Wartości c.d.

    Przynależność od zawsze oznaczała dla mnie bycie częścią dużej rodziny. W swojej pamięci mam duże spotkania wielopokoleniowej rodziny z tradycjami. Spotkania przy stole i rozmowy. Wspólne spożywanie posiłków i zabawa. W rodzinie ze strony ojca byłam któraś z kolei w gromadce wnucząt, gdzieś pośrodku. W rodzinie ze strony mamy byłam pierwsza i przez dwa lata niepodzielnie królowałam. Byłam otoczona kochającymi mnie osobami. Ta baza jest ogromnym moim zasobem, który sprawia, że lubię różne rodzaje wspólnotowości.

    Obie rodziny były wolne od alkoholizmu. Trafiło tylko na nas. Ta choroba spowodowała, że z czasem zaczęła się robić wokół nas pustka i ja także zaczęłam izolować się od rodziny w poszukiwaniu stada, gdzie mogłabym bezpiecznie przynależeć. Nie chciałam wychowywać dzieci według takich wzorców. Znalazłam grupę religijną, do której przylgnęłam na dość długi czas. Poczucie przynależności do zdrowego stada było silniejsze niż więzy krwi. Tam miałam akceptację i możliwość rozwoju. Nadrabiałam tam zaległości, jakie wytworzyły się w dysfunkcyjnej rodzinie. Dzięki przynależności wiedziałam jak wygląda zdrowa rodzina i relacje w niej i łatwo mi było zdiagnozować dysfunkcję rodziny pochodzenia.

Dzisiaj jestem z powrotem  bliżej z rodzicami, ale nadal nie mam tam tej pierwotnej bliskości i bezwarunkowej akceptacji. Znalazłam to we wspólnocie. To, że siedzimy przy stole i słuchamy się z uwagą nieodmiennie przypomina mi pierwotny wzór zdrowej rodziny, jaki przechowuję w pamięci. Z tego też powodu mówię często, że wspólnota DDA/DDD jest dla mnie jak rodzina zastępcza. Jak bywam na jakichś rocznicowych mitingach, to czuję się jak na zjeździe rodzinnym, gdzie spotykam wielu bliskich mi ludzi.

    Wspólnotowość jest bardzo blisko przynależności, ale jednak trochę inaczej. Czuję to na przypadkowych warsztatach, grupach, które krótko istnieją lub na konferencjach czy konwentach, gdzie ludzi nawet nie znam ale łączy nas wspólny temat, który spowodował, że się spotykamy. Tak jest z grupami medytacyjnymi, albo z warsztatami gdzie jest praca z ciałem. Wtedy zazwyczaj ważny jest temat spotkania, a nie ludzie, których zazwyczaj nie znam. Jednak to, że łączy nas wspólna pasja powoduje, że przez czas spotkania jesteśmy wspólnotą i tam też czuję się dobrze, gdyż uczę się od innych i rozwijam się w poczuciu bezpieczeństwa i zadowolenia.

    Sens życia to ostatnia z opisywanych przeze mnie wartości, ale nie mniej ważna od pozostałych. Od zawsze towarzyszyło mi przekonanie, że moje życie musi mieć sens. Cokolwiek robiłam, to musiało mieć dla mnie znaczenie. Tak było z wykonywanymi zawodami, z wyborem szkół, z przynależnością do wspólnot. W momencie gdy przestawałam widzieć w tym sens, zamykałam ten rozdział w swoim życiu by otworzyć nowy, sensowny. Taki, który daje zadowolenie i poczucie sensu i użyteczności dla innych. Lubię żeby to co robię, było potrzebne dla innych a jednocześnie mnie rozwijało.

    Ważnym aspektem zdrowienia ze współuzależnienia jest poznanie całej gamy uczuć, którą dysponujemy i nauczyć się je poprawnie odczytywać i zarządzać nimi. Wychowując się w dysfunkcyjnym domu nauczyłam się je tłumić i blokować lub maskować innymi, które były aprobowane przez otoczenie. To pułapka prowadząca do izolacji i cierpienia. Praca nad rozwojem duchowym niezależnie od przekonań religijnych, oznacza powrót do korzeni wewnątrz siebie. Potrzebny jest przy tym wysoki stopień uważności i czujności. To wymaga czasu i cierpliwości w odkrywaniu nowego, nieznanego dotąd świata emocji.

