja nie lubię prowadzić samochodu po zmierzchu. Jednak możliwość swobodnego mówienia o swojej stracie i akceptacja mojego stanu były dla mnie niezmiernie ważne. Na takich grupach nie ma tematów tabu. Wysiłek się opłacił, bo z tymi osobami dwa lata później założyliśmy kolejną grupę, bliżej naszego miejsca zamieszkania.

Próba zorganizowania życia

Nic nie było już takie samo jak przed śmiercią syna. Pomimo iż starałam się żyć i pracować, to nie mogłam oszukać rzeczywistości. Spinałam się do pracy, a potem zamierałam w bezruchu. Po pierwszej fazie szoku, zaczęłam stopniowo tracić energię. Jak byłam sama zamykałam okna, i wrzeszczałam w poduszkę z żalu, rozpaczy i bezsilności. Targała mną złość na siebie i  na syna. Byłam zła, że nie uważał. Zła, że nie nauczyłam go większej ostrożności i uwagi na drodze. Nie byłam jednak zła na kierowcę. Jemu współczułam, bo musi żyć ze świadomością, że zabił człowieka, a to nie była jego wina.

Przyjaciele jak zwykle starali się jak mogli, by dać mi wsparcie. Wyjeżdżaliśmy by być między ludźmi i żyć „normalnie”. Jednak nie miałam siły na normalne życie. Co jakiś czas widziałam kogoś, kto przypominał syna. Wypatrywałam go w każdym młodym człowieku. Wciąż miałam poczucie, że zaraz wyjdzie zza rogu i wszystko okaże się koszmarnym snem. Na jednym z takich wyjazdów chodząc po jarmarku, szukałam laleczki pacynki i znalazłam stoisko przy którym siedziała młoda kobieta karmiąca piersią maleństwo. Przebierałam w tych laleczkach i rozmawiałam z nią jak to dobrze jest karmić piersią. Sama karmiłam syna ponad dwa lata i rzeczywiście zdrowo się chował. Rozmowa była miła i serdeczna ale w pewnym momencie zapytała co teraz z tym dzieckiem… Zachowałam zimną krew i powiedziałam, że wyrósł na zdrowego młodzieńca ale szybko oddaliłam się i zaczęłam płakać. Poprosiłam przyjaciółkę by następnego dnia poszła kupić tę pacynkę, którą wybrałam.

Miałam potrzebę rozmawiania o nim, a nie każdy był na to gotów. Zazwyczaj rozmówcy szybko zmieniali temat albo nabierali wody w usta. A ja tak bardzo chciałam, by był obecny chociaż w rozmowie. Na szczęście wokół jest dużo ludzi, którzy stracili kogoś bliskiego i chętnie rozmawiają o tym, jak trafi się rozmówca. Temat śmierci jest tematem tabu dla tych, którzy nie przeżyli straty. Dostawałam jednak dużo wsparcia i zrozumienia od niejednokrotnie obcych osób. Moje doświadczenia z terapiami nauczyły mnie otwartości na wszystkie tematy i to mi się przydawało. Ludzie chętnie dzielili się ze mną swoim doświadczeniem i nadzieją.

Pierwsze miesiące były próbą normalnego życia, ale to nie było łatwe. Pamiętam jak musiałam pójść do urzędu by zmienić ilość mieszkańców zamieszkujących w naszym domu, by zmniejszyć opłatę za wywóz śmieci. Urzędnik zapytał dlaczego zmniejszam tę liczbę a ja odpowiedziałam, że syn nie żyje. Ta cisza jaka zapadła po tych słowach, wyła w mojej głowie jak wilk do księżyca. Z trudem się opanowałam i doniosłam swoją rozpacz do domu. Poza tym czułam się otępiała intelektualnie, miałam jak to nazywałam dziury w głowie. Nie ogarniałam wielu spraw i zapominałam o różnych rzeczach. Wyjechaliśmy na dwa tygodnie do przyjaciół za granicę, a oni zajęli się nami jak dziećmi specjalnej troski. Oboje znali uczucie straty bliskiej osoby. Byliśmy im bardzo wdzięczni za troskę jaką nam okazali i przyjmowaliśmy ją bez zahamowań.

Po powrocie jak zaczęła się jesień wpadłam na pomysł, by rano jak się obudzę iść z kijami na spacer. Jakoś moja intuicja podpowiedziała mi, że to będzie dobre i tak też się okazało. Prawie codziennie szłam o świcie w stronę wschodu słońca i czerpałam z tego widoku energię do życia każdego niemal dnia bez względu na temperaturę na dworze. Nie wychodziłam jedynie gdy padało. Ten zwyczaj mocno mi się zakorzenił i gdy po roku moja sytuacja nie pozwalała by codziennie wychodzić rano z kijkami, bardzo mi tego brakowało. Do dzisiaj jak tylko mam wolne ranki chętnie wychodzę na długie spacery.

Szok – pierwszy element przeżywania żalu po stracie

    To silna reakcja organizmu, która odcina od pełnego odczuwania bólu, a daje energię do działania. W tym stanie, miałam jeszcze dużo siły. Porządkowałam rzeczy syna płacząc i wiedząc, że ostatni raz piorę jego ubrania, ostatni raz czuję jego zapach, że ostatni raz je prasuję i układam. Większość od razu porozdawałam rodzeństwu i przyjacielowi.

    W szoku można załatwić wiele spraw będąc niejako odciętym od przeżywania bólu. Pracowałam niemalże cały czas ciesząc się chwilami, gdy mogłam głowę zająć czymś innym niż śmierć syna. Trudno było zaleźć osoby, które nie usłyszały o tym wypadku, więc gdy trafiła mi się klientka z terenu nie wiedząca o mojej tragedii, to nic jej nie powiedziałam i zachowywałam się jakby nic się nie stało. Czułam, że ją oszukuję ale chęć bycia w iluzji, że jest jak dawniej była silniejsza. Przez dwie godziny mogłam udawać, że nic się nie wydarzyło. Wtedy jeszcze można było.

