Depresja

Życie po stracie długo przypomina funkcjonowanie robota. Wiele rzeczy robi się automatycznie. Znacznemu zubożeniu podlegają funkcje intelektualne. Miałam długo trudności z myśleniem, uczeniem się i zapamiętywaniem. Czułam się w jakiś sposób upośledzona. Słabości fizycznej towarzyszyła słabość psychiczna. Na wiele spraw nie miałam siły i ochoty. Szukałam dla siebie źródła energii i ukojenia bólu który towarzyszył i w dzień i w nocy. Poranne chodzenie z kijami stało się koniecznością. Któregoś razu zmieniłam trasę i weszłam na ścieżkę rowerową, nie zdając sobie sprawy, że tą ścieżką syn wracał z pracy do domu. Coś mnie ciągnęło na tę ścieżkę i w jakiś dziwny sposób czułam tam jego obecność. Po paru miesiącach zorientowałam się, że on tamtędy jeździł. Naprawdę z myśleniem miałam problemy.

Któregoś razu będąc na ścieżce poczułam jak zaczyna mi mocno bić serce. Nie rozumiałam tego ale czułam narastający niepokój, aż zaczęłam się bać. Postanowiłam tym razem zmienić trasę i poszłam w innym kierunku. Uspokoiłam się i szłam sobie dalej beż żadnych niespodzianek. Po przyjściu do domu zaczęłam się zastanawiać o co mogło chodzić z tym strachem. Gdy zajrzałam do kalendarza zorientowałam się w czym rzecz i wszystko stało się jasne. To była pierwsza rocznica śmierci syna. Nie potrafię wytłumaczyć tego, ale tak było.

Przez bardzo długi czas nie mogłam chodzić na cmentarz. Wiedziałam, że tam go nie ma. Jego zwłoki w grobie nie były żadnym powodem, by tam chodzić. W jakiś dziwny sposób czułam jego obecność na polach, na otwartej przestrzeni. Widząc wschodzące słońce czułam się znacznie lepiej, jednak depresji nijak nie dało się uniknąć.

Zaczęłam mieć problemy ze spaniem, ciągłe zmęczenie dawało mi się we znaki. Musiałam pracować, więc zaniedbywałam obowiązki domowe. Na szczęście miałam kogo prosić o pomoc w utrzymaniu porządku i czystości w domu. Smutek, tęsknota i płacz towarzyszyły mi nieodmiennie przez długi czas gdy byłam sama i nie musiałam nakładać maski. Moja przyjaciółka będąca naturoterapeutką zrobiła mi kilka zabiegów oczyszczających i uwalniających od napięć w karku. Poczułam się trochę lepiej, ale to nie był jeszcze koniec. Zaczęłam jeździć do homeopaty, który jest jednocześnie irydologiem, tzn. że diagnozuje z tęczówki oka. Powiedziałam mu o jakichś dolegliwościach w jamie brzusznej i o puchnących nogach, ale on powiedział, że to wszystko jest nic w porównaniu z tym, w jakim stanie jest mój układ nerwowy. Powiedziałam, ze rok wcześniej straciłam syna i stało się wszystko jasne skąd taki stan. Zapisał mi kilka buteleczek różnych kropli i zaczęłam je sumiennie stosować.

Po tygodniu poczułam wyraźną różnicę, zaczęłam wracać powoli do świata żywych. Miałam świadomość, że po takim przeżyciu mogę wcześniej czy później mieć problemy natury nie tylko psychicznej, ale także zdrowotnej. Po tych kroplach czułam się coraz lepiej i postanowiłam, że będę się u tego człowieka leczyć. Od tamtej pory jeżdżę raz na kwartał po kolejne kropelki i cieszę się dobrym zdrowiem i coraz większą energią. Jestem dosyć systematyczna w braniu kropelek, tym bardziej, że w odróżnieniu od lekarstw, nie mają skutków ubocznych. Z czasem zaczęłam się wysypiać i nawet jeżeli w nocy się wybudzałam, to szybko zasypiałam i problemy z bezsennością skończyły się.

