Polubiłam swój strach, jest moim wybawicielem.

    Jakieś pół roku później wykryłam w swojej piersi guzek. Udałam się z tym do lekarza. Potem do następnego. Tak mam, że jestem niezwykle dociekliwa, więc skonsultowałam tę diagnozę z wszystkimi możliwymi specjalistami. To nie była złośliwa zmiana i myślałam, że obejdzie się bez operacji. Jednak chirurg powiedział mi, że operacja jest konieczna. Postraszył mnie, że jeżeli się jej nie poddam to czeka mnie umieranie w strasznych męczarniach. Bardzo się przestraszyłam takiej wizji i zdecydowałam się na operację, nie mając żadnych gwarancji, że uda się uratować pierś. Po operacji gdy wybudziłam się z narkozy pierwszą rzeczą jaka do mnie dotarła, to głos pielęgniarki mówiącej: dotknij swoich piersi. Byłam szczęśliwa, tym razem obeszło się bez kolejnej straty. W piersi był włókniak, którego usunęli nie uszkadzając mi piersi. Byłam przeszczęśliwa, tak bardzo bałam się kolejnej straty. Myślałam, że ta zła passa nigdy się nie skończy, a tu taka miła niespodzianka.

    Wydarzenia związane z jedną i drugą operacją, stratą ciąży i odejściem mężczyzny, którego kochałam, depresja, to wszystko spowodowało, że ten okres w moim życiu traktowałam jak najczarniejszą tragedię i niechętnie do tego wracałam. Jednak skoro postanowiłam rozliczyć się z przeszłością, to również i z tymi wydarzeniami. Bardzo się bałam, a teraz zaczynam na to wszystko patrzeć z innej perspektywy.

    Uświadomiłam sobie, jak bardzo pomocna w tym czasie była moja matka. Nie tylko, że wzięła mnie na pół roku do siebie, to jeszcze pomagała mi dotrzeć do najlepszych specjalistów. Uruchomiła wszystkie swoje znajomości, by mi pomóc. Ta historia pokazała mi również, że mój strach jest z tych, co napędzają do działania. Lęk o zdrowie i strach przed śmiercią były najlepszymi motywatorami by pokonać niemoc i depresję. Pobyt w szpitalu był dla mnie również dobrym doświadczeniem. Nie mogłam długo zrozumieć, dlaczego byłam tam tak dobrze traktowana, chociaż nie zapłaciłam ani złotówki i wszystkie wizyty były w ramach NFZ, żaden lekarz nie był prywatny. Pielęgniarki traktowały mnie bardzo serdecznie. Pamiętam jak kiedyś na oddział przyszła kobieta w ciąży a one zręcznie nią nawigując wyprowadziły tak, bym nie miała z nią kontaktu. Wiedziały o mojej depresji i  niedawnej stracie. Chroniły mnie przed przykrościami. Teraz widzę, jak dobrze się mną wszyscy tam opiekowali. Dla lekarzy byłam trudnym i ciekawym przypadkiem, ale też czułam ich serdeczność. jeden z lekarzy był dla mnie jak ojciec.

    Patrząc na to z perspektywy czasu zaczynam widzieć jaką byłam szczęściarą. Doświadczyłam tak dużej dawki serdeczności, opieki i troski co jest naprawdę ewenementem w naszej służbie zdrowia. Zauważyłam, że moim zasobem mimo wszystko jest walka o siebie, zdrowy instynkt samozachowawczy, dociekliwość, wytrwałość i determinacja. W tym całym nieszczęściu potrafiłam dzięki wewnętrznej dyscyplinie, myśleć racjonalnie i podjąć wszelkie niezbędne kroki by zadbać o swoje zdrowie. Robię to nawet nie mając nadziei na dobry rezultat. Tak mam i całe szczęście, że jestem karna, zdyscyplinowana i podporządkowana zasadom. Dzięki tym cechom byłam idealną pacjentką i teraz to widzę. Jestem też komunikatywna i dosyć dobrze uspołeczniona co pomogło polubić się z innymi pacjentkami i personelem. Byłam naprawdę traktowana wyjątkowo i teraz tak się poczułam. Dopóki rozpatrywałam ten czas z poczuciem krzywdy nie mogłam tego dostrzec, a teraz widzę, że jestem wyjątkowa i oryginalna i poczułam swoją wartość. Zupełnym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że depresja jest przejawem zdrowia. Uświadomiono mi, że każdy zdrowy człowiek doświadczając straty, przeżywa też depresję. Myślałam do tej pory, że depresja jest dowodem na moją gorszą jakość.

    Jakieś kolejne pół roku później podjęłam ostateczną decyzję o rozstaniu się z alkoholem i życiu w trzeźwości. Lęk przed śmiercią uświadomił mi, że jestem w stanie zapić się na śmierć, jak nie skończę tego teraz. Drugim argumentem była świadomość, że mama mogłaby nie przeżyć wstydu jaki ją czekał, gdyby jej córka tak skończyła. To były dobre dwa powody by podjąć leczenie. Po jakimś czasie dotarłam pierwszy raz do wspólnoty AA. Mój strach po raz kolejny uratował mi tyłek, z tego wnoszę, że jest to dobry strach i nie ma powodu by się go wstydzić czy wypierać. Jest mój i dobrze mi z nim.

    Gdy już odetchnęłam po powrocie do tych wspomnień, nagle pojawiła się przestrzeń na coś nieznanego dotąd. Pod koniec sesji terapeutycznej zaczęłam czuć silny ból ramion. To było jak duży ciężar. Potem zaczęłam myśleć o straconym dziecku i poczułam ogromny smutek i poczucie straty. Teraz dopiero mogłam dopuścić do głosu uczucia, które zostały stłumione wiele lat wcześniej. Ponieważ już wiem, że płacz jest zdrowy, pozwalam sobie na niego. Opłakuję żal po stracie nienarodzonego dziecka…

c.d.n.

The following two tabs change content below.

Abilaki

Ostatnie wpisy Abilaki (zobacz wszystkie)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.