    Przez kilka dni musieliśmy czekać na sekcję zwłok i dopiero po pięciu dniach był pogrzeb. Gdy ciało zostało wydane miałam pomysł, że chcę go ubrać do trumny ale wyperswadowano mi to. Wizyta w kostnicy była dla mnie kolejnym szokiem. Trudno było mi pogodzić się z tym, że jego piękne i jeszcze tak niedawno pełne energii ciało, leży martwe i zimne. Nie mogłam zrozumieć dlaczego jest tak zimne i twarde jak kamień? Po trzech miesiącach dotarło do mnie, że było przechowywane w chłodni i było zamarznięte. Na dworze były upały i była pełnia lata. Jego włosy były jak puch i nienaturalnie ułożone do góry. Zaczęłam je przygładzać tak, jak zawsze się czesał. Wtedy poczułam, że jego głowa jest z tyłu uszkodzona, zauważyłam też, że ma makijaż przykrywający otarcia naskórka a noga leży krzywo bo jest złamana. W szoku gorzej się myśli ale łatwiej przyjmuje fakty. Wszystko dzieje się jakby obok, za jakąś gruba szybą.

    W domu było dwóch małych chłopców, naszych wnuków. Oni nie rozumieli do końca co się dzieje. Młodszy miał półtora roku a starszy cztery lata. Malcy widząc jak dorośli się rozsypują, zaczęli stawać na rzęsach by przywrócić w systemie równowagę. Starali się odwrócić naszą uwagę od strasznej rozpaczy, która wciąż jeszcze mieszała się z szokiem. Młodszy nie potrafił jeszcze mówić chociaż już od jakiegoś czasu próbowałam go nauczyć paru słów. Jednak jak zobaczyłam, że uczynił wielki wysiłek i powiedział całe zdanie: babciu daj żelka, to zrozumiałam jak bardzo chce przywrócić stan normalny sprzed wypadku. Ja wtedy trochę oprzytomniałam, że muszę wziąć się w garść. On długo jeszcze nie mówił i to był incydent. Drugim takim wydarzeniem sprowadzającym mnie na ziemię był pogrzeb. Starszy wnuk chciał koniecznie iść ze mną. Trzymałam tę małą rączkę w swojej dłoni i przed wejściem na cmentarz , widząc dużą ilość ludzi powiedziałam sobie, że muszę wziąć się w garść i zapięłam wewnętrzny skafander aż po czubek głowy. Wykorzystałam umiejętność zamrażania emocji. W szoku wszystko jest możliwe, mamy wtedy duże zasoby energii. Czułam się odpowiedzialna za wnuka i nie chciałam by się bał.

    Na cmentarzu pierwszy raz poczułam czym jest dobroczynna energia od drugiego człowieka płynąca ze szczerego współczucia. Wyraźnie to poczułam od czterech osób. Przytulona w ich ramionach czułam jak ich energia mnie zasila i daje moc by to przetrwać. Poczułam też mnóstwo uścisków dłoni pełnych życzliwości ale też i podania dłoni bez energii, jakby w nich nie było życia. To dziwne uczucie, pierwszy raz tego doświadczyłam. W tym początkowym czasie doświadczałam nieustannej ambiwalencji uczuć. W szoku energia kotłuje się i dużo się dzieje. Trudno to ogarnąć a jeszcze trudniej opisać. Lekarz zapisał mi i mężowi leki ale ja po paru dniach postanowiłam, że sama stawię temu czoła i chcę to przeżyć bez znieczulenia.

    To był dopiero początek i nie zdawałam sobie sprawy, jak długa droga czeka mnie do końca żałoby. Głowę miałam wypełnioną wiedzą i starałam się przejść przez wszystkie fazy żałoby jak należy. Jaka byłam naiwna myśląc, że jest to sprawa rozumu i dyscypliny wewnętrznej. Nikogo nie chciałam obciążać swoim cierpieniem a naraziłam się na opinię, że „po niej nic nie widać”. Wychodząc na ulicę byłam przerażona a to uczucie nasilały reakcje ludzi nie wiedzących jak się zachować wobec mojej tragedii. Zdarzyło się, że ktoś udawał, że mnie nie widzi, albo robi jakieś miny świadczące o współczuciu. Jako psycholog wiem jak to trudne dla ludzi, i że mają prawo nie wiedzieć jak się zachować. Jako człowiek w żałobie byłam strasznie samotna w swoim bólu i przerażona nie wiedząc co począć. Jak z tym żyć?

    Po paru dniach, jak mąż i starszy syn chodzili i załatwiali sprawy formalne w urzędach i w prokuraturze i na policji i w zakładzie pogrzebowym, dotarło do mnie, że dla nich też jest to trudne. Syn zaczął mówić przez sen i synowa zaczęła się niepokoić. Swoim zwyczajem „wzięłam się w garść”. Starałam się jakoś żyć, chociaż nie bardzo wiedziałam jak?

c.d.n.

Strata

    Była pełnia lata. Czułam się szczęśliwa i spełniona. Właśnie obroniłam pracę magisterską i zastanawiałam się jak będziemy to świętować z rodziną i przyjaciółmi, którzy wspierali mnie przez cały czas nauki. Byliśmy też po odwiedzinach córki, która przyjechała z zagranicy na urlop. Takie chwile są dla mnie świętem. Były…

    Wszystkie dzieci razem. Braliśmy na ten czas urlopy i celebrowaliśmy ten czas. Siedziałam w ogrodzie jak królowa w swoim fotelu i syciłam się swoim szczęściem. Patrzyłam z radością na swoje piękne i zdrowe dzieci. Lubiłam te chwile gdy byliśmy razem, starsze dzieci opuściły już rodzinne gniazdo, został tylko najmłodszy, który też lada moment miał wyfrunąć. Przy okazji takich spotkań cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Z radością patrzyłam jak oni ze sobą potrafią się dogadać i widziałam ich zażyłość i przyjaźń. Dla matki to pełnia szczęścia. Te parę dni dostarczyło mi jak zwykle dużo radości.