Bardzo mocno w tym czasie ograniczyłam swoje kontakty. Rzadko wychodziłam z domu. Unikałam miejsc publicznych, gdzie jest dużo osób, zwłaszcza w swoim  miejscu zamieszkania. W obcych miejscach nie przeszkadzali mi ludzie. Najbardziej jednak lubiłam samotność w zaciszu domowym. Izolacja jest charakterystyczna w czasie przeżywania żalu po stracie. Do tego doszły kolejne straty, zmarło dwoje moich bliskich znajomych i ich także opłakiwałam.

Dotarło do mnie, że tak szybko to się nie skończy. Przysłowiowy rok żałoby to jakiś symbol czy mit. Ze mną to nie miało nic wspólnego. Nie nosiłam czarnego koloru, bo wydawało mi się, że jeszcze bardziej mnie pogrąży w rozpaczy i bezsilności. Bywało, że śmiałam się i cieszyłam. W międzyczasie odczuwałam także chwile szczęścia, chociażby wtedy, gdy towarzyszyłam córce podczas jej porodu i witałam przychodzącą na świat wnuczkę. Oszalałam na jej punkcie, spędziłam z nimi miesiąc czasu robiąc sobie przerwę w pracy. Cały czas jednak gdzieś z tyłu czaiły się: depresja z tęsknotą i samotnością. To dziwne uczucie samotności wśród bliskich było mi dotąd obce. Teraz poznałam je i doświadczyłam. Uczyłam się żyć na nowo.

c.d.n.

Poszukiwanie ulgi w cierpieniu

Cierpienie nie ustępowało pomimo upływu czasu. Do uczucia pustki, tęsknoty, żalu i smutku doszło jeszcze cierpienie fizyczne. Ból karku i ramion towarzyszył mi coraz intensywniej i pozbyłam się go dopiero po trzech latach. Szukaliśmy dla siebie aktywności poza miejscem zamieszkania, gdzie nikt nie wiedział o naszym cierpieniu. Wtedy pierwszy raz trafiłam na ustawienia systemowe.

Nikt nie wiedział, że jestem w żałobie, gdyż nie ubierałam się na czarno i nie mówiłam o tym, a jednak tak się działo, że wybierano mnie do ustawień, gdzie była do przeżycia jakaś strata. Do niektórych ustawień sama wchodziłam, jakby mnie coś wciągało. Pamiętam, że kiedyś byłam utraconą nogą, której właściciel ustawienia nie opłakał, gdy ją stracił. Miał protezę, którą zdejmował podczas ustawień i stawiał obok krzesła. Innym razem zostałam wybrana na matkę, która straciła dwoje dzieci i nie miała kiedy ich opłakać, bo rodziła następne. Na początku nie wiedziałam kim jestem, dopiero jak padłam na kolana przed dwojgiem ludzi skulonych na podłodze, co zazwyczaj reprezentuje nieżyjące osoby, zaczęłam zanosić się płaczem. Płakałam długo i intensywnie. Jedno z dzieci, jak później się okazało chłopiec, zaczęło mnie tulić. A ja płakałam za tę kobietę i za siebie. Pierwszy raz mogłam swobodnie wyrazić swoją rozpacz publicznie bez zahamowań. Opłakiwałam swego syna i tej kobiety. Było mi z tym dobrze. Wiedziałam, że będę tam wracać.

Jednak wtedy jeszcze nie rozpoczęłam swojej przygody z ustawieniami. To była mała próba tego, co dają ustawienia. Czułam się po nich odprężona i pełna energii, jednak czekała mnie jeszcze depresja przed którą nijak nie dało się uciec, tym bardziej, że nie chciałam brać leków. Zdecydowałam się na kontynuację  nauki i rozpoczęłam kurs zawodowy II stopnia Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach (TSR). O tym pisałam w ubiegłym roku. Na kursie mieliśmy też pracę z pacjentem w żałobie. Byłam w dobrym miejscu i mogłam być królikiem doświadczalnym, na którym grupa pracowała, a ja czułam się zaopiekowana profesjonalnie. Kurs trwał kilka miesięcy i jak tylko się skończył wróciłam do ustawień. Powoli dojrzewałam do kolejnego kursu, tym razem rocznego z ustawieniami.