    Niezbędne jest również uświadomienie sobie istnienia ulotnej teraźniejszości. To tylko teraz, ta chwila, ten moment który przeżywam jest życiem. Nie to, co było ani to co będzie, tylko to, co jest teraz. Przeszłości już nie ma i należy rozstać się ze zbędnym balastem, a przyszłości jeszcze nie ma i zbędne jest zamartwianie się o nią, bo i tak niewielki mamy na nią wpływ. Uświadamiając to sobie, nabrałam niezwykle dużego zaufania do Siły Wyższej i dzięki temu potrafię cieszyć się chwilą obecną. Tak pojmuję swój rozwój duchowy. W tym zawiera się moja moc wewnętrzna, bogactwo, niepowtarzalność, sens istnienia i celowość działania w nieustannym rozwoju.

c.d.n.

Wartości c.d.

    Integralność doceniłam dopiero wtedy, kiedy ją poczułam po zakończeniu terapii. Odkąd poczułam się zintegrowaną całością, świadomie mogę dysponować swoimi zasobami. Ja po prostu poczułam co mogę a czego nie, gdzie są granice moich możliwości, gdzie jest moje miejsce w szeregu i o czym mogę jeszcze marzyć. A jak było wcześniej?

    Zauważyłam to będąc w szkole średniej, że pomimo uczenia się i osiągania przyzwoitych wyników, miałam poczucie jakiegoś braku. Miałam trudność przepływu wiedzy, którą zdobywałam. Miałam takie uczucie, jakby każda dziedzina była zamknięta w osobnym pokoju i brakowało mi drzwi łączących te pokoje. Niby miałam, ale było to bezużyteczne, bo nie miałam do tego dostępu. Nie mogłam długie lata zrozumieć, co jest nie tak z moim uczeniem i posiadaną wiedzą. Po maturze, którą z mojej ulubionej biologi zdałam najlepiej w całym roczniku, z przerażeniem odkrywałam z czasem, że ta wiedza gdzieś ulatuje. Początkowo powtarzałam ją, ale potem życie znalazło inne zajęcia.

    Do biologii wróciłam po dwudziestu latach na jakimś kursie, gdzie miałam przedmioty medyczne. Byłam czterdziestoletnią kobietą po przejściach i pierwszej terapii dla współuzależnionych (tę przygodę opisuję na początku bloga). Bardzo chciałam się uczyć i sprawdzić siebie, na ile mogę jeszcze sobie pozwolić. Marzyłam już o studiach, ale nie miałam odwagi. Ten kurs miał być poniekąd sprawdzianem czy mogę jeszcze się uczyć. Bałam się, że będę najstarsza i nie dam rady.

    Na kursie było sporo młodych dziewczyn, ale też i starszych ode mnie, co przyjęłam z ulgą. Podczas zajęć z anatomii z bardzo wymagającą panią anestezjolog, przed którą wszyscy się trzęśli, nagle odkryłam, że wiedza z biologii nie przepadła. Owszem uległa zatarciu, jednak w miarę nauki wszystko wracało. Widziałam różnicę u dziewczyn, które w szkołach średnich jej nie mieli. Wtedy pierwszy raz poczułam, że coś mam i że to jest trwałe. Na egzaminie ustnym wewnętrznym, w małym gronie zdałam śpiewająco i byłam przeszczęśliwa. Poczułam się jak przysłowiowy kujon, który zawsze zdaje na szóstki. Na egzaminie zewnętrznym przed komisją poczułam to samo, co później przytrafiło mi się na obronie pracy magisterskiej, pustka w głowie i paraliż umysłowy.

    Zdałam ogólnie jako jedna z dwóch najlepszych z końcową oceną celującą. To dodało mi wiary w siebie i poczucie, że mogę. Przez długie lata poprzedzające mój rozwój miewałam sny, w których śnił mi się dom. Najczęściej był to jakiś znany mi dom, z dzieciństwa. Sen przychodził z różną częstotliwością, nieraz co pół roku albo co dwa lata. Po paru snach zorientowałam się, że moja podświadomość coś chce mi powiedzieć. Ten dom na początku był chatą na wsi jaką pamiętam z dzieciństwa na wakacjach u babci. To była stara chata kryta strzechą. Była pusta i ciemna, jednak z każdym kolejnym snem odkrywałam, że ona ma nowe pokoje, o których wcześniej nie wiedziałam. Przechadzałam się w tych snach po nich i z radością odkrywałam, że są jasne i przestronne, gotowe na urządzanie.

     Przed samymi studiami, gdy już podjęłam decyzję przyśnił mi się dom całkowicie i bogato wyposażony i umeblowany. Wiedziałam, że to moja podświadomość daje mi wsparcie, że już mam wszystko, czego potrzebuję, by zacząć realizować swoje marzenie, na które czekałam dwanaście lat. Już wiedziałam, że dom ze snów, to ja.