   Córka wyjechała a ja przygotowywałam się do obrony magisterki. Po obronie mieliśmy w planach wyjazd na obóz sportowy z naszym najmłodszym synem. To miały być nasze ostatnie wspólne wakacje. Był po maturze i miał rozpocząć dalszą naukę. Normalne plany, zwyczajne życie…

    Ten dzień zapowiadał się jak każdy inny. Miałam dwa wyjazdy do klientek w terenie. jeden do południa drugi po południu. Jedno co mnie zastanowiło to fakt, że niemal obsesyjnie patrzałam przed maskę samochodu czy aby nikt mi pod nią nie wpadnie. Po powrocie z wyjazdu dopołudniowego miałam przerwę na spotkanie z siostrą i jej córką oraz maleńką wnuczką, której wcześniej nie widziałam. Cieszyłam się z tego spotkania i z nowego członka w rodzinie.Pomyślałam jak starzy ludzie: nowe dziecko w rodzinie, to ktoś może odejść. Miałam na myśli oczywiście seniorów po osiemdziesiątce, którzy od czasu do czasu odchodzą. Podczas robienia kawy nagle zaczęłam mieć zawroty głowy. Byłam zdziwiona tym i trochę rozbawiona, że czuję się jakbym była pijana a nie pamiętam kiedy piłam alkohol. W pewnym momencie przestraszyłam się bo zarzuciło mnie na ścianę i z trudem utrzymywałam równowagę.

    Siostra pojechała, mąż wrócił z pracy. Zjedliśmy obiad i czekaliśmy na syna. Miał przyjechać z pracy, którą podjął na czas wakacji. Jeździł rowerem i byłam o niego spokojna gdyż był najsprawniejszy z naszych dzieci. Trenował sztuki walki oraz inne dyscypliny. Był niezwykle zwinny i dobrze zbudowany. Byłam z niego bardzo dumna. Moje zawroty głowy nie ustawały i byłam pewna, że to stres po obronie teraz dopiero puścił i potrzebuję odpocząć. Byłam przepracowana w tym czasie. Postanowiłam zadzwonić do klientki, że nie przyjadę i przełożyłyśmy to spotkanie na następny tydzień.

    Starszy syn wszedł do naszego pokoju i zapytał o młodego, czy już wrócił z pracy. Odpowiedzieliśmy, że wciąż czekamy z obiadem. Był wypadek, powiedział. Nie wygląda to dobrze, dostał od kolegi sms-a. Wiedziałam od razu, że nie żyje. Nie wiem skąd, ale miałam pewność i powiedziałam do męża, żeby zadzwonił na pogotowie a po chwili powiedziałam, żeby lepiej zadzwonił na policję. Dyżurny, który odebrał telefon poinformował męża, że dwóch policjantów idzie do nas. Do ich odejścia trzymaliśmy rozpacz w sobie, potem już się nie dało. Ogarnęła nas permanentnie.

    Mój szczęśliwy świat rozpadł się momentalnie w drobny mak. Byłam rozsypana i bezsilna. Szok z rozpaczą mieszał się nieustannie. Bałam się wyjść z domu i dopóki to było możliwe nie wychodziłam. Mąż ze starszym synem załatwiali wszystkie formalności. Ja nie byłam w stanie. Córka ponownie przyjechała z zagranicy. Jej pracodawca powiedział, że pomimo iż wykorzystała już swój urlop, ma jechać i zostać z nami tak długo, jak będzie to potrzebne. To było wspaniałomyślne i bardzo potrzebne.

    Zapadłam się w swojej rozpaczy ale byliśmy wszyscy razem, ale jednak nie… Nie mogłam się doliczyć ilu nas jest… każde nakrywanie do stołu to było liczenie i nigdy nie wiedziałam ile nakryć przygotować, wciąż nie mogłam się doliczyć, myliłam się a jednocześnie odczuwałam jego obecność, że za chwilę wejdzie i że to tylko zły sen…Śmialiśmy się i płakaliśmy na przemian przypominając sobie różne zdarzenia.

    Po zebraniu wszystkich faktów ustaliłam, że moje zawroty głowy zaczęły się w chwili wypadku. Gdybym wtedy pojechała do klientki, to przejeżdżałabym obok miejsca wypadku i widziałabym jego charakterystyczny żółty rower i zwłoki leżące przy drodze. Po czasie dowiadywałam się od ludzi, co widzieli a ja tym samym dowiadywałam się jakiego widoku uniknęłam dzięki zawrotom głowy. Czemu to przypisać nie wiem. Można to interpretować na różne sposoby.

c.d.n.

Zamrożone emocje

    Jakiś czas temu odwiedziłam zaprzyjaźnioną grupę wsparcia DDA/DDD (dorosłe dzieci alkoholika/ dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych), która istnieje od roku i pięknie się rozwija. Cieszę się widząc, że pojawiają się osoby gotowe korzystać z programu dwunastu kroków, a także mają już jakieś oczekiwania. Tym razem analizowaliśmy trzecią tradycję i padła propozycja, by robić to regularnie. Pierwszy raz trafiłam na taki miting i bardzo mnie zainspirował by coś o tym napisać.

    Trzecia tradycja brzmi:

Jedynym warunkiem członkostwa w DDA jest pragnienie uzdrowienia ze skutków dorastania w alkoholowej lub innej rodzinie dysfunkcyjnej.