Pisałam już o tym wcześniej ale powtórzę. Bardzo ważnym miejscem była dla mnie grupa DDA, na którą zaczęłam wozić zainteresowane osoby. Pomimo iż sama już nie potrzebowałam terapii, dawało mi to duże zadowolenie, że mogę komuś pomagać. Zostałam wtedy rzecznikiem tej grupy i była ona dla mnie dużym wsparciem w procesie żałoby. Jeżdżenie było dla mnie wysiłkiem, tym bardziej, że zimową porą było już ciemno, a ja nie lubię prowadzić samochodu po zmierzchu. Jednak możliwość swobodnego mówienia o swojej stracie i akceptacja mojego stanu były dla mnie niezmiernie ważne. Na takich grupach nie ma tematów tabu. Wysiłek się opłacił, bo z tymi osobami dwa lata później założyliśmy kolejną grupę, bliżej naszego miejsca zamieszkania.

Próba zorganizowania życia

Nic nie było już takie samo jak przed śmiercią syna. Pomimo iż starałam się żyć i pracować, to nie mogłam oszukać rzeczywistości. Spinałam się do pracy, a potem zamierałam w bezruchu. Po pierwszej fazie szoku, zaczęłam stopniowo tracić energię. Jak byłam sama zamykałam okna, i wrzeszczałam w poduszkę z żalu, rozpaczy i bezsilności. Targała mną złość na siebie i  na syna. Byłam zła, że nie uważał. Zła, że nie nauczyłam go większej ostrożności i uwagi na drodze. Nie byłam jednak zła na kierowcę. Jemu współczułam, bo musi żyć ze świadomością, że zabił człowieka, a to nie była jego wina.

Przyjaciele jak zwykle starali się jak mogli, by dać mi wsparcie. Wyjeżdżaliśmy by być między ludźmi i żyć „normalnie”. Jednak nie miałam siły na normalne życie. Co jakiś czas widziałam kogoś, kto przypominał syna. Wypatrywałam go w każdym młodym człowieku. Wciąż miałam poczucie, że zaraz wyjdzie zza rogu i wszystko okaże się koszmarnym snem. Na jednym z takich wyjazdów chodząc po jarmarku, szukałam laleczki pacynki i znalazłam stoisko przy którym siedziała młoda kobieta karmiąca piersią maleństwo. Przebierałam w tych laleczkach i rozmawiałam z nią jak to dobrze jest karmić piersią. Sama karmiłam syna ponad dwa lata i rzeczywiście zdrowo się chował. Rozmowa była miła i serdeczna ale w pewnym momencie zapytała co teraz z tym dzieckiem… Zachowałam zimną krew i powiedziałam, że wyrósł na zdrowego młodzieńca ale szybko oddaliłam się i zaczęłam płakać. Poprosiłam przyjaciółkę by następnego dnia poszła kupić tę pacynkę, którą wybrałam.

Miałam potrzebę rozmawiania o nim, a nie każdy był na to gotów. Zazwyczaj rozmówcy szybko zmieniali temat albo nabierali wody w usta. A ja tak bardzo chciałam, by był obecny chociaż w rozmowie. Na szczęście wokół jest dużo ludzi, którzy stracili kogoś bliskiego i chętnie rozmawiają o tym, jak trafi się rozmówca. Temat śmierci jest tematem tabu dla tych, którzy nie przeżyli straty. Dostawałam jednak dużo wsparcia i zrozumienia od niejednokrotnie obcych osób. Moje doświadczenia z terapiami nauczyły mnie otwartości na wszystkie tematy i to mi się przydawało. Ludzie chętnie dzielili się ze mną swoim doświadczeniem i nadzieją.

Pierwsze miesiące były próbą normalnego życia, ale to nie było łatwe. Pamiętam jak musiałam pójść do urzędu by zmienić ilość mieszkańców zamieszkujących w naszym domu, by zmniejszyć opłatę za wywóz śmieci. Urzędnik zapytał dlaczego zmniejszam tę liczbę a ja odpowiedziałam, że syn nie żyje. Ta cisza jaka zapadła po tych słowach, wyła w mojej głowie jak wilk do księżyca. Z trudem się opanowałam i doniosłam swoją rozpacz do domu. Poza tym czułam się otępiała intelektualnie, miałam jak to nazywałam dziury w głowie. Nie ogarniałam wielu spraw i zapominałam o różnych rzeczach. Wyjechaliśmy na dwa tygodnie do przyjaciół za granicę, a oni zajęli się nami jak dziećmi specjalnej troski. Oboje znali uczucie straty bliskiej osoby. Byliśmy im bardzo wdzięczni za troskę jaką nam okazali i przyjmowaliśmy ją bez zahamowań.