    Jednak całkowitą integralność poczułam po ostatniej terapii, którą rozpoczęłam w trakcie studiów. Jak zburzone zostały wszystkie mechanizmy obronne i rozsypałam się jak bezbronne dziecko, to potem jak Feniks, zaczęłam odbudowywać się z popiołów. Nie ukrywam, że było to trudne i bolesne, jednak nic lepszego nie mogło mnie spotkać. Tę terapie opisywałam już w zeszłym roku i nie będę tego powtarzać. Wartością dodaną była właśnie integralność wewnętrzna. Jak się odbudowałam, to odkryłam jak wielka energia płynie z emocji i uczuć. Wcześniej też je czułam, ale nie znałam ich wartości i zastosowania. Były trudnym dodatkiem do życia, gdyż byłam nauczona je tłumić lub maskować. Po zintegrowaniu nie tracę już na to energii, gdyż w końcu mogę być sobą na właściwym miejscu.

c.d.n.

Wartości c.d.

    Szczerość była dla mnie czymś fundamentalnym od najwcześniejszych lat życia. Wpajano mi ją podobnie jak uczciwość. Jednak miałam zong, kiedy szczerze opowiadałam komuś co dzieje się w mojej rodzinie a mama, która zawsze powtarzała, że lepsza najtrudniejsza prawda od ładnego kłamstwa, nagle już nie była zachwycona moją szczerością. Niestety musiała przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza, to czego mnie tak uczyła. I nie pomagały już żadne zaklęcia, że nie opowiada się innym co się dzieje w domu.

    Z tą szczerością to przez długi czas miałam problem, bo nie do końca to pojmowałam. Waliłam nią na oślep po oczach i uszach, nie zastanawiając się czy jest na miejscu. Mówiłam bez większego wyczucia, co ślina przynosiła na język. Długo byłam bezrefleksyjna i nie zastanawiałam się, czy muszę wszystko mówić? To niejednokrotnie przysparzało mi kłopotów i taka szczerość nie była pożądaną wartością. Brakowało mi wyczucia sytuacji, a byłam pewna, że szczerość powinna przysparzać przyjaciół. Jednak tak się nie działo. Miałam ostry język i tą swoiście pojmowaną szczerością potrafiłam nieźle ranić. Jednak nie rozumiałam w czym rzecz, bo przecież byłam szczera do bólu, tak jak pani matka przykazali ;)

    Dzisiaj jestem oszczędniejsza w mówieniu tego, co myślę. Nie każdy jest tym zainteresowany i nie zawsze jest to potrzebne. Na drodze terapii zrozumiałam jak ważna jest przede wszystkim szczerość wobec siebie, by nazywać swoje uczucia, a nie zaprzeczać im lub maskować je. Do perfekcji opanowałam te umiejętności, więc nie byłam szczera sama ze sobą. Prawdę mówiąc byłam w tym nieźle pogubiona przez ładny kawał swojego życia i nawet nie byłam świadoma swego zakłamania. Szczerość pojmowałam opacznie myśląc, że słowo ma większą moc niż uczucia.

    Szczerość emocjonalna jest dzisiaj dla mnie jedną z ważniejszych wartości i tak pojmowana przysparza mi przyjaciół. W wielu przypadkach słowa są zbędne a myśli niepotrzebne. Już wiem, że myśli często są nieobiektywne i nieprawdziwe a uczucia tak. Największą trudnością było akceptowanie ich takimi, jakie są i nie próbowanie zastępować ich maskami. Nie chodzi też w tym o to, by epatować wszystkich swoją uczuciowością, ale by być jej świadomą. Jak czuję smutek, to zapewniam sobie warunki by móc sobie popłakać, a nie udaję wesołej. Jak się wypłaczę, to pojawia się przestrzeń dla wesołości samoistnie. Jak jestem wściekła, to zastanawiam się, co stoi mi na przeszkodzie, jakaś trudność, czy moje myślenie? Szukam rozwiązania a nie winnych mojego stanu uczuciowego.

    Rozwój wydawał mi się wartością przypisaną dzieciom i nie zdawałam sobie sprawy jak ważny jest w życiu dorosłych. Odkryłam go dla siebie na pierwszej terapii i stał się dla mnie głównym motorem napędzającym mnie do życia. Poznanie swojego wewnętrznego dziecka, które nie zostało zaspokojone i domaga się swego, uczyniło moje życie bogatszym. Od tamtej pory wiem, że to przygoda do końca życia i bycie ze sobą szczerą, to także sprostanie zachciankom wewnętrznego dziecka, które chce wciąż się uczyć, osiągać, przeżywać, wzbogacać się, nawiązywać nowe znajomości lub nic nie robić bez poczucia winy. To też jest wpisane w rozwój.