    Jakie to dobre i ważne, że podczas przyjmowania nowych członków wspólnoty DDA nie ma żadnej ankiety, selekcji, warunków przyjęcia. Każdy może z tego programu korzystać, jeżeli chce zmiany na lepsze w swoim życiu. Przychodząc pierwszy raz miałam dobre doświadczenia z grupa terapeutyczną i z ufnością podchodziłam do mitingów. Jednak z czasem zdarzało się, że ktoś bardziej lub mniej mi pasował. Na szczęście nie ode mnie zależy kto na mitingi przychodzi, bo dzięki temu poznałam mnóstwo ludzi, których w swoim otoczeniu nie miałabym szans spotkać. Były to osoby zaburzone psychicznie, homoseksualne, różnych wyznań, przemocowe, uległe, pracowite do bólu i leniwe do bólu, osoby ze świata naukowego i przestępczego. Wszystkich łączył jeden mianownik: chciały zmiany w swoim życiu. Odczuwały niemoc w swoich przyzwyczajeniach, a nie potrafiły ich zmienić.

    Jakie mam korzyści z takich kontaktów? Uczyłam się nie oceniać, tylko słuchać i przyjmować, że każdy ma swoją perspektywę i subiektywny odbiór rzeczywistości. Ja też mogłam zawsze mówić to, co było dla mnie ważne i zostałam wysłuchana bez komentarza. Często dostawałam wsparcie gdy ktoś inny miał podobne doświadczenie i dzielił się nim ze mną bez udzielania rad. Tym sposobem dostawałam od tych, których mogłabym wyeliminować z grupy gdybym kierowała się swoimi preferencjami. Od mężczyzn dostawałam najwięcej i było to dla mnie cenne. Nawet jak któryś próbował przekroczyć moje granice żartując sobie ze mnie, lub próbując podważyć moją godność, to potrafiłam postawić granicę, gdyż czułam siłę grupy i  zasad obowiązujących na mitingach. To cenne doświadczenie, którego nie miałabym gdyby członków selekcjonowano.

    Na mitingu mówiącym o trzeciej tradycji było też zadanie, by przyjrzeć się cechom DDA (pisałam o nich we wcześniejszych postach) i wybrać trzy, które nam doskwierają w życiu. Moją uwagę przyciągnęła cecha mówiąca o zamrożeniu uczuć. To jeden ze sposobów radzenia sobie z trudnymi sytuacjami w dzieciństwie. By nie odczuwać nadmiaru wstydu, bólu, upokorzenia, gniewu lub smutku dziecko uczy się zamrażać te uczucia. Jeżeli sytuacja powtarza się często, to zamrożenie jest silne i niemal permanentnie odcina od czucia. To wygodny mechanizm, ratujący przed szaleństwem, jednak jeżeli wchodzimy z nim w dorosłe życie nie mając świadomości jego istnienia, szykujemy sobie kłopoty. Dlaczego?

    Otóż zamrażając uczucia niechciane zamrażamy także te pożądane. Wraz ze wstydem można zamrozić ciekawość, spontaniczność i potrzebę wyrażania siebie. Wraz ze złością i gniewem, radość życia, ekscytację i poczucie szczęścia. Mrożąc smutek, tracimy zdolność do głębszych refleksji nad życiem, a tym samym do doceniania piękna życia. Wszystkie emocje są nam potrzebne, by móc doświadczać życia w pełni ze wszystkimi jego aspektami. Podczas tego mitingu przypomniałam sobie jak mój strach, wstyd, żal i smutek zostały rozmrożone podczas terapii pogłębionej. Ile miałam do wypłakania łez. O tym też już pisałam. Teraz jednak widzę z perspektywy czasu i późniejszych doświadczeń, jakim to było dobrodziejstwem.

    Dziś wiem, że gdyby nie to rozmrożenie, to po stracie syna mogłoby być dużo gorzej. To działa trochę jak tama, która powstrzymuje napór wód dopóty, dopóki wytrzymuje jej konstrukcja. Moja tama została nauczona jak przepuszczać nadmiar wód, by nie zostać zerwaną. Gdyby nie to, to wody łez zalałyby nie tylko moją tamę ale i całą okolicę, czyli moją rodzinę. Dzięki temu, że mogłam wcześniej opłakać swoje dzieciństwo, a właściwie swoje subiektywne poczucie krzywdy, bo to, co dla mnie było krzywdą, to dla mojego rodzeństwa bywało nagrodą lub wyróżnieniem. Dzisiaj już to rozróżniam, jednak dopóki nie wypłakałam tego żalu, to moje wewnętrzne dziecko było nieutulone i nieszczęśliwe. Dzięki  wylaniu łez zaległych i zamrożonych byłam wolna od przeszłości w momencie, gdy dotknęła mnie tragedia. Mając czyste konto i wolną przestrzeń psychiczną mogłam skupić się tylko na przeżywaniu jednej straty. To mnie uchroniło przed szaleństwem. Miałam tego świadomość przeżywając żal po stracie syna i jednocześnie przeżywałam rozpacz i ulgę, że jestem wolna od przeszłości, bo widziałam, że nie udźwignęłabym tych dwóch ciężarów.

Rytuał

    Tajemnica nie dawała mi spokoju. Chodziłam z nią i zaczęłam o niej rozmawiać z bliskimi. Każdy przyznawał, że moja reakcja jest zbyt duża na okoliczności w jakich następowała. Ja sama mam poczucie, jakbym wypuszczała bombę atomową na komara. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że tę energię mogłabym spożytkować na naukę, a nie na obronę przed wyimaginowanym wrogiem, bo moje ciało ewidentnie reagowało jak na zagrożenie życia. Skoro już nabrałam pewności, że to nie jest mój strach, tylko reakcja mojego ciała na jakąś starą, tajemniczą historię, która dostała mi się w spadku po przodkach, postanowiłam się od niej uwolnić.