Po powrocie jak zaczęła się jesień wpadłam na pomysł, by rano jak się obudzę iść z kijami na spacer. Jakoś moja intuicja podpowiedziała mi, że to będzie dobre i tak też się okazało. Prawie codziennie szłam o świcie w stronę wschodu słońca i czerpałam z tego widoku energię do życia każdego niemal dnia bez względu na temperaturę na dworze. Nie wychodziłam jedynie gdy padało. Ten zwyczaj mocno mi się zakorzenił i gdy po roku moja sytuacja nie pozwalała by codziennie wychodzić rano z kijkami, bardzo mi tego brakowało. Do dzisiaj jak tylko mam wolne ranki chętnie wychodzę na długie spacery.

Szok – pierwszy element przeżywania żalu po stracie

    To silna reakcja organizmu, która odcina od pełnego odczuwania bólu, a daje energię do działania. W tym stanie, miałam jeszcze dużo siły. Porządkowałam rzeczy syna płacząc i wiedząc, że ostatni raz piorę jego ubrania, ostatni raz czuję jego zapach, że ostatni raz je prasuję i układam. Większość od razu porozdawałam rodzeństwu i przyjacielowi.

    W szoku można załatwić wiele spraw będąc niejako odciętym od przeżywania bólu. Pracowałam niemalże cały czas ciesząc się chwilami, gdy mogłam głowę zająć czymś innym niż śmierć syna. Trudno było zaleźć osoby, które nie usłyszały o tym wypadku, więc gdy trafiła mi się klientka z terenu nie wiedząca o mojej tragedii, to nic jej nie powiedziałam i zachowywałam się jakby nic się nie stało. Czułam, że ją oszukuję ale chęć bycia w iluzji, że jest jak dawniej była silniejsza. Przez dwie godziny mogłam udawać, że nic się nie wydarzyło. Wtedy jeszcze można było.

    Przez kilka dni musieliśmy czekać na sekcję zwłok i dopiero po pięciu dniach był pogrzeb. Gdy ciało zostało wydane miałam pomysł, że chcę go ubrać do trumny ale wyperswadowano mi to. Wizyta w kostnicy była dla mnie kolejnym szokiem. Trudno było mi pogodzić się z tym, że jego piękne i jeszcze tak niedawno pełne energii ciało, leży martwe i zimne. Nie mogłam zrozumieć dlaczego jest tak zimne i twarde jak kamień? Po trzech miesiącach dotarło do mnie, że było przechowywane w chłodni i było zamarznięte. Na dworze były upały i była pełnia lata. Jego włosy były jak puch i nienaturalnie ułożone do góry. Zaczęłam je przygładzać tak, jak zawsze się czesał. Wtedy poczułam, że jego głowa jest z tyłu uszkodzona, zauważyłam też, że ma makijaż przykrywający otarcia naskórka a noga leży krzywo bo jest złamana. W szoku gorzej się myśli ale łatwiej przyjmuje fakty. Wszystko dzieje się jakby obok, za jakąś gruba szybą.

    W domu było dwóch małych chłopców, naszych wnuków. Oni nie rozumieli do końca co się dzieje. Młodszy miał półtora roku a starszy cztery lata. Malcy widząc jak dorośli się rozsypują, zaczęli stawać na rzęsach by przywrócić w systemie równowagę. Starali się odwrócić naszą uwagę od strasznej rozpaczy, która wciąż jeszcze mieszała się z szokiem. Młodszy nie potrafił jeszcze mówić chociaż już od jakiegoś czasu próbowałam go nauczyć paru słów. Jednak jak zobaczyłam, że uczynił wielki wysiłek i powiedział całe zdanie: babciu daj żelka, to zrozumiałam jak bardzo chce przywrócić stan normalny sprzed wypadku. Ja wtedy trochę oprzytomniałam, że muszę wziąć się w garść. On długo jeszcze nie mówił i to był incydent. Drugim takim wydarzeniem sprowadzającym mnie na ziemię był pogrzeb. Starszy wnuk chciał koniecznie iść ze mną. Trzymałam tę małą rączkę w swojej dłoni i przed wejściem na cmentarz , widząc dużą ilość ludzi powiedziałam sobie, że muszę wziąć się w garść i zapięłam wewnętrzny skafander aż po czubek głowy. Wykorzystałam umiejętność zamrażania emocji. W szoku wszystko jest możliwe, mamy wtedy duże zasoby energii. Czułam się odpowiedzialna za wnuka i nie chciałam by się bał.

