Moje pierwsze ustawienie z terapeutą

Na ustawieniach byłam wiele razy jako obserwator i często byłam wybierana do różnych ról. Z perspektywy czasu widzę jak te role zmieniały się tak, jak zmieniałam się ja sama. Przez długi czas byłam wybierana na reprezentanta rozpaczy i śmierci. Potem przyszły role siłaczek, które dają radę i stają się wsparciem dla innych. Po jakimś czasie gdy ćwiczyliśmy w małych grupach ustawienia z rodzicami coś się zmieniło. Nagle zaczęłam być wybierana do ról dzieci, często małych i bezbronnych. Ja w tym czasie dałam sobie w końcu prawo do przeżywania żałoby i bycia słabą. Za pośrednictwem mojego wnuka zaczęłam interesować się Harrym Potterem. Najpierw to były wspólnie oglądane filmy a potem zaczęłam czytać książki. W jakiś sposób nadrabiałam zaległości z dzieciństwa. Nawet kupiłam sobie wielobarwny beret z pomponem. Był to mały kontrolowany i świadomy regres. Było mi z tym dobrze, nie miałam już siły na dźwiganie nie swoich ciężarów a zdarzało się, że rola bohatera rodzinnego wciąż gdzieś się odzywała. Porzuciłam ją z braku siły i byłam z tego powodu szczęśliwa. Trwało to kilka miesięcy. Był to czas gdy byłam pozbawiona energii i nie miałam sił na jakiś rozwój zawodowy. Wykonywałam niezbędne minimum i pomimo iż miałam pomysły to nijak nie mogłam ich realizować. W końcu odpuściłam.

Bywałam na różnych warsztatach i spotkaniach inspirujących. Owocem jednego z sympozjów dla kobiet biznesu jest ten blog. Usłyszałam od jednej z prelegentek, że zaczęła pisać bloga kiedy nie miała pracy i była  w czarnej d…e. Pomyślałam, że to dobry pomysł i że przecież nie muszę pisać o modzie ani o gotowaniu gdyż mam inną pasję i doświadczenie z terapiami. Zauważyłam już wcześniej, ze jak bywam sporadycznie już na grupach wsparcia Al – anon lub DDA/DDD i opowiadam jak wychodziłam ze współuzależnienia to początkujące osoby są podekscytowane i ciekawe jak to zrobiłam. Ponieważ wiem jak ważny jest przykład, bo ja też tego potrzebowałam, kogoś kto daje rady już tyle lat i nie wraca do starych zachowań dla tych co dopiero wkraczają na tę długą i krętą drogę a ja nie mogę już bywać tak często na grupach, postanowiłam to pisać. Każdy bierze z tego to, czego najbardziej potrzebuje w danej chwili a ja przy okazji porządkuję w swojej świadomości bieg wydarzeń. A przy okazji dzięki waszym komentarzom i mailom na priv mam ogromną radość, że nie idzie to w próżnię. Cieszę się,że młodzi ludzie wkraczają na drogę rozwoju i są świadomi swoich potrzeb i zaspokajają je. Cieszy mnie również to, że coraz mniejszy jest w ludziach lęk przed pójściem do psychologa. Coraz chętniej korzystają z takiej formy pomocy ludzie w różnym wieku, nie tylko przysłani przez rodziców ale także przez  dorosłe dzieci, które już są w terapii. Przestają się bać etykietki „nienormalności” i mają radość z możliwości rozwoju.Jestem mile zaskoczona gdy pojawiam się na jakichś nowych warsztatach a tam jest komplet uczestników i to nie początkujących tylko sporej części zaawansowanych w rozwoju osobistym.

