Zmiana pracy – zmiana picia

    Przyszedł czas na zmianę. Dostałam pracę w dużym mieście i wydawać by się mogło, że to dobra zmiana. Nic bardziej mylnego. Pracując na wsi chronił mnie mój gen społecznikowski i obowiązkowość. Dawałam z siebie wszystko pracując sumiennie i nie pozwalając sobie na alkohol w pracy.

    Nowa dyrektorka jest osobą niezwykle otwartą i stworzyła na pozór idealny zespół. Byliśmy niczym jedna wielka rodzina. Spędzaliśmy czas wspólnie po pracy, w weekendy i na wakacjach. Wspólnie gramy, bawimy się , tańczymy, pracujemy i …pijemy alkohol. Przyczyną było współuzależnienie dyrektorki, która miała męża alkoholika i nie widziała niczego złego w spożywaniu alkoholu na terenie szkoły (cechy współuzależnienia opisywałam na początku bloga kwiecień-czerwiec 2016). Zespół pił i ja zaczynam pić w godzinach pracy, co w żaden sposób nie jest usprawiedliwieniem, tylko pokazuje jak otoczenie szybko działa na jednostkę i jeżeli dodać do tego skłonność do uzależniania od środków psychoaktywnych, to mamy już obraz tego, jak łatwo wejść w nałóg nie będąc przysłowiowym menelem. 

    Jedna z koleżanek chętnie robi imprezy w domu, co miało uchronić jej męża przed wychodzeniem z domu i piciem na mieście. Uczę się pić na klina aby poradzić sobie z kacem przed pójściem do pracy. W konsekwencji coraz częściej idę do pracy pod wpływem alkoholu. Piję coraz częściej i coraz więcej. To, że byłam wolna i bez zobowiązań rodzinnych dawało mi przestrzeń i pozwalało na szwendanie się po alkoholu. Nosiło mnie, więc imprezowałam i piłam do imentu. Przez 5 lat miałam nieustanny karnawał. Dyrektorka nie widziała w tym problemu i nie miała nic przeciw takiemu zachowaniu. Jednak zaczynam się coraz bardziej upijać i zaczynam się tego wstydzić. Miałam świadomość tego, jak to wygląda z zewnątrz i zaczęłam się wycofywać z picia towarzyskiego.

    Przechodzę do podziemia i piję w samotności. W tym czasie jedna z koleżanek podjęła wysiłek by porozmawiać ze mną gdy byłam trzeźwa. Zwróciła mi uwagę, że inni wykorzystują moją otwartość i gotowość do mówienia tego co myślę. Podobnie jak w poprzedniej szkole stawałam się narzędziem manipulacji. Był dużo życzliwości w jej postawie i jestem jej za to wdzięczna, gdyż jako pierwsza zwróciła mi uwagę, że mój stan wymaga leczenia. Podsunęła mi pomysł, żebym gdzieś poszła z tym problemem i dała obietnicę, że pójdzie ze mną gdy będę tego chciała i potrzebowała. Ja jednak jeszcze nie widziałam potrzeby leczenia. Myślałam, że dam sobie radę sama i zaczęłam podejmować próby utrzymania abstynencji.

    Ta koleżanka była jedyną osobą z tego grona, która okazała mi autentyczną życzliwość i szczerość. Widziałam jej wysiłek żeby powiedzieć mi prawdę bez oceniania mnie. Jestem jej wdzięczna za tę rozmowę pełną delikatności i dobrej intencji. Widziała mnie taką jaka jestem, ze swoją wewnętrzną walką o uwagę i docenienie. To nieudolna walka, dziś wiem, wtedy inaczej nie potrafiłam. Ona potrafiła mnie docenić i dlatego podjęła ten wysiłek, jakże trudny by do mnie dotrzeć.

    Mama wielokrotnie mówiła to samo, ale nie tak samo. Nie chciałam jej słuchać, nie przyjmowałam tego, kłóciłam się z nią.  Macie swoje doświadczenie z próbą dotarcia do was? Lub odwrotnie, chcieliście komuś powiedzieć, że ma problem? Jak było? Znacie to uczucie? Porażka czy sukces? Mój przykład pokazuje, że warto podejmować takie wysiłki, bo nawet jeżeli nie pomaga od razu, to jednak jest to już pierwszy sygnał, który może kiedyś obudzić z letargu i skłonić do leczenia

    Mając trzydzieści dwa lata dostaję swoje mieszkanie i wyprowadzam się od mamy. Jestem całkowicie wolna i niezależna. Mogłoby się wydawać, że pełnia szczęścia. Jednak wcale tak nie było. Zaczynam dotkliwie odczuwać samotność. Ukrywam się ze swoim piciem i nadal mam urwane filmy i czuję się coraz gorzej. Tym bardziej, że po pijaku z samotności zaczynam dzwonić po ludziach a potem zapominać z kim o czym rozmawiałam. Zaczyna się koszmar podwójnego życia. Nosiłam maskę z coraz mocniejszym makijażem, by nikt nie zauważył wstydu i poczucia winy, z którymi nie potrafiłam się uporać. Wypijany alkohol już nie pomagał, tylko potęgował te uczucia. Byłam już zmęczona poczuciem klęski, samotności i cierpienia. Uciekałam z domu do ludzi a potem odwrotnie i nie znajdowałam ratunku. On przyszedł paradoksalnie z tragediami, od których zaczęłam swoją historię. Choroba, strach przed śmiercią, kontakt  z ludźmi ciężko chorymi i  umierającymi podziałał trzeźwiąco i w rezultacie uzdrawiająco.

c.d.n.

The following two tabs change content below.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.