    Widzę jak różne zadania rozwojowe stawia przede mną życie w poszczególnych jego okresach i odkąd weszłam na drogę rozwoju, towarzyszy mi nieustannia ciekawość, co jeszcze mnie czeka?  Dzięki rozwojowi zaspokajam swoje ambicje i mam nieustające poczucie, że mogę jeżeli tylko chcę. Nieważne co to jest, ale jeżeli bardzo chcę, to znajduję sposób, by zaspokoić potrzebę, jaka wyłania się na drodze rozwoju. Przedtem była edukacja, teraz bardziej duchowość, przeżywanie, czucie. To skłania mnie do szukania ludzi, miejsc, możliwości by czegoś nowego doświadczać i nadal się rozwijać.

    Te ostatnie warsztaty wspólnotowe z duchowości były dla mnie bardzo owocne, pomimo iż niczego nowego się nie dowiedziałam. Miałam za to możliwość poprowadzić medytację w większej niż dotychczas grupie i to było mega przeżycie czuć, jak kilkadziesiąt osób wspólnie oddycha i jest jedną oddychającą w skupieniu całością. To pokazało mi jak niewiele nieraz trzeba by czuć rozwój bez nadzwyczajnych czynów. Wystarczy chcieć i podążać z uwagą za tym co przynosi życie.

c.d.n.

Wartości c.d.

    Zdrowie jest i było dla mnie ważne. Mój ojciec jest hipochondrykiem i myślę, że zaszczepił mi lęk przed chorobami. Kiedyś, gdy byłam młoda, to pilnowałam rutynowych badań swoich i dzieci. Dbałam o profilaktykę i cieszyłam się na ogół dobrym zdrowiem. Raz zaniedbałam to wchodząc we współuzależnienie i zapomniałam o swoim zdrowiu na kilka lat. W tym czasie urodziłam kolejne dziecko i karmiłam je dwa lata nie suplementując swojej diety. Zupełnie jakby rozum mi odjęło. Zajęta piciem męża w pierwszej kolejności, zdrowiem dzieci w drugiej, siebie zostawiłam na końcu myśląc, że jestem niezniszczalna. A tak naprawdę, to nic o sobie wtedy nie myślałam. Zaczęłam mieć problemy z kręgosłupem i zawroty głowy, ale przez wiele miesięcy nie znalazłam czasu by pójść do lekarza. Nie wiem co sobie wtedy myślałam ale któregoś dnia…

    Chodziłam już zgięta w pół i wielu rzeczy nie mogłam zrobić samodzielnie. Siedziałam z dziećmi w pokoju i nagle straciłam przytomność. Jak się ocknęłam zobaczyłam przerażoną córkę, która mając dziesięć lat nie była przygotowana na takie zdarzenie. Byłam zaskoczona tym omdleniem tym bardziej, że odkryłam bezwiedne oddanie moczu i nadal siedziałam na tapczanie z głową przechyloną do tyłu i w zmoczonej bieliźnie. To był wystarczający impuls by zadbać o swoje zdrowie. Długo się wtedy leczyłam, bo najpierw trzeba było uzupełnić niedobory mikroelementów i żelaza, odstawić dziecko od piersi i zacząć brać leki. W tym czasie już podjęłam terapię dla współuzależnionych i widziałam związek swojego stanu zdrowia z piciem męża.

    Długo byłam skupiona na jego trzeźwieniu i udziale w terapii. Poskutkowało to tym, że mój stan zaczął się pogarszać, aż któregoś razu musiałam iść na pogotowie, bo nie wytrzymywałam już bólu. Tam czekając w kolejce do lekarza, zemdlałam ponownie osuwając się po mężu na podłogę. Chyba się przestraszył bo wtedy przestał na dobre pić i zaczął utrzymywać abstynencję. Jednak ja tak szybko nie odzyskałam zdrowia. Czułam się bardzo stara i chora i straciłam nadzieję, że kiedykolwiek będzie dobrze. Nie potrafiłam samodzielnie nawet się umyć. Ból towarzyszył mi stale. Popadłam w depresję i wylądowałam w szpitalu. Potem wielotygodniowa rehabilitacja i brak nadziei na życie bez bólu. Byłam zrezygnowana.

