Rytuał

    Tajemnica nie dawała mi spokoju. Chodziłam z nią i zaczęłam o niej rozmawiać z bliskimi. Każdy przyznawał, że moja reakcja jest zbyt duża na okoliczności w jakich następowała. Ja sama mam poczucie, jakbym wypuszczała bombę atomową na komara. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że tę energię mogłabym spożytkować na naukę, a nie na obronę przed wyimaginowanym wrogiem, bo moje ciało ewidentnie reagowało jak na zagrożenie życia. Skoro już nabrałam pewności, że to nie jest mój strach, tylko reakcja mojego ciała na jakąś starą, tajemniczą historię, która dostała mi się w spadku po przodkach, postanowiłam się od niej uwolnić.

    Zaczęłam myśleć o tej przestraszonej dziewczynce ze współczuciem. Jej już nie ma, więc sięgnęłam do swego zasobu związanego z przeżywaniem żałoby (powoli dojrzewam by opisać cały proces) i zaczęłam myśleć o jakimś rytuale, który pozwoli jej znaleźć spokój a mi uwolnić się od reakcji lękowej. Myślałam o jej przerażeniu i samotności, płakałam nad jej losem i starałam się nie myśleć o przyczynach i nie wchodzić w ocenianie jej domniemanych rodziców. Tak naprawdę nie wiem co było przyczyną. Wiem tylko jak silny to strach. Po swojemu modliłam się do Siły Wyższej by zabrała ten strach ode mnie i pozwoliła zaznać jej spokoju.

    Chodząc z tymi myślami wpadłam na pomysł by zapalić świeczkę i koniecznie granatową. Poszłam do sklepu i znalazłam piękną, ciemnoniebieską kulę. Zapaliłam ją i paliła się przez dwa dni. Nie pytajcie dlaczego akurat ten kolor, taki przyszedł mi do głowy. Przez ten cały czas widząc płomień myślałam o przerażonej dziewczynce ze współczuciem i miłością. Poprosiłam moich nieżyjących bliskich: syna i przyjaciół, by pomogli jej i mi rozstać się z tymi emocjami, gdyż dotyczą odległej przyszłości. Nie ma z nich dzisiaj żadnego pożytku. Poprosiłam by zaopiekowano się opuszczoną dziewczynką by zaznała w końcu bezpieczeństwa i miłości.

    Przyszedł czas na kolejną lekcję angielskiego. Dzień przed umówiłam się z kuzynką, że przećwiczymy co było na poprzednich lekcjach. Podukałyśmy trochę bez większego efektu i wczoraj poszłam na lekcję. Miałam nadzieję, że zapał wielu osobom przejdzie i będzie nas mniej, ale pomyliłam się. Było więcej niż poprzednio. Słuchałam, powtarzałam, nie nadążałam, myliłam się i odpowiadałam też poprawnie. Część ogarniałam, a części nie. I co?

    I nic. Tym razem czułam stres związany z nauką obcego języka, taki który mobilizuje do uważności i wysiłku. Taki zwykły, normalny, adekwatny do sytuacji stres. Nic ponadto kochani. Nie sparaliżowało mnie, obeszło się bez bólu ramion i migreny. Nawet czułam coś w rodzaju zadowolenia i postanowienia, że będę kontynuować i uczyć się nawet gdybym przez dłuższy czas nie widziała żadnych efektów. Jednak wiem i jestem pewna, że  końcowym efektem będzie umiejętność porozumiewania się w języku angielskim. Tak było z prawem jazdy, z jazdą na rolkach i ze statystyką. Do wszystkiego potrzeba czasu, cierpliwości, systematyczności i uporu. A ja te zasoby już posiadam i nie zawaham się ich użyć ;)

The following two tabs change content below.

Abilaki

Ostatnie wpisy Abilaki (zobacz wszystkie)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.