Na jednym z ustawień postanowiłam ustawić swój symptom, który pojawia się tylko w określonym czasie. Otóż od lat jak tylko zbliża się wiosna coraz trudniej mi się oddycha. Mam duszności i nie mogę nabrać powietrza do pełna, tylko coś mi spina klatkę piersiową i nie mam pełnego oddechu. Jestem oczywiście zdrowa i ma to podłoże psychiczne. Nigdy nie brałam się za to wcześniej bo to zawsze przechodzi jak kończy się maj. Tak się zbiegło że w maju wyjeżdżałam na urlop w dniu w którym mieliśmy zajęcia z Re – wizji. Przyjechałam na zajęcia z bagażami bo naszym spotkaniu miałam pociąg. Znowu miałam duszności i postanowiłam rozstać się z nimi. Zgłosiłam się na ochotnika do ustawieniach na figurkach. Powiedziałam o co chodzi i że chciałabym już zawsze oddychać swobodnie i pełną piersią. Terapeuta zapytał czy mam jakieś hipotezy na ten temat. Miałam dwie, pierwsza kojarzyła mi się z 1 maja kiedy tata zawsze wracał pijany po pochodzie pierwszomajowym a potem to już była okazja za okazją. Maj jest pięknym miesiącem i najbardziej go lubię a z drugiej strony najgorzej wtedy się czuję. Jak byłam młoda zauważyłam, że w maju sama chętnie sięgałam po alkohol by zniwelować to uczucie duszności ale to nie pomagało. Drugim pomysłem na to skąd się to wzięło było nadużycie seksualne z dzieciństwa.  Przypuszczałam, że mogło to być w maju. Terapeuta polecił wybrać mi figurki reprezentujące mnie, rodziców każde z osobna i sprawcę nadużycia. Wyboru dokonuje się spontanicznie bez zastanawiania i ciekawe, że na mamę i siebie wybrałam małe figurki, dziecięce a mężczyźni byli duzi. Sprawca nadużycia był koloru czerwonego a tata zielonego. Ja byłam biała a mama żółta. Te figurki przypominają trochę klocki Lego. Można je zginać w kończynach i w pasie oraz obracać głowę. Swoją figurkę położyłam na plecach z głową zwróconą w stronę mamy, która stała po mojej prawej stronie, po lewej stał tata a na wprost sprawca. Terapeuta zbliżył do mnie sprawcę ale nic się nie wydarzyło, odwróciłam tylko taty głowę w stronę przeciwną do nas. Sprawca był mi obojętny i właściwie stwierdziłam, że nie ma już we mnie dawnych emocji i że to temat przerobiony na poprzedniej terapii.  Zapytał dlaczego mój tata ma odwróconą głowę a ja odpowiedziałam, że nigdy nie interesował się i był nieobecny gdy mi się przydarzyło coś złego. Były w tych słowach emocje. Wziął figurkę ojca i przybliżył ją do mojej. Zaczęło bić mi serce i zaczęłam mieć trudności z oddychaniem. Terapeuta widząc moja reakcję pyta co się dzieje, odpowiadam że bardzo boje się. Po chwili odsuwa figurkę i uspokajam się. Uczucie strachu mija i ze spokojem patrzę na figurki. Marek interweniuje terapeutycznie i mówi bym posadziła moją figurkę tak bym miała mamę za plecami i patrzyła na ojca stojącego w bezpiecznej dla mnie odległości. Terapeuta powiedział coś co spowodowało we mnie spokój i zrozumienie: prawdopodobnie tata musiał pić gdyż to było dla nas bezpieczniejsze, był wtedy dostatecznie daleko by nie stanowić dla nas zagrożenia. Jakkolwiek to może wydawać się bezsensowne i absurdalne to jednak podziałało. Duszności ustąpiły i będąc na urlopie oddychałam swobodnie. Po powrocie natomiast będąc z wizytą u rodziców i żegnając się już przy wyjściu z ojcem powiedziałam: cześć tatuś. Byłam bardzo zaskoczona tym co powiedziałam, gdyż nigdy w ten sposób nie zwracałam się do ojca. Zawsze to było: tato i nigdy inaczej. Tym razem wyrwało mi się spontanicznie tatuś, aż mnie zatkało ale i ucieszyło bo to oznacza, że coś się zmieniło.

c.d.n.

Sumienie jako zmysł równowagi

Bardzo ciekawym tematem, który porusza Gunthard Weber w swojej książce jest sumienie jako zmysł równowagi w związkach. Jest to swego rodzaju zmysł, który utrzymuje wewnętrzny ład i który działa automatycznie gdy robimy coś, co może zagrażać związkowi. Jest to wewnętrzny zmysł zachowania systemowego, który działa podobnie jak zmysł równowagi. Skoro tylko tracimy równowagę, nieprzyjemne uczucie towarzyszące upadkowi pomaga je odzyskać. Równowaga jest sterowana za pomocą uczucia przyjemności i nieprzyjemności.