    Zaczęłam myśleć o tej przestraszonej dziewczynce ze współczuciem. Jej już nie ma, więc sięgnęłam do swego zasobu związanego z przeżywaniem żałoby (powoli dojrzewam by opisać cały proces) i zaczęłam myśleć o jakimś rytuale, który pozwoli jej znaleźć spokój a mi uwolnić się od reakcji lękowej. Myślałam o jej przerażeniu i samotności, płakałam nad jej losem i starałam się nie myśleć o przyczynach i nie wchodzić w ocenianie jej domniemanych rodziców. Tak naprawdę nie wiem co było przyczyną. Wiem tylko jak silny to strach. Po swojemu modliłam się do Siły Wyższej by zabrała ten strach ode mnie i pozwoliła zaznać jej spokoju.

    Chodząc z tymi myślami wpadłam na pomysł by zapalić świeczkę i koniecznie granatową. Poszłam do sklepu i znalazłam piękną, ciemnoniebieską kulę. Zapaliłam ją i paliła się przez dwa dni. Nie pytajcie dlaczego akurat ten kolor, taki przyszedł mi do głowy. Przez ten cały czas widząc płomień myślałam o przerażonej dziewczynce ze współczuciem i miłością. Poprosiłam moich nieżyjących bliskich: syna i przyjaciół, by pomogli jej i mi rozstać się z tymi emocjami, gdyż dotyczą odległej przyszłości. Nie ma z nich dzisiaj żadnego pożytku. Poprosiłam by zaopiekowano się opuszczoną dziewczynką by zaznała w końcu bezpieczeństwa i miłości.

    Przyszedł czas na kolejną lekcję angielskiego. Dzień przed umówiłam się z kuzynką, że przećwiczymy co było na poprzednich lekcjach. Podukałyśmy trochę bez większego efektu i wczoraj poszłam na lekcję. Miałam nadzieję, że zapał wielu osobom przejdzie i będzie nas mniej, ale pomyliłam się. Było więcej niż poprzednio. Słuchałam, powtarzałam, nie nadążałam, myliłam się i odpowiadałam też poprawnie. Część ogarniałam, a części nie. I co?

    I nic. Tym razem czułam stres związany z nauką obcego języka, taki który mobilizuje do uważności i wysiłku. Taki zwykły, normalny, adekwatny do sytuacji stres. Nic ponadto kochani. Nie sparaliżowało mnie, obeszło się bez bólu ramion i migreny. Nawet czułam coś w rodzaju zadowolenia i postanowienia, że będę kontynuować i uczyć się nawet gdybym przez dłuższy czas nie widziała żadnych efektów. Jednak wiem i jestem pewna, że  końcowym efektem będzie umiejętność porozumiewania się w języku angielskim. Tak było z prawem jazdy, z jazdą na rolkach i ze statystyką. Do wszystkiego potrzeba czasu, cierpliwości, systematyczności i uporu. A ja te zasoby już posiadam i nie zawaham się ich użyć ;)

Dziedziczenie stresu?

    Mój lęk przed mówieniem po angielsku bardzo mnie frapuje. To nie jest taki sobie zwykły lęk, takie już potrafię pokonywać. Z tym też sobie poradzę, jednak pomyślałam sobie, że jest to dobra okazja by na sobie popracować terapeutycznie. Umówiłam się z moim guru od ustawień systemowych w nadziei, że czegoś się dowiem.

    Jakiś czas temu natknęłam się na artykuł o epigenetyce (jest dostępny na mojej stronie na fb Strefa Rozwoju Wioletta Lakowska), i z niego wynika to, czego już dowiedziałam się na ustawieniach, mianowicie przychodzimy na świat ze sporym bagażem doświadczeń emocjonalnych poprzednich pokoleń. Nie przypuszczałam by to dotyczyło mnie jakoś szczególnie, aczkolwiek w trakcie rocznego kursu ustawień wiele razy uczestniczyłam w tajemniczych ustawieniach, wybierana na przedstawiciela. Widziałam niejednokrotnie jak dawne historie przodków mocno komplikowały życie uczestnikom ustawień, szukających zrozumienia i rozwiązania swoich problemów. Postanowiłam przyjrzeć się swojemu lękowi razem z terapeutą.

    Opowiedziałam mu dokładnie jak dopadł mnie nieoczekiwanie, bez ostrzeżenia i sponiewierał jak niebożę. Terapeuta słuchał, a ja tłumaczyłam, że przy nauce rosyjskiego czy niemieckiego nie miałam takich reakcji a on, że tu nie chodzi o język, bo przecież podobnie miałam na studiach na zajęciach ze statystyki. Wtedy też odczuwałam swoisty „paraliż umysłu” i miałam migreny po każdych zajęciach, dopóki nie poczułam, że mam jakąś kontrolę nad sytuacją. Sam kontakt z angielskim też nie wpływa tak na mnie, bo wielokrotnie byłam „zanurzona” niejako w otoczeniu, gdzie mówi się tylko po angielsku i mogłam jakoś funkcjonować bez tak silnych reakcji lękowych. Więc rzeczywiście nie chodzi tu o język. Więc o co do cholery chodzi? Pytał mnie o różne rzeczy, ale to wszystko już jest poukładane na poprzednich terapiach. W pewnym momencie mówi, zamknij oczy…