    Jednak po jakimś czasie zaczęłam stosować ćwiczenia z książki którą kupiłam sobie podczas pobytu w szpitalu. Zawierała pięćdziesiąt różnych ćwiczeń wzmacniających mięśnie przykręgosłupowe. Zaczęłam je stosować systematycznie, codziennie po pół godziny i zauważyłam rezultaty. Od tej pory, a minęło już dwadzieścia lat dbam o swoje zdrowie. Obiecałam sobie, że nigdy więcej nie dopuszczę do takiego stanu. Jak już wcześniej pisałam, uprawiam tai chi i jest to dla mojego kręgosłupa najlepszy sport. Jestem sprawna i zdrowa. Miewam dolegliwości, ale robię wszystko by sprawdzić co jest przyczyną i usunąć ją. Zbyt dobrze pamiętam ten stan, w którym znalazłam się z powodu własnego zaniedbania. Myślałam, że nigdy już nie będę całkowicie sprawna.

    Ból opuścił mnie po kilku latach i pamiętam swoje zdziwienie, gdy pewnego dnia będąc w pracy zdałam sobie sprawę, że ból przestał mi towarzyszyć. Cieszyłam się i jednocześnie powzięłam postanowienie, że będę już zawsze dbać o swoje zdrowie i rzeczywiście przez te lata chodziłam na różne zajęcia, aż trafiłam na wspomniane już tai chi, którego zamierzam trzymać się na stałe. Po ośmiu latach ćwiczeń widzę ogromną wartość tej dyscypliny i przełożenie nie tylko na sprawność, ale także, a może przede wszystkim, na ogromną świadomość swojego ciała i coraz lepszego kontaktu z nim. Dołączyłam do tego praktykę uważności, o której pisałam szczegółowo od listopada ubiegłego roku, do stycznia tego.

    Ostatnio zdałam sobie sprawę, że obserwując swoje ciało, a właściwie będąc z nim w dobrym kontakcie, jestem w stanie zauważyć nie patrząc na prędkościomierz, kiedy przekraczam bezpieczną prędkość podczas jazdy samochodem. To niesamowite jak wiele nam potrafi powiedzieć nasze ciało, gdy tylko damy mu posłuch. Mam coraz więcej szacunku dla niego i wdzięczności za to, że dało mi jeszcze jedną szansę i mam zamiar ją wykorzystać.

c.d.n.

Wartości c.d.

    Praca jest dla mnie jedną z ważniejszych wartości. Kiedyś była chyba najważniejsza. Miałam taki etap w życiu, gdy realizowałam się poprzez pracę i dawała mi tyle gratyfikacji, że stawiałam ją na pierwszym miejscu. Byłam idealnym pracownikiem, który dawał się zaorać dla poklepania po ramieniu. Moja niska samoocena karmiła się każdą pochwałą bez zwracania uwagi na to, czy jest szczera, czy nie. Byłam tak głodna uznania, że pozwalałam zwyczajnie wykorzystywać się w pracy. Miałam jednak z tego profity i to było pułapką, w której długo tkwiłam. Z czasem przyszła refleksja, że praca to nie życie, tylko sposób na zdobycie środków do życia. Pułapką było to, że zazwyczaj lubiłam to co robię i zatracałam się w tym zaniedbując inne sfery życia.

    Jako pracownik byłam sumienna i punktualna, dbałam o dobre relacje z ludźmi. Zostało mi to wpojone już w dzieciństwie. Często pracowałam z rodzicami, którzy byli dosyć przedsiębiorczy i pewne wzorce mi wpoili. Zawsze się buntowałam, że nie będę tak jak oni pracować, a mimo iż wybrałam inną drogę zawodową, to wzorce pracy wzięłam od nich. Dzisiaj  jestem im za to wdzięczna i doceniam wartość tego, że nie boję się pracy i zawsze ją miałam. Problemem było przez dość długi czas, że nie potrafiłam odpoczywać, dawać sobie czasu na nicnierobienie.

    Uczciwość jest dla mnie wartością, która wciąż nabiera innego znaczenia. Kiedyś było ważne by być uczciwym wobec rodziców, kościoła, męża, pracodawców. Chodziło w tym zazwyczaj by być prawdomówną, wywiązywać się ze zobowiązań, czy nie przekraczać norm prawnych. W pewnym momencie swojego życia odkryłam, że jestem w stanie być uczciwa wobec innych, kosztem siebie i to dawało mi poczucie bycia lepszą i wręcz napełniało mnie pychą. Jaka to ja jestem uczciwa, niemalże święta ;)

    Oczywiście to była taka moja iluzja, bo nieustannie sobą manipulowałam, by w swoich oczach uchodzić za uczciwą, a tak naprawdę byłam cholernie zakłamana i nadęta w tej swojej uczciwości. Poznając program dwunastu kroków zauważyłam, że gdybym chciała uczciwie robić obrachunek moralny, to nie byłoby tak różowo. Uczciwości tak naprawdę uczę się każdego dnia. Przede wszystkim uczę się by być w zgodzie ze sobą i nie zakłamywać swoich uczuć. Wierzcie mi, że to o wiele trudniejsze niż bycie w zgodzie z zasadami. Niejednokrotnie uczciwość nakazuje mi powiedzieć coś, co innym może nie odpowiadać, łamać utarte schematy, burzyć czyjś spokój.