    Na cmentarzu pierwszy raz poczułam czym jest dobroczynna energia od drugiego człowieka płynąca ze szczerego współczucia. Wyraźnie to poczułam od czterech osób. Przytulona w ich ramionach czułam jak ich energia mnie zasila i daje moc by to przetrwać. Poczułam też mnóstwo uścisków dłoni pełnych życzliwości ale też i podania dłoni bez energii, jakby w nich nie było życia. To dziwne uczucie, pierwszy raz tego doświadczyłam. W tym początkowym czasie doświadczałam nieustannej ambiwalencji uczuć. W szoku energia kotłuje się i dużo się dzieje. Trudno to ogarnąć a jeszcze trudniej opisać. Lekarz zapisał mi i mężowi leki ale ja po paru dniach postanowiłam, że sama stawię temu czoła i chcę to przeżyć bez znieczulenia.

    To był dopiero początek i nie zdawałam sobie sprawy, jak długa droga czeka mnie do końca żałoby. Głowę miałam wypełnioną wiedzą i starałam się przejść przez wszystkie fazy żałoby jak należy. Jaka byłam naiwna myśląc, że jest to sprawa rozumu i dyscypliny wewnętrznej. Nikogo nie chciałam obciążać swoim cierpieniem a naraziłam się na opinię, że „po niej nic nie widać”. Wychodząc na ulicę byłam przerażona a to uczucie nasilały reakcje ludzi nie wiedzących jak się zachować wobec mojej tragedii. Zdarzyło się, że ktoś udawał, że mnie nie widzi, albo robi jakieś miny świadczące o współczuciu. Jako psycholog wiem jak to trudne dla ludzi, i że mają prawo nie wiedzieć jak się zachować. Jako człowiek w żałobie byłam strasznie samotna w swoim bólu i przerażona nie wiedząc co począć. Jak z tym żyć?

    Po paru dniach, jak mąż i starszy syn chodzili i załatwiali sprawy formalne w urzędach i w prokuraturze i na policji i w zakładzie pogrzebowym, dotarło do mnie, że dla nich też jest to trudne. Syn zaczął mówić przez sen i synowa zaczęła się niepokoić. Swoim zwyczajem „wzięłam się w garść”. Starałam się jakoś żyć, chociaż nie bardzo wiedziałam jak?

c.d.n.

Strata

    Była pełnia lata. Czułam się szczęśliwa i spełniona. Właśnie obroniłam pracę magisterską i zastanawiałam się jak będziemy to świętować z rodziną i przyjaciółmi, którzy wspierali mnie przez cały czas nauki. Byliśmy też po odwiedzinach córki, która przyjechała z zagranicy na urlop. Takie chwile są dla mnie świętem. Były…

    Wszystkie dzieci razem. Braliśmy na ten czas urlopy i celebrowaliśmy ten czas. Siedziałam w ogrodzie jak królowa w swoim fotelu i syciłam się swoim szczęściem. Patrzyłam z radością na swoje piękne i zdrowe dzieci. Lubiłam te chwile gdy byliśmy razem, starsze dzieci opuściły już rodzinne gniazdo, został tylko najmłodszy, który też lada moment miał wyfrunąć. Przy okazji takich spotkań cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Z radością patrzyłam jak oni ze sobą potrafią się dogadać i widziałam ich zażyłość i przyjaźń. Dla matki to pełnia szczęścia. Te parę dni dostarczyło mi jak zwykle dużo radości.