    Wykonałam posłusznie polecenie. Co widzisz? Pyta. Nic nie widzę, ale mam natychmiast skojarzenie i myślę o małej dziewczynce siedzącej w kucki w rogu wiejskiej chaty. Pomyślałam o swoim wczesnym dzieciństwie gdy jeździłam do babci na wieś i powiedziałam mu o tym, a on odrzekł bym nie podążała za tym tropem, bo może nie chodzi o mnie. Porzuciłam tę myśl i wróciłam do wyobrażenia dziewczynki. Zapytał jak wygląda. Miała około ośmiu lat i była ubrana w ciemne, prawie czarne ubrania, a na głowie miała czarną  chustkę. Bardzo się bała, siedziała przerażona w kącie pustego pokoju w opuszczonej wiejskiej chacie. Zapytał z czym mi się to kojarzy. To wyglądało mi na sierotę opuszczoną lub zagubioną w czasie wojny. Miała ciemne włosy i duże ciemne oczy i była sparaliżowana strachem. Nagle zapytał gdzie są jej rodzice? Ze zdziwieniem odpowiedziałam niemalże natychmiast, że są w dużym mieście i idą ulicą. Są eleganckimi ludźmi, oboje mają na sobie płaszcze i kapelusze. Są młodzi, ładni i rozmawiają ze sobą beztrosko. Wtem uderzyło mnie to ich dobre samopoczucie i rozpłakałam się mówiąc, że ich nic nie obchodzi co dzieje się z ich córeczką. Byłam wstrząśnięta. Terapeuta powiedział, że nie może otworzyć oczu, ja podobnie i zdałam sobie sprawę, że trzymam rękę na oku, które boli mnie gdy mam migrenę.

    Na tym skończyliśmy, okazuje się, że jest we mnie jakaś tajemnicza historia, której nie rozumiem. Nie wiem nic o takiej historii w mojej rodzinie. Natomiast przypomniałam sobie silną reakcję podczas wycieczki do obozu koncentracyjnego. Po przekroczeniu bramy czułam jakiś ciężar na plecach a jak przewodnik zaczął opowiadać w jaki sposób pozbawiano ludzi tożsamości goląc im głowy, dając jednakowy ubiór i nadając numer, rozpłakałam się i nie mogłam się uspokoić do końca wycieczki. To było dla mnie i towarzyszącego mi męża duże zaskoczenie, gdyż w tamtych czasach nie zdarzało mi się płakać, a co dopiero na wycieczce. Od tamtego czasu wiem, że obozy koncentracyjne nie są dla mnie do zwiedzania. To było bardzo silne przeżycie.

    Podobne zareagowałam na książkę Grossa „Strach” o pogromie Żydów po wojnie. Przy drugim rozdziale zaczęłam płakać i nie mogłam dalej czytać, musiałam oddać ją nie przeczytaną. To zagadkowe dla  mnie wydarzenia i nie wiem co je łączy, oprócz silnej reakcji emocjonalnej płynącej z mojego ciała a nie z głowy. Nie mam żadnej wiedzy na ten temat tylko silne reakcje. Jest tak jak powiedział terapeuta, tajemnica. Nie będę się nią zajmować bo nie dotyczy mnie tylko jakiejś historii i nawet nie wiem czyjej. Mogę tylko głowę pochylić nad poplątaną historią naszego narodu i krzywdami, których podczas wojny doświadczali mieszkańcy naszego kraju. Ciekawe, że nie lubiłam uczyć się historii w szkole, a ona jakoś mnie dotyka. Nie rozumiem tego, ale czuję żal i smutek, że tak się działo. Moi rodzice urodzili się w czasie wojny, więc żadne z nich nie mogło mieć wtedy około ośmiu lat. Tajemnica…

   Angielski mam zamiar kontynuować. Co będzie? Zobaczymy.

Drugie starcie

Przez cały tydzień chodziłam wokół podręcznika jak pies wokół jeża. Przemogłam się jednak i powtórzyłam zadany materiał. Poczytałam i byłam zdecydowana iść na następne zajęcia. Na poziomie intelektualnym wszystko wiem, jak należy się uczyć, by zapamiętywać. Stosowałam już różne techniki z powodzeniem przez pięć lat studiów. W przypadku statystyki nie miałam motywacji wewnętrznej by tego się uczyć, gdyż nie interesuje mnie to i nie potrzebuję do swojej pracy, jednak by studiować, musiałam ten przedmiot zaliczyć. W przypadku prawa jazdy nie interesowało mnie to i nie lubiłam tego, jednak miałam motywację zewnętrzną gdyż potrzebowałam prawa jazdy by stać się niezależną.

W przypadku języka angielskiego mam motywację wewnętrzną. Chcę i potrzebuję a moja reakcja na każdą próbę nauki tego języka jest dla mnie zagadką i nie rozumiem tego. Nie miałam takich reakcji gdy uczyłam się w szkole języka rosyjskiego i niemieckiego. Faktem jest, że nie mam jakichś specjalnych zdolności językowych ale też nie powodowało to aż tak silnego ataku lęku. Było to tak nagłe, że nie zdążyłam temu zapobiec. Czy zdarzyło się ci kiedyś coś takiego?

Na drugie zajęcia przygotowywałam się cały tydzień i byłam zdecydowana iść na nie. Jednak jak przyszedł ten dzień, nagle znajoma zadzwoniła bym coś jej kupiła w sklepie. Ponieważ było to ważne, więc ochoczo poszłam do sklepu i już sobie zaczęłam w głowie układać, że pewnie nie zdążę i sobie odpuściłam. Jednak po zaniesieniu jej zakupów i wyjściu z domu stwierdziłam, że raptem dwie minuty mogę się spóźnić i postanowiłam pójść. Tym razem grupa była mała, oprócz mnie trzy osoby, również początkujące. Nauczycielki jeszcze nie było, więc nie spóźniłam się. Lekcja przebiegała w spokoju i obeszło się bez sensacji. Z podziwem patrzyłam na panie skrupulatnie przygotowane, robiące notatki i pilnie notujące wszystkie uwagi nauczycielki i pytające się bez oporu, jeżeli czegoś nie rozumieją. Ja mam opór przed zaangażowaniem, robię tylko to co jest zadane ale i tak dobrze, że bez ataku lęku.