    Staram się ale uczciwie mówię, że nie zawsze mi to wychodzi. Kiedyś w zapędach perfekcjonizmu obwiniałam się że nie jestem uczciwa. Teraz akceptuję to, że nie jestem doskonała i lubię to. Zdarza mi się kłamać, nie mówić wszystkiego, lub przemilczeć coś. Nie muszę być idealna, mam na to zgodę, bo wiem, że nikt nie jest w stanie być idealny. A jeżeli dąży do tego za wszelką cenę, to staje się nieprawdziwy i odcięty od rzeczywistości. Moim wyznacznikiem uczciwości jest moje serce. Staram się być w zgodzie z nim. Ono mi podpowiada kiedy przekraczam jakąś granicę. Jeżeli nie mogę być w zgodzie z sobą i muszę coś zrobić czego nie chcę to powierzam tę sprawę Sile Wyższej. Na ogół znajduje się jakieś alternatywne rozwiązanie. Jestem zdumiona tym, jak wiele można w ten sposób załatwić spraw. Moja uczciwość przejawia się też w tym, że nie udaję, że wszystko wiem, tylko wręcz odwrotnie. Z tego też powodu jestem wdzięczna Sile Wyższej, że ona wie lepiej ode mnie.

Wartości c.d.

    Trzeźwość dla mnie nieodłącznie wiąże się z trzeźwym myśleniem. A nie jest to jednoznaczne. Można być trzeźwym i myśleć jak pijany. Współuzależnienie ułatwia takie stany. Można być pod wpływem alkoholu i nie zatracić trzeźwego osądu sytuacji i zachowywać się nad wyraz przytomnie. Na pewno inne spojrzenie ma na to osoba uzależniona i dla niej trzeźwość będzie oznaczała abstynencję. Ja widzę to inaczej. Dla mnie wiąże się to z dążeniem do przytomności w każdej chwili. Oczywiście nie jest to permanentnie możliwe. Chodzi mi o intencję, by być obecnym trzeźwo w tu i teraz. W tym celu dbam o to by być w dobrym kontakcie z sobą i otoczeniem.

    W tym celu między innymi medytuję, dbam o siebie i o relacje z bliskimi. Wiążę to z odpowiedzialnością za siebie. Zdarza mi się spożywać alkohol, lecz nie lubię go nadużywać. Trzeźwe myślenie jest dla mnie wartością, której świadoma stałam się stosunkowo niedawno. Wiem, że dążenie do ciągłej euforii i stanu radosnego uniesienia odbiera mi tę zdolność. Zaczęłam doceniać spokój i smutek, a przestałam się ich bać gdy odkryłam, że wspomagają trzeźwe myślenie.

    Z natury jestem osoba towarzyską i o pogodnym usposobieniu, jednak coraz bardziej doceniam stany odosobnienia i bycia samej ze sobą. To zdecydowanie sprzyja trzeźwemu myśleniu.

    Miłość to stan do którego dążą chyba wszyscy ludzie, a mam wrażenie, że każdy inaczej to definiuje. Na różnych etapach mojego życia co innego to oznaczało. Kiedyś bardziej chodziło o relację z mężem, potem doszły dzieci i pojęcie miłości zaczynało się komplikować. Współuzależnienie popchnęło mnie do szukania jej w religii i wtedy też poznałam miłość do Boga i współwyznawców, tzw. miłość agape. Jednak nie było wciąż we mnie miłości do siebie. Myślałam, że miłość własna jest przejawem egoizmu, a ja chciałam być tak altruistyczna, że skupiałam się na wszystkich poza sobą.

    Na terapii usłyszałam pytanie: Skoro jesteś głęboko wierzącą chrześcijanką, to jak pojmujesz Boże przykazanie „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego”? Zamurowało mnie i powoli zaczęłam pojmować, że to jest jak w pewnej reklamie z dawnych czasów jakiegoś serka. Tam pojawiał się taki tekst, „oddaję tobie, co kryję w sobie”. Z jakichś powodów zachował mi się w pamięci i od razu to połączyłam. Jak mogę dawać miłość, której nie mam? To w takim razie co mam? Co innym daję?