   Córka wyjechała a ja przygotowywałam się do obrony magisterki. Po obronie mieliśmy w planach wyjazd na obóz sportowy z naszym najmłodszym synem. To miały być nasze ostatnie wspólne wakacje. Był po maturze i miał rozpocząć dalszą naukę. Normalne plany, zwyczajne życie…

    Ten dzień zapowiadał się jak każdy inny. Miałam dwa wyjazdy do klientek w terenie. jeden do południa drugi po południu. Jedno co mnie zastanowiło to fakt, że niemal obsesyjnie patrzałam przed maskę samochodu czy aby nikt mi pod nią nie wpadnie. Po powrocie z wyjazdu dopołudniowego miałam przerwę na spotkanie z siostrą i jej córką oraz maleńką wnuczką, której wcześniej nie widziałam. Cieszyłam się z tego spotkania i z nowego członka w rodzinie.Pomyślałam jak starzy ludzie: nowe dziecko w rodzinie, to ktoś może odejść. Miałam na myśli oczywiście seniorów po osiemdziesiątce, którzy od czasu do czasu odchodzą. Podczas robienia kawy nagle zaczęłam mieć zawroty głowy. Byłam zdziwiona tym i trochę rozbawiona, że czuję się jakbym była pijana a nie pamiętam kiedy piłam alkohol. W pewnym momencie przestraszyłam się bo zarzuciło mnie na ścianę i z trudem utrzymywałam równowagę.

    Siostra pojechała, mąż wrócił z pracy. Zjedliśmy obiad i czekaliśmy na syna. Miał przyjechać z pracy, którą podjął na czas wakacji. Jeździł rowerem i byłam o niego spokojna gdyż był najsprawniejszy z naszych dzieci. Trenował sztuki walki oraz inne dyscypliny. Był niezwykle zwinny i dobrze zbudowany. Byłam z niego bardzo dumna. Moje zawroty głowy nie ustawały i byłam pewna, że to stres po obronie teraz dopiero puścił i potrzebuję odpocząć. Byłam przepracowana w tym czasie. Postanowiłam zadzwonić do klientki, że nie przyjadę i przełożyłyśmy to spotkanie na następny tydzień.

    Starszy syn wszedł do naszego pokoju i zapytał o młodego, czy już wrócił z pracy. Odpowiedzieliśmy, że wciąż czekamy z obiadem. Był wypadek, powiedział. Nie wygląda to dobrze, dostał od kolegi sms-a. Wiedziałam od razu, że nie żyje. Nie wiem skąd, ale miałam pewność i powiedziałam do męża, żeby zadzwonił na pogotowie a po chwili powiedziałam, żeby lepiej zadzwonił na policję. Dyżurny, który odebrał telefon poinformował męża, że dwóch policjantów idzie do nas. Do ich odejścia trzymaliśmy rozpacz w sobie, potem już się nie dało. Ogarnęła nas permanentnie.

    Mój szczęśliwy świat rozpadł się momentalnie w drobny mak. Byłam rozsypana i bezsilna. Szok z rozpaczą mieszał się nieustannie. Bałam się wyjść z domu i dopóki to było możliwe nie wychodziłam. Mąż ze starszym synem załatwiali wszystkie formalności. Ja nie byłam w stanie. Córka ponownie przyjechała z zagranicy. Jej pracodawca powiedział, że pomimo iż wykorzystała już swój urlop, ma jechać i zostać z nami tak długo, jak będzie to potrzebne. To było wspaniałomyślne i bardzo potrzebne.

    Zapadłam się w swojej rozpaczy ale byliśmy wszyscy razem, ale jednak nie… Nie mogłam się doliczyć ilu nas jest… każde nakrywanie do stołu to było liczenie i nigdy nie wiedziałam ile nakryć przygotować, wciąż nie mogłam się doliczyć, myliłam się a jednocześnie odczuwałam jego obecność, że za chwilę wejdzie i że to tylko zły sen…Śmialiśmy się i płakaliśmy na przemian przypominając sobie różne zdarzenia.

    Po zebraniu wszystkich faktów ustaliłam, że moje zawroty głowy zaczęły się w chwili wypadku. Gdybym wtedy pojechała do klientki, to przejeżdżałabym obok miejsca wypadku i widziałabym jego charakterystyczny żółty rower i zwłoki leżące przy drodze. Po czasie dowiadywałam się od ludzi, co widzieli a ja tym samym dowiadywałam się jakiego widoku uniknęłam dzięki zawrotom głowy. Czemu to przypisać nie wiem. Można to interpretować na różne sposoby.

c.d.n.