Po zajęciach wróciłam do domu i do wieczora nic się nie działo, tym razem bez skurczu karku i migreny na następny dzień. Tym razem nie pozwoliłam sobie na żadną „genialną” myśl, która byłaby źródłem lęku. To jednak nie koniec, tym razem grupa była mała a następnym razem może nie być tak komfortowo. jestem jednak zdeterminowana pokonać ten lęk i traktuję to jako zadanie priorytetowe, gdyż jeżeli tego nie zrobię to potwór wyhodowany w mojej głowie będzie miał nade mną władzę już zawsze. A ja lubię czuć się wolna.

Poskromienie potwora

    Temat uzależnień zostawiam na razie w spokoju i chcę pochylić się nad emocją, z którą stykam się często i w obszarach zawodowych i moich osobistych. Z obserwacji na różnych grupach i na swojej terapii a także w kontakcie z pacjentami zauważam jak wielki to kłopot i źródło różnych problemów. Jak myślicie co to za emocja? Pisałam już o wstydzie i poczuciu winy a ta emocja jest z nimi silnie powiązana. Wielu kojarzy się ze strachem, jednak strach jest uczuciem z ciała i jego zadaniem jest ratowanie nam życia. Strach powoduje uruchomienie całej gamy reakcji w naszym organizmie, które mają za zadanie nas przygotować do walki lub ucieczki. Co z nami się dzieje?

    Na wskutek zagrożenia życia, nasze ciało reaguje bezbłędnie, odcinając nas od dywagacji, mędrkowania i filozofowania. Błyskawicznie napinają się mięśnie karku, niemalże odcinając nas od myślenia. Podniesione zostaje ciśnienie krwi, szybciej bije serce, krew krąży szybciej zasilając nasze mięśnie w życiodajny tlen . Często wpadamy w drgawki, trzęsiemy się, zostają opróżnione jelita i pęcherz, niekiedy bezwiednie. Oddech staje się płytki i szybszy. Gruczoły wydzielania wewnętrznego  produkują hormony stresu, przede wszystkim adrenalinę i kortyzol. W strachu człowiek wygląda trochę jak zombi, jest blady, bo krew zasila całe ciało a głowę w znacznie mniejszym stopniu. Działamy jak automaty, w szoku robimy rzeczy, na które nie zdobylibyśmy się normalnie. Jesteśmy znieczuleni na ból i bezrefleksyjni. Taki sposób reagowania na zagrożenie życia, chociaż wydaje się straszny, jest niezbędny i jest ok. Nie ma nad czym się rozwodzić i na to nie mamy wpływu. To mamy w pakiecie z naszym ciałem.

    Więc o czym chcę pisać? Chcę pisać o lęku, który chociaż jest podobny w odczuciach, to wcale nas nie ratuje, tylko utrudnia życie. Czym różni się lęk od strachu? Różnica jest o tyle banalna i prozaiczna, co niemalże nie do uchwycenia dla przeciętnego zjadacza chleba. Jej źródło jest w myślach. To pozornie bez sensu ale tak jest. Nasze myśli mogą być źródłem takich niemalże samych reakcji jak w przypadku strachu.Pisałam o tym też przy okazji praktyki uważności. Teraz chcę zająć się samym lękiem. Dlaczego?

    Bo po raz kolejny utrudnia mi realizację moich planów. Pisałam już jak cierpiałam podczas studiów na zajęciach ze statystyki. Teraz spotkało mnie coś podobnego. Postanowiłam wrócić do nauki języka angielskiego. Zdarza mi się wyjeżdżać za granicę a nie potrafię się komunikować w żadnym języku poza polskim. Jest mi wstyd z tego powodu i każda podróż jest obarczona takim stresem, że nie chce mi się jeździć. Z drugiej strony jest we mnie ogromna ciekawość świata i mam wnuki za granicą, więc są powody by jednak nauczyć się tego.

    Próbę podjęłam jakieś dwa lata temu. Przyjaciółka namówiła mnie na wspólne spotkania z nauczycielką angielskiego w kawiarni, by sobie próbować konwersować. Podeszłam z entuzjazmem i zadowolona, że to może być nawet przyjemne z pożytecznym. Na początku nic nie wskazywało na to, że potwór tylko czai się by mnie dopaść. Nauczycielka pyta co potrafię a ja odpowiadam, że prawie nic i pokazuje mi gazetę i co bym mogła powiedzieć na temat zdjęcia. Ja odpowiadam, że nie potrafię opisywać, więc ona na to czy kolory potrafię nazwać. A ja, że tak i zaczynam wymieniać te, które znam. I nagle jak błyskawica pojawia się myśl: ty przecież nic nie umiesz, przyjaciółka jest na znacznie wyższym poziomie, przecież ci ludzie siedzący przy sąsiednich stolikach słyszą jak fatalnie mówisz itp. radosna twórczość mojego umysłu. Jaka reakcja?

    Głos coraz cichszy, niemalże zanikający, skurcz karku. Zaczynam się garbić, czuję jak spod pach płyną dwie strużki potu. Jestem przerażona, zaczynam jak dziecko wykręcać palce u rąk. Mówię, że nie dam rady i kończymy bo zaraz wybuchnę płaczem jak dziecko. Nauczycielka zauważyła zmianę na mojej twarzy i przyznała, że nie nadaję się na ten sposób nauki. Umówiłyśmy się na naukę indywidualną. U niej w domu nie miałam takich reakcji ale po dwóch miesiącach musiała wyjechać a ja byłam zaabsorbowana innymi sprawami i sprawa się sama rozeszła po kościach.

    Niedawno prowadziłam warsztat na temat uważności i w tym miejscu pojawiła się możliwość uczestniczenia w bezpłatnej nauce języka angielskiego w niedużej grupie. Pomyślałam, że jest to dobra okazja by ponownie zmierzyć się ze swoim potworem. Tym razem nie było aż tak drastycznie ale też cierpiałam. Po powrocie do domu rozpłakałam się i napięcie puściło. Pod wieczór poczułam silny ból w karku, zostało mi to rozmasowane przez przyjaciół z grupy treningowej. Jednak jak przez najbliższe trzy dni miałam migrenę, to już się wkurzyłam i powiedziałam dość!!! Mam już dość tego!!! Ileż można? Wiem, że to nie będzie łatwe ale wyzywam potwora, który mieszka w mojej głowie na pojedynek…

c.d.n.