   W procesie terapeutycznym powoli, żmudnie dokopywałam się do wszystkich uczuć i byłam coraz bardziej przestraszona, co będzie na końcu? Bałam się, że to nienawiść do ojca, ale okazało się, że jak wyrzuciłam cały żal, wstyd, poczucie winy, złość i wstręt, to na samym końcu jak już zwątpiłam, to okazało się, że jest we mnie całe mnóstwo miłości zarówno do siebie jak i ojca. Jak sobie przebaczyłam, to zaczęłam wszystko inaczej widzieć i czuć. Odkryłam miłość uniwersalną, bez dzielenia jej na członków rodziny, męża, przyjaciół, współwyznawców, Boga, świata itd. Okazało się, że miłość to miłość i już. Jak ją poczułam w stosunku do siebie, to przeniosłam ją na wszystko co mnie otacza. Nie chcę by brzmiało to patetycznie, bo nie jestem anielicą, która nieustannie emanuje tą miłością. Żyję normalnie i jak każdy wkurzam się, mam niskie pobudki, których się wstydzę, mam całe mnóstwo wad, ale to nie przeszkadza mi akceptować siebie z całym dobrodziejstwem inwentarza i mieć dla siebie miłość; dla innych także.

    Niedawno miałam przypadek, gdy klientka ulotniła się nie płacąc za usługę. Kiedyś bym się wściekała, złorzeczyła i przeklinała. A teraz o dziwo byłam zupełnie spokojna i nawet dziewczynie współczułam, że musi się uciekać do takich sposobów. Podarowałam jej tę stówę w myślach, w nadziei że kiedyś odtworzy jej się w pamięci nasza rozmowa o syndromie DDA i odnajdzie siebie i trafi na jakaś grupę. Tak dziś przejawiam miłość. To dla mnie bardziej komfortowe od prowadzenia rachunku krzywd. Może to i naiwne, lecz wierzcie, dużo łatwiej mi tak żyć.

Wartości c.d.

    Przyjaźń miała dla mnie od zawsze duże znaczenie. Jako dziecko marzyłam o niej i nie dane mi było jej zaznać. Miałam koleżanki, nie byłam odludkiem, ale z nikim nie łączyła mnie przyjaźń. Z koleżankami spotykałyśmy się często, jednak po jakimś czasie te znajomości rozpływały się. Prawdopodobnie bywałam rozczarowana, ale chyba nie dopuszczałam tego uczucia do głosu. Pod koniec szkoły podstawowej zaangażowałam się w relację z koleżanką z klasy równoległej i razem postanowiłyśmy stworzyć klub w piwnicy w bloku, w którym mieszkała. Byłam zachwycona tym projektem, z oddaniem zaangażowałam się w prace porządkowe. Fajna była to zabawa i miałam wrażenie, że zostajemy przyjaciółkami. Miałam do tego podstawy, gdyż bywałam w jej domu i czułam się tam mile widziana także przez jej rodziców. Jej tata był lekarzem i wizyty w tym domu miały znaczenie dla mojego rozwoju, gdyż zdarzało mi się z nim rozmawiać i bardzo to lubiłam. Klub w piwnicy przez jakiś czas działał i nawet było fajnie. Rok szkolny dobiegł końca, a my byłyśmy umówione, że w czasie wakacji przyjadę do niej na urodziny.

    W czasie wakacji wyjeżdżałam z rodzicami i pomagałam w ich biznesie sezonowym. Na te urodziny to przyjechałam specjalnie i kupiłam kwiaty i prezent. Szłam z radością, że spotkamy się po długim czasie. Pod blokiem już słyszałam głosy i dźwięk muzyki dochodzące z otwartego okna. Dzwonię do drzwi i ku mojemu zdziwieniu otwiera jej mama i mówi, że jej nie ma, gdyż wyjechała. Byłam tak zaskoczona, że zatkało mnie. Odwróciłam się i odeszłam i nigdy nie dowiedziałam się o co tak naprawdę w tym chodziło. Spotkałam ją po latach i rozmowa z nią uzmysłowiła mi, że nie byłam dla niej tym, kim ona dla mnie.

    Szkoła średnia obfitowała w mnóstwo znajomości. Byłam dosyć aktywna i miałam dużo koleżanek i podobnie jak w tamtym przypadku bardzo się angażowałam, ale żadna z nich nie przeszła w przyjaźń. Nie czułam się samotna, ale miałam potrzebę bycia z kimś blisko, komu mogłabym o wszystkim powiedzieć. Taką rolę pełniły pamiętniki, a koleżanki pozostały koleżankami do dzisiejszego dnia.