W związkach obowiązują określone prawa. Jeśli je zachowuję, wolno mi pozostać w związku: wtedy czuję się bez winy i w stanie równowagi. Jeśli je łamię i zaczynam narażać trwałość związku, pojawiają się nieprzyjemne uczucia, które – działają jak odruch – zmuszają mnie do zwrotu w zachowaniu. Towarzyszy temu poczucie winy, które działa z reguły w związkach z innymi ludźmi. Sumienie przywiązuje nas do grupy od której zależy nasze przetrwanie, bez względu na stawiane przez grupę wymagania. Jego rolą jest czuwanie nad tym by związek danych ludzi trwał i jest odpowiedzialny za: więź, wyrównanie między braniem i dawaniem i ład. Związek może być udany gdy wszystkie te warunki zostaną spełnione. Więź nie może istnieć bez wyrównania między braniem i dawaniem ani bez zachowania ładu. Wyrównanie zaś nie nastąpi bez więzi i bez ładu a ładu nie będzie bez więzi i wyrównania między braniem i dawaniem. Sumienie reaguje na wszystko co umacnia lub osłabia więź z innymi. Dlatego mamy spokojne sumienie, gdy zachowujemy się tak, że naszej przynależności nic nie zagraża. Sumienie najbardziej wiąże nas z grupą wtedy, gdy jesteśmy na nią zdani a zarazem zajmujemy w niej niską pozycję. W rodzinie w tej sytuacji znajdują się dzieci. Z miłości dziecko jest gotowe oddać wszystko, nawet własne życie i szczęście, aby rodzicom i rodzinie mogło się lepiej powodzić. Dzieci realizują za swych rodziców czy dalszych przodków ich plany, pokutują za to czego nie popełniły, znoszą czego nie zawiniły, lub mszczą się za krzywdy rodziców w ich imieniu.Jednak gdy tylko uzyskamy władzę w grupie lub się uniezależniamy, osłabia się więź a wraz z nią osłabia się też wpływ sumienia. Słabi zaś pozostają sumienni i wierni – oddają się bez reszty bo są przywiązani. W zakładzie pracy są to prości robotnicy, w armii szeregowi żołnierze, a w Kościele – wierzący lud. Dla dobra silnych ryzykują – „sumiennie” – zdrowie, niewinność, szczęście i życie także wtedy gdy silni – w imię celów, które nazywają wyższymi – wykorzystują ich bez skrupułów. Ponieważ są przykuci do własnego systemu, mogą też być bez skrupułów wykorzystani przeciwko innym systemom.

Takie mechanizmy skądinąd dobre w zdrowych systemach zaczynają ulegać wypaczeniu gdy w systemie pojawia się dysfunkcja jak w przypadku rodzin gdzie alkohol zaczyna „grać pierwsze skrzypce”. Role się mieszają a dzieci przejmują na swoje wątłe jeszcze barki, ciężar odpowiedzialności należący do rodziców. Jak już wcześniej pisałam za Weberem, dzieci są zdolne poświęcić wszystko, nawet siebie. I nie jest to metafora, wciąż obserwuję ten mechanizm u dorosłych już ludzi, którzy wciąż jak to dziecko są w roli zbawcy rodziny i nie potrafią wyjść z tej roli i rozpocząć swoje życie. Mają trudności z określeniem swoich celów życiowych i nie bardzo wiedzą po co żyją. Sama doświadczałam takiego stanu. Pamiętam jak po skończeniu szkoły średniej nie chciałam iść dalej się uczyć pomimo dobrze zdanej matury. Nie chciałam też iść do pracy gdyż wydawało mi się, że najlepiej będzie jak zostanę w domu i będę wszystko koordynować, zarządzać i wszystko trzymać w swoich rękach. Długo żyłam w iluzji fałszywego poczucia mocy. Wydawało mi się, że beze mnie ta rodzina by się rozsypała. Byłam okropna, we wszystko się wtrącałam, chciałam decydować o życiu rodziców i rodzeństwa. Na szczęście moja mama w tym momencie okazała się przytomna i wysłała mnie na rozmowę kwalifikacyjną i dostałam pracę. Potem wyszłam za mąż i miałam swoją „grupę” ale i tak jeszcze długo żyłam sumieniem mojej rodziny pochodzenia. W tym blogu zaczęłam swoją historię od momentu kiedy pierwszy raz poczułam, że mogę żyć inaczej, że nie jestem niewolnikiem sumienia pierwszej mojej grupy – rodziny pochodzenia, ani nawet związku małżeńskiego gdy okazało się, że główną rolę odgrywa w nim alkohol.