Zmiana pracy – zmiana picia

    Przyszedł czas na zmianę. Dostałam pracę w dużym mieście i wydawać by się mogło, że to dobra zmiana. Nic bardziej mylnego. Pracując na wsi chronił mnie mój gen społecznikowski i obowiązkowość. Dawałam z siebie wszystko pracując sumiennie i nie pozwalając sobie na alkohol w pracy.

    Nowa dyrektorka jest osobą niezwykle otwartą i stworzyła na pozór idealny zespół. Byliśmy niczym jedna wielka rodzina. Spędzaliśmy czas wspólnie po pracy, w weekendy i na wakacjach. Wspólnie gramy, bawimy się , tańczymy, pracujemy i …pijemy alkohol. Przyczyną było współuzależnienie dyrektorki, która miała męża alkoholika i nie widziała niczego złego w spożywaniu alkoholu na terenie szkoły (cechy współuzależnienia opisywałam na początku bloga kwiecień-czerwiec 2016). Zespół pił i ja zaczynam pić w godzinach pracy, co w żaden sposób nie jest usprawiedliwieniem, tylko pokazuje jak otoczenie szybko działa na jednostkę i jeżeli dodać do tego skłonność do uzależniania od środków psychoaktywnych, to mamy już obraz tego, jak łatwo wejść w nałóg nie będąc przysłowiowym menelem. 

    Jedna z koleżanek chętnie robi imprezy w domu, co miało uchronić jej męża przed wychodzeniem z domu i piciem na mieście. Uczę się pić na klina aby poradzić sobie z kacem przed pójściem do pracy. W konsekwencji coraz częściej idę do pracy pod wpływem alkoholu. Piję coraz częściej i coraz więcej. To, że byłam wolna i bez zobowiązań rodzinnych dawało mi przestrzeń i pozwalało na szwendanie się po alkoholu. Nosiło mnie, więc imprezowałam i piłam do imentu. Przez 5 lat miałam nieustanny karnawał. Dyrektorka nie widziała w tym problemu i nie miała nic przeciw takiemu zachowaniu. Jednak zaczynam się coraz bardziej upijać i zaczynam się tego wstydzić. Miałam świadomość tego, jak to wygląda z zewnątrz i zaczęłam się wycofywać z picia towarzyskiego.

    Przechodzę do podziemia i piję w samotności. W tym czasie jedna z koleżanek podjęła wysiłek by porozmawiać ze mną gdy byłam trzeźwa. Zwróciła mi uwagę, że inni wykorzystują moją otwartość i gotowość do mówienia tego co myślę. Podobnie jak w poprzedniej szkole stawałam się narzędziem manipulacji. Był dużo życzliwości w jej postawie i jestem jej za to wdzięczna, gdyż jako pierwsza zwróciła mi uwagę, że mój stan wymaga leczenia. Podsunęła mi pomysł, żebym gdzieś poszła z tym problemem i dała obietnicę, że pójdzie ze mną gdy będę tego chciała i potrzebowała. Ja jednak jeszcze nie widziałam potrzeby leczenia. Myślałam, że dam sobie radę sama i zaczęłam podejmować próby utrzymania abstynencji.

    Ta koleżanka była jedyną osobą z tego grona, która okazała mi autentyczną życzliwość i szczerość. Widziałam jej wysiłek żeby powiedzieć mi prawdę bez oceniania mnie. Jestem jej wdzięczna za tę rozmowę pełną delikatności i dobrej intencji. Widziała mnie taką jaka jestem, ze swoją wewnętrzną walką o uwagę i docenienie. To nieudolna walka, dziś wiem, wtedy inaczej nie potrafiłam. Ona potrafiła mnie docenić i dlatego podjęła ten wysiłek, jakże trudny by do mnie dotrzeć.

    Mama wielokrotnie mówiła to samo, ale nie tak samo. Nie chciałam jej słuchać, nie przyjmowałam tego, kłóciłam się z nią.  Macie swoje doświadczenie z próbą dotarcia do was? Lub odwrotnie, chcieliście komuś powiedzieć, że ma problem? Jak było? Znacie to uczucie? Porażka czy sukces? Mój przykład pokazuje, że warto podejmować takie wysiłki, bo nawet jeżeli nie pomaga od razu, to jednak jest to już pierwszy sygnał, który może kiedyś obudzić z letargu i skłonić do leczenia

    Mając trzydzieści dwa lata dostaję swoje mieszkanie i wyprowadzam się od mamy. Jestem całkowicie wolna i niezależna. Mogłoby się wydawać, że pełnia szczęścia. Jednak wcale tak nie było. Zaczynam dotkliwie odczuwać samotność. Ukrywam się ze swoim piciem i nadal mam urwane filmy i czuję się coraz gorzej. Tym bardziej, że po pijaku z samotności zaczynam dzwonić po ludziach a potem zapominać z kim o czym rozmawiałam. Zaczyna się koszmar podwójnego życia. Nosiłam maskę z coraz mocniejszym makijażem, by nikt nie zauważył wstydu i poczucia winy, z którymi nie potrafiłam się uporać. Wypijany alkohol już nie pomagał, tylko potęgował te uczucia. Byłam już zmęczona poczuciem klęski, samotności i cierpienia. Uciekałam z domu do ludzi a potem odwrotnie i nie znajdowałam ratunku. On przyszedł paradoksalnie z tragediami, od których zaczęłam swoją historię. Choroba, strach przed śmiercią, kontakt  z ludźmi ciężko chorymi i  umierającymi podziałał trzeźwiąco i w rezultacie uzdrawiająco.

c.d.n.