Wartości c.d.

    Trzeźwość dla mnie nieodłącznie wiąże się z trzeźwym myśleniem. A nie jest to jednoznaczne. Można być trzeźwym i myśleć jak pijany. Współuzależnienie ułatwia takie stany. Można być pod wpływem alkoholu i nie zatracić trzeźwego osądu sytuacji i zachowywać się nad wyraz przytomnie. Na pewno inne spojrzenie ma na to osoba uzależniona i dla niej trzeźwość będzie oznaczała abstynencję. Ja widzę to inaczej. Dla mnie wiąże się to z dążeniem do przytomności w każdej chwili. Oczywiście nie jest to permanentnie możliwe. Chodzi mi o intencję, by być obecnym trzeźwo w tu i teraz. W tym celu dbam o to by być w dobrym kontakcie z sobą i otoczeniem.

    W tym celu między innymi medytuję, dbam o siebie i o relacje z bliskimi. Wiążę to z odpowiedzialnością za siebie. Zdarza mi się spożywać alkohol, lecz nie lubię go nadużywać. Trzeźwe myślenie jest dla mnie wartością, której świadoma stałam się stosunkowo niedawno. Wiem, że dążenie do ciągłej euforii i stanu radosnego uniesienia odbiera mi tę zdolność. Zaczęłam doceniać spokój i smutek, a przestałam się ich bać gdy odkryłam, że wspomagają trzeźwe myślenie.

    Z natury jestem osoba towarzyską i o pogodnym usposobieniu, jednak coraz bardziej doceniam stany odosobnienia i bycia samej ze sobą. To zdecydowanie sprzyja trzeźwemu myśleniu.

    Miłość to stan do którego dążą chyba wszyscy ludzie, a mam wrażenie, że każdy inaczej to definiuje. Na różnych etapach mojego życia co innego to oznaczało. Kiedyś bardziej chodziło o relację z mężem, potem doszły dzieci i pojęcie miłości zaczynało się komplikować. Współuzależnienie popchnęło mnie do szukania jej w religii i wtedy też poznałam miłość do Boga i współwyznawców, tzw. miłość agape. Jednak nie było wciąż we mnie miłości do siebie. Myślałam, że miłość własna jest przejawem egoizmu, a ja chciałam być tak altruistyczna, że skupiałam się na wszystkich poza sobą.

    Na terapii usłyszałam pytanie: Skoro jesteś głęboko wierzącą chrześcijanką, to jak pojmujesz Boże przykazanie „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego”? Zamurowało mnie i powoli zaczęłam pojmować, że to jest jak w pewnej reklamie z dawnych czasów jakiegoś serka. Tam pojawiał się taki tekst, „oddaję tobie, co kryję w sobie”. Z jakichś powodów zachował mi się w pamięci i od razu to połączyłam. Jak mogę dawać miłość, której nie mam? To w takim razie co mam? Co innym daję?

   W procesie terapeutycznym powoli, żmudnie dokopywałam się do wszystkich uczuć i byłam coraz bardziej przestraszona, co będzie na końcu? Bałam się, że to nienawiść do ojca, ale okazało się, że jak wyrzuciłam cały żal, wstyd, poczucie winy, złość i wstręt, to na samym końcu jak już zwątpiłam, to okazało się, że jest we mnie całe mnóstwo miłości zarówno do siebie jak i ojca. Jak sobie przebaczyłam, to zaczęłam wszystko inaczej widzieć i czuć. Odkryłam miłość uniwersalną, bez dzielenia jej na członków rodziny, męża, przyjaciół, współwyznawców, Boga, świata itd. Okazało się, że miłość to miłość i już. Jak ją poczułam w stosunku do siebie, to przeniosłam ją na wszystko co mnie otacza. Nie chcę by brzmiało to patetycznie, bo nie jestem anielicą, która nieustannie emanuje tą miłością. Żyję normalnie i jak każdy wkurzam się, mam niskie pobudki, których się wstydzę, mam całe mnóstwo wad, ale to nie przeszkadza mi akceptować siebie z całym dobrodziejstwem inwentarza i mieć dla siebie miłość; dla innych także.

    Niedawno miałam przypadek, gdy klientka ulotniła się nie płacąc za usługę. Kiedyś bym się wściekała, złorzeczyła i przeklinała. A teraz o dziwo byłam zupełnie spokojna i nawet dziewczynie współczułam, że musi się uciekać do takich sposobów. Podarowałam jej tę stówę w myślach, w nadziei że kiedyś odtworzy jej się w pamięci nasza rozmowa o syndromie DDA i odnajdzie siebie i trafi na jakaś grupę. Tak dziś przejawiam miłość. To dla mnie bardziej komfortowe od prowadzenia rachunku krzywd. Może to i naiwne, lecz wierzcie, dużo łatwiej mi tak żyć.

The following two tabs change content below.

Abilaki

Ostatnie wpisy Abilaki (zobacz wszystkie)

4 Komentarze

  1. Cześć Abilaki, dość dawno nic nie komentowałem, miałem dużo myślenia i autorefleksji, bardzo dużo się zadziało u mnie, przede wszystkim poczułem siebie i swoją wartość, zdałem sobie sprawę, że stawiając granice i nie pozwalając innym wejść sobie na odcisk daję szacunek samemu sobie, w końcu odkrywam kim ja jestem, co ja lubię i co jest dla mnie ważne.

    Przyznam, że mega zaintrygowała mnie ta część o trzeźwości, gdyż pamiętam, że pisałaś kiedyś w postach, że jesteś alkoholiczką, a mimo to zdarza Ci się go pić. Jest to dla mnie mega intrygujące i zastanawiające co o tym myśleć? Bo czytając literaturę AA o trzeźwości i abstynencji mógłbym pomyśleć, że łyknięcie alkoholu dla alkoholika wiąże się generalnie z odpłynięciem ze swoimi emocjami i uczuciami itd. Co prawda sam sobie zdałem sprawę w swoim niealkoholowym przypadku, że trzeźwość nie wiąże się wyłącznie z abstynencją, lecz właśnie z trzeźwym myśleniem, nie mniej ciekawi mnie jak się czujesz kiedy pozwalasz sobie na to?

    Pozdrawiam Cię,
    Daniel

  2. Witaj Danielu,
    cieszę się z Twoich postępów. Są wyczuwalne z tego jak o sobie piszesz. Budujące jest, że nadal pracujesz w sensie terapeutycznym.

    Ja Abilaki jestem hybrydą lub kameleonem, który dopasowuje się do kontekstu. Łączę w sobie różne historie na potrzeby tego bloga. Cieszy mnie Twoja czujność, jednak przegapiłeś gdzieś moment, gdzie o tym pisałam, że zmieniam swoją tożsamość i wchodzę w różne historie. Ten blog nie jest autobiografią jego autorki. Historia z alkoholizmem jest jedną z wielu, które ktoś mi podarował bym mogła je opisać. Wszystkie są autentyczne, jednak nie należą do jednej osoby. Jednak cel zostaje osiągnięty bo pobudza do refleksji, czego jesteś znakomitym przykładem.
    Jeżeli chodzi o spożywanie alkoholu przez osoby uzależnione, to zetknęłam się z teoriami różnymi i jedna z nich zakłada, że jeżeli zostaną rozwiązane wszystkie konflikty wewnętrzne, które były tłumione przez alkohol, to on już nie jest potrzebny by całkowicie się odcinać od uczuć. Jednak nie znam nikogo, kto by został zdiagnozowany jako osoba uzależniona i po zakończeniu terapii mógł wrócić do okazjonalnego spożywania alkoholu. Alkoholicy mawiają, że z kiszonego ogórka nie da się zrobić świeżego i podobnie jest z uzależnieniem. Jak jest naprawdę, po prostu nie wiem. Wszyscy znani mi trzeźwi alkoholicy utrzymują całkowitą abstynencję.
    Pozdrawiam i życzę wytrwałości :)

  3. A ja sie zorientowalam pp kilu postach ze to sa historie kobiet(nawet o tym uprzedzilas). A nie zgadzaly sie szczegoly z twoim wczesnijszym opisem.
    Ale milo bylo poczytac.
    Ja uczeszczam na mityngi dda wiec najczesciej slysze ta poszkodowana strone
    Choc wiem i widze ze ofiare tez jest moja matka pijaca. A takze ojciec ktory jest manipulowany przez swoja matke amoja babcie.
    Ja rez zrobilam postep. Juz nie walcze z rodzicami. Czasem ich poprawiam kiedy oni zmuszaja mnie do czegos bo uwazaja ze trzeba sie wkupywac w laski rodziny. Moja matka ppwtarza ze nie ma.nic za darmo. Dlatego co jakis czas (czasem podstepem) wyciaga mnie na zakupy abym wybrala im prezenty ktore sa moim kosztem. Dzis znowu tak zrobila. Wkirzylam sie i prpbowalam ja zapytac co sie stanie jak oni nie dostana. Pow ze” nic. Ale tak jest im milo.” A tak naprawde ona sie boi ze nie beda ja akceptowac. A ze sama sie nie akceptuje i ma duze poczucie winy to moim kosztem karze mi sie poswiecac. A ja nie zamierzam. Gorzej ze ja swoje przerabiam na terapii a pozniej zdarzaja sie sytuacje ze rodzicow musze uczyc tego czego oni mnie nie nauczyli. Czyli jak byc asertywnym. Ja zaczac sie akceptowac. Jak nie dac sie manipulowac. Oni mnie nauczyli toksycznych rzeczy a teraz ja ich ucze. Mam zal ze oni nie podjeli wysilku terapii i naprawy zycia. Podali sie, oboje. Widze ze mecza ale nauka im opornie idzie. Tak chcialam sie podzielic. Chyba mnie to znowu (czy nadal rusza).

    • Witaj Magdo,
      cieszę się również z Twoich postępów. Najlepszą nauką dla innych, w tym także rodziców, jest własny przykład. Ja też nieraz obserwowałam, jak moi bliscy podglądali moje zmiany, słuchali co mówię a potem widziałam jak sami stosują. Z perspektywy dwudziestu lat od pierwszej terapii, widzę, że zmienia się bardzo dużo gdy chociaż jedna osoba w rodzinie podejmuje trud terapii i wprowadza zmiany w swoim życiu. Na ogół jest jedyną osobą, chociaż zdarza się, że inni członkowie rodziny również idą w jej ślady widząc poprawę.Tak czy inaczej trud opłaca się i warto. Chociażby po to, o czym piszesz, żeby uwolnić się od ciężaru przeszłości , przestać obwiniać rodziców i wziąć odpowiedzialność za resztę swojego życia. Przynajmniej na to zawsze mamy wpływ i szkoda czasu i energii na roztrząsanie tego, co było kiedyś, a czego nie da się zmienić i użalanie się. Życzę Ci dalszych postępów na drodze rozwoju, widzę, że połknęłaś bakcyla :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.