Bardzo ciekawie Weber pisze o tym, że w swoim życiu pozostajemy w różnych związkach o sprzecznych interesach i należymy do różnych grup. Kto należał do różnych grup, ma w każdej z nich inne sumienie, a prawa więzi, wyrównania i ładu są w każ dym systemie inne. W grupie złodziei trzeba kraść, żeby mieć prawo do pozostawania w niej, a w innej grupie akurat tego nie wolno. W obu grupach słucha się równie żarliwie sumienia. Treść sumienia nie ma zatem nic wspólnego z dobrem lub złem, lecz z tym, jakie wartości są uznawane w danej grupie. Sumienie trzyma nas w grupie jak owczarek owce w stadzie. Gdy zmienia się otoczenie, sumienie – aby nas ochronić – zmienia barwę jak kameleon. Dlatego mamy inne sumienie wobec ojca i inne wobec matki, inne w rodzinie i inne w pracy, inne w grupie wyznaniowej, inne w knajpie. Co jednemu systemowi pomaga, innemu może zaszkodzić, a co nam w jednym zapewnia niewinność, w innym obciąża winą. I tak możemy stanąć za ten sam czyn przed wieloma sądami, z których jedni nas uniewinnią a inni skarzą. 

Stawianie na niewinność nie daje szans na powodzenie. Poczucie winy i niewinności to tylko środki pomocnicze pozwalające lepiej dawać sobie radę w związkach z innymi ludźmi. Nie chodzi o to, żeby być winnym lub niewinnym, lecz żeby zachowywać się odpowiednio do otoczenia. Rozwój osobisty może mieć miejsce tylko wtedy gdy człowiek wchodzi także do innych grup i doświadcza w nich innego działania sumienia. Aby móc pozostać w obu grupach, musi zdobyć nową orientację. Jeśli temu doświadczeniu towarzyszy świadomy wgląd i zrozumienie to prowadzi ono do rozwoju osobistego. Taki wgląd działa także jak sumienie ale sumienie innego rodzaju, mianowicie jako spostrzeganie rozleglejszych współzależności.

Ja bym dodała jeszcze od siebie, że wtedy działa nasze sumienie, które określa na ile jesteśmy wierni sobie. To nasz wewnętrzna busola określająca czy podążmy zgodnie z naszym celem. Bardzo jestem ciekawa Waszych refleksji na ten temat.

Równowaga w dawaniu i braniu

W książce pod redakcją Guntharda Webera „Terapia systemowa Berta Hellingera” czytamy, że szczęście zależy od ilości tego, co jest dawane i brane. Bardzo jest przy tym istotna równowaga między dawaniem a braniem. Szczęście w związku wiąże się z sumą wartości dawanych i branych. Zależność jest prosta: mały obrót, mały zysk. Im większy jest obrót, tym większe szczęście. Ma to jednak głębszą konsekwencję – wiąże jeszcze mocniej. Jeżeli pragniemy wolności, jesteśmy oszczędni w dawaniu i odwrotnie. Bogatej wymianie w dawaniu i braniu towarzyszy uczucie radości i pełni. Gdy wymiana przy dużym obrocie jest zrównoważona, mamy poczucie lekkości, sprawiedliwości, pokoju i niewinności.

Co się dzieje wtedy, gdy brakuje równowagi? Niektórzy bardzo lubią dawać i nie chcą nic w zamian. Z pozoru wydaje się to szlachetne, hojne i jest bardzo podziwiane, a w wielu sytuacjach wręcz pożądane. Nie pozwalają wręcz niczym się obdarowywać, jakby działali zgodnie z zasadą: lepiej żebyś ty czuł się zobowiązany, niż żebym ja miał się tak czuć. Jeśli ktoś daje, a nic w zamian nie chce, inni po jakimś czasie nic więcej od niego nie przyjmą. Taka postawa nie sprzyja związkowi, ponieważ tylko dając okazuje się drugiej osobie wyższość i odmawia partnerstwa. W związkach jest niezwykle ważne, by nie dawać więcej, niż jest się gotowym wziąć i nie więcej, niż druga strona jest w stanie dać. Przykładem może być sytuacja, gdy starszy mężczyzna, który przyszłość ma za sobą poślubia kobietę, która ma jeszcze wszystko przed sobą. Kobieta zazwyczaj mści się na mężczyźnie, a on wiedząc, że to jej prawo nie będzie się bronił. Lub gdy bogata kobieta opłaca mężczyźnie studia, on ją opuszcza, gdy je ukończy, bo nie ma szans na wyrównanie, chyba, że spłaci wszystko co do grosza. Wtedy znów jest wolny, a związek będzie się dalej rozwijał. 

Drugim powodem braku równowagi jest odmowa przyjmowania. Niektórym wydaje się, że zachowają niewinność, jeżeli będą odmawiać przyjmowania. Nie czują się wtedy zobowiązani i mają złudne poczucie, że są kimś szczególnym lub lepszym. Jednak to też nie jest dobre rozwiązanie. Żyją na pół gwizdka, odczuwają pustkę i niezadowolenie. Taką postawę można zaobserwować u osób cierpiących na depresję. Ich wzbranianie się przed braniem odnosi się najpierw do któregoś z rodziców, a później jest przenoszone na inne związki i dobre rzeczy tego świata. Niektórzy nie biorą, żeby nie musieli dawać i znajdują się w sytuacji patowej. Bez brania nie ma przepływu energii, a tym samym szczęścia.

Szczególnym przypadkiem braku równowagi między dawaniem i braniem jest związek, w którym jedna ze stron ma jakąś „skazę”. Przykładowo, związek, w który kobieta wnosi nieślubne dziecko. Powinna poślubić kogoś, kto również ma jakąś „ułomność”, wtedy mogą być szczęśliwi. Jeśli jednak on będzie „nieskazitelny”, to żona z czasem zacznie odczuwać złość, ponieważ nigdy nie będzie mogła mu dorównać. Dlatego niech dobrze sprawdza ten, kto się na wieki wiąże.

Kiedy wyrównanie nie jest możliwe? Zupełnie inaczej niż w partnerstwie rzecz się ma pomiędzy rodzicami, a dziećmi. Dzieci nie mogą rodzicom zwrócić nic równie wartościowego jak to, co dostały. Chętnie by to zrobiły, ale nie jest to możliwe, tej różnicy nie da się zniwelować. Co prawda rodzice też coś dostają od dzieci, lecz braku równowagi w tej relacji nie da się całkowicie usunąć. Można jedynie złagodzić. Dzieci pozostają na zawsze dłużnikami rodziców i dlatego często trudno im się od nich uwolnić. Niezaspokojona potrzeba wyrównania z jednej strony wzmacnia więź z rodzicami, ale z drugiej strony nasila u dzieci tendencję do wyrwania się spod opieki rodziców, gdyż jeśli ktoś nie może dać tyle, co dostał, odchodzi. Z tej sytuacji jest jedno dobre wyjście: dzieci mogą przekazać dalej to, co otrzymały od rodziców, wychowując własne dzieci lub angażując się w pracę dla innych. Kto wykorzysta tę możliwość, może przyjąć wiele z tego, co rodzice mają mu do dania. Ten sam mechanizm występuje w każdej relacji typu nauczyciel-uczeń, terapeuta-klient itp. i gdziekolwiek wyrównanie przez zwrot i wymianę nie jest możliwe i odpowiednie, możemy pozbyć się ciężaru winy i zobowiązania, przekazując dalej to, cośmy otrzymali. Jedną z możliwości wyrównania jest podziękowanie. Trzeba przy tym zauważyć, że słowo „dziękuję” jest często namiastką podziękowania. Podziękowanie oznacza: „Przyjmuję to z radością i miłością” oraz jest wyrazem uznania i uhonorowania drugiej osoby. Czysto rozpromienione radością z prezentu oczy wystarczą za podziękowanie. W niektórych szczególnych przypadkach podziękowanie jest dla obdarowanych jedyną dostępną, a zarazem jedyną stosowną formą wyrównania. Dotyczy to na przykład osób niepełnosprawnych, chorych, umierających, małych dzieci, a czasem też kochających się par.

Posłużyłam się fragmentem książki, by przybliżyć temat równowagi w dawaniu i braniu, gdyż uważam, że jest istotny. Na jednym ze spotkań grupy Re-wizja ustawialiśmy te tematy, również pracując w podgrupach. Aby ustalić równowagę w związkach, wybieraliśmy reprezentantów siebie, partnera i trzecią osobę, która reprezentowała „coś”. Dla każdego było to coś innego. Niektóre osoby, będąc wolne ustawiały siebie i jakąś koleżankę z pracy lub przyjaciela. Chodziło o sprawdzenie, czy jesteśmy coś winni, czy ktoś nam jest coś winien, czy jest równowaga. Ja ustawiłam swoje małżeństwo i to „coś” to był mój rozwój, cel zawodowy. Przyznaję, że odczuwałam niepokój jak wybrałam troje reprezentantów i patrzyłam, co zaczyna się dziać. Każda z wybