Szok – pierwszy element przeżywania żalu po stracie

    To silna reakcja organizmu, która odcina od pełnego odczuwania bólu, a daje energię do działania. W tym stanie, miałam jeszcze dużo siły. Porządkowałam rzeczy syna płacząc i wiedząc, że ostatni raz piorę jego ubrania, ostatni raz czuję jego zapach, że ostatni raz je prasuję i układam. Większość od razu porozdawałam rodzeństwu i przyjacielowi.

    W szoku można załatwić wiele spraw będąc niejako odciętym od przeżywania bólu. Pracowałam niemalże cały czas ciesząc się chwilami, gdy mogłam głowę zająć czymś innym niż śmierć syna. Trudno było zaleźć osoby, które nie usłyszały o tym wypadku, więc gdy trafiła mi się klientka z terenu nie wiedząca o mojej tragedii, to nic jej nie powiedziałam i zachowywałam się jakby nic się nie stało. Czułam, że ją oszukuję ale chęć bycia w iluzji, że jest jak dawniej była silniejsza. Przez dwie godziny mogłam udawać, że nic się nie wydarzyło. Wtedy jeszcze można było.

    Przez kilka dni musieliśmy czekać na sekcję zwłok i dopiero po pięciu dniach był pogrzeb. Gdy ciało zostało wydane miałam pomysł, że chcę go ubrać do trumny ale wyperswadowano mi to. Wizyta w kostnicy była dla mnie kolejnym szokiem. Trudno było mi pogodzić się z tym, że jego piękne i jeszcze tak niedawno pełne energii ciało, leży martwe i zimne. Nie mogłam zrozumieć dlaczego jest tak zimne i twarde jak kamień? Po trzech miesiącach dotarło do mnie, że było przechowywane w chłodni i było zamarznięte. Na dworze były upały i była pełnia lata. Jego włosy były jak puch i nienaturalnie ułożone do góry. Zaczęłam je przygładzać tak, jak zawsze się czesał. Wtedy poczułam, że jego głowa jest z tyłu uszkodzona, zauważyłam też, że ma makijaż przykrywający otarcia naskórka a noga leży krzywo bo jest złamana. W szoku gorzej się myśli ale łatwiej przyjmuje fakty. Wszystko dzieje się jakby obok, za jakąś gruba szybą.

    W domu było dwóch małych chłopców, naszych wnuków. Oni nie rozumieli do końca co się dzieje. Młodszy miał półtora roku a starszy cztery lata. Malcy widząc jak dorośli się rozsypują, zaczęli stawać na rzęsach by przywrócić w systemie równowagę. Starali się odwrócić naszą uwagę od strasznej rozpaczy, która wciąż jeszcze mieszała się z szokiem. Młodszy nie potrafił jeszcze mówić chociaż już od jakiegoś czasu próbowałam go nauczyć paru słów. Jednak jak zobaczyłam, że uczynił wielki wysiłek i powiedział całe zdanie: babciu daj żelka, to zrozumiałam jak bardzo chce przywrócić stan normalny sprzed wypadku. Ja wtedy trochę oprzytomniałam, że muszę wziąć się w garść. On długo jeszcze nie mówił i to był incydent. Drugim takim wydarzeniem sprowadzającym mnie na ziemię był pogrzeb. Starszy wnuk chciał koniecznie iść ze mną. Trzymałam tę małą rączkę w swojej dłoni i przed wejściem na cmentarz , widząc dużą ilość ludzi powiedziałam sobie, że muszę wziąć się w garść i zapięłam wewnętrzny skafander aż po czubek głowy. Wykorzystałam umiejętność zamrażania emocji. W szoku wszystko jest możliwe, mamy wtedy duże zasoby energii. Czułam się odpowiedzialna za wnuka i nie chciałam by się bał.

    Na cmentarzu pierwszy raz poczułam czym jest dobroczynna energia od drugiego człowieka płynąca ze szczerego współczucia. Wyraźnie to poczułam od czterech osób. Przytulona w ich ramionach czułam jak ich energia mnie zasila i daje moc by to przetrwać. Poczułam też mnóstwo uścisków dłoni pełnych życzliwości ale też i podania dłoni bez energii, jakby w nich nie było życia. To dziwne uczucie, pierwszy raz tego doświadczyłam. W tym początkowym czasie doświadczałam nieustannej ambiwalencji uczuć. W szoku energia kotłuje się i dużo się dzieje. Trudno to ogarnąć a jeszcze trudniej opisać. Lekarz zapisał mi i mężowi leki ale ja po paru dniach postanowiłam, że sama stawię temu czoła i chcę to przeżyć bez znieczulenia.

    To był dopiero początek i nie zdawałam sobie sprawy, jak długa droga czeka mnie do końca żałoby. Głowę miałam wypełnioną wiedzą i starałam się przejść przez wszystkie fazy żałoby jak należy. Jaka byłam naiwna myśląc, że jest to sprawa rozumu i dyscypliny wewnętrznej. Nikogo nie chciałam obciążać swoim cierpieniem a naraziłam się na opinię, że „po niej nic nie widać”. Wychodząc na ulicę byłam przerażona a to uczucie nasilały reakcje ludzi nie wiedzących jak się zachować wobec mojej tragedii. Zdarzyło się, że ktoś udawał, że mnie nie widzi, albo robi jakieś miny świadczące o współczuciu. Jako psycholog wiem jak to trudne dla ludzi, i że mają prawo nie wiedzieć jak się zachować. Jako człowiek w żałobie byłam strasznie samotna w swoim bólu i przerażona nie wiedząc co począć. Jak z tym żyć?

    Po paru dniach, jak mąż i starszy syn chodzili i załatwiali sprawy formalne w urzędach i w prokuraturze i na policji i w zakładzie pogrzebowym, dotarło do mnie, że dla nich też jest to trudne. Syn zaczął mówić przez sen i synowa zaczęła się niepokoić. Swoim zwyczajem „wzięłam się w garść”. Starałam się jakoś żyć, chociaż nie bardzo wiedziałam jak?

c.d.n.

The following two tabs change content below.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.