    Po skończeniu szkół gdy zaczęłam pracować, no swej drodze zawodowej spotkałam jedną z koleżanek ze szkoły podstawowej. Zaczęłyśmy się spotykać i polubiłyśmy się. Bardzo się starałam i doceniałam tę przyjaźń. Byłam na każde jej skinienie, zaangażowałam się bez reszty, rozmawiałyśmy o wszystkim, tak przynajmniej mi się wydawało, szczerze i bez zahamowań. Przyjaźń trwała kilka lat i jakież było moje zdziwienie gdy wyjechała do rodziny za granicę i po paru miesiącach z listu dowiedziałam się, że zostaje tam na stałe. Byłam zrozpaczona, bardzo tęskniłam i przeżywałam żal po stracie, gdyż ona nie rozumiała jak ważny był dla mnie kontakt z nią i w jednym z listów napisała bez ogródek, że nie chce jej się pisać listów. Długo nie mogłam się z tego otrząsnąć i bardzo to przeżywałam. Potem już nie było tak samo i ilekroć przyjeżdżała i spotykałyśmy się, widziałam podobnie jak w poprzednim przypadku, że ja nie byłam dla niej tym samym, co ona dla mnie.

    Dzisiaj wiem, ze moje podejście do przyjaźni wynikało ze współuzależnienia jakie wyniosłam z domu. Nadmierne zamartwianie się o innych i poświęcanie się bez reszty  nie przysparza przyjaciół, pomimo iż są to dobre cechy. Więc w czym rzecz?

    Pierwsza terapia zwróciła moją uwagę na siebie i swoje potrzeby. Jak nauczyłam się je zaspokajać to łatwiej mi było rozumieć innych i przestałam mieć wygórowane oczekiwania wobec przyjaciół. Nie ma opcji by ktoś lepiej ode mnie wiedział jak zaspokajać swoje potrzeby. Dopóki ich nie znałam, to bardzo pragnęłam ich zaspokojenia, bo one się tego domagały. Tak już jest z potrzebami i dopóki nie jesteśmy ich świadomi, to oczekujemy zaspokojenia jak dziecko. Myślę, że na relacje z koleżankami przenosiłam swoje zachowania z domu i nie każdemu one musiały odpowiadać.

    Gdy zrozumiałam, że za zaspokojenie swoich potrzeb jestem odpowiedzialna ja sama, zaczęłam inaczej żyć i inaczej podchodzić do relacji z ludźmi. Nagle okazało się, że mam przyjaciół którzy zabiegają o moje towarzystwo. Dzisiaj nie oczekuję dozgonnej przyjaźni i wdzięczności za swoje poświęcanie, gdyż zamiast poświęcać się, zaczęłam z ludźmi się dzielić. Wygląda to tak, że daję swój czas i uwagę bez oczekiwania wzajemności ale robię to wtedy, gdy swoje sprawy mam ogarnięte, a nie tak jak kiedyś, że rzucałam wszystko i leciałam jak karetka pogotowia na sygnale, by ratować komuś życie. Moim relacjom przestało towarzyszyć poczucie misji, a bardziej jest to proces wymiany między dwiema równowartościowymi osobami. Czuję się tak samo wartościowa jak każdy inny człowiek i to samo myślę o innych, że są równie jak ja wartościowi. Jednak wiem, że nie wszyscy muszą się zachwycać mną i ja również nimi.

    Odkąd mam robry kontakt ze swoimi uczuciami, to one mi mówią z kim mi po drodze, a z kim niestety nie. Przyjaźnie bywają krótkotrwałe i długoterminowe. Nieraz czuję się w przyjaźni z kimś obcym i przygodnie spotkanym. Wystarczy szczera rozmowa i wymiana doświadczeń i robi się ciepło na sercu z obcą osobą. Przestałam kategoryzować czy ktoś jest, czy nie jest przyjacielem a bardziej czuć, czy jestem w przyjaźni czy nie. Nawet nie staram się tego nazywać, bo to bywa płynne. Dzięki takiemu podejściu nie przeżywam rozczarowań, a mam uczucie, że otacza mnie przyjazny świat, który mi sprzyja w moich poczynaniach. Wiem na pewno, że przyjaciółmi są: mój mąż i dzieci a także ludzie spotykani we wspólnocie a i bywa, że niektórzy z moich klientów pomimo iż zachowujemy formę „per Pan/Pani”.

    Często bywa, że przez jakiś czas łączy mnie z kimś wspólny cel, a potem drogi się rozchodzą albo widzę się z kimś raz na kilka lat i nadal jest to przyjaźnią. Staram się dbać o relacje z przyjaciółmi, dążąc do równowagi w dawaniu i braniu. Już wiem, że nadmierne dawanie i wręcz poświęcanie się jest manipulacyjne i przemocowe. We wszystkim musi być równowaga, zarówno w dawaniu jak i przyjmowaniu.

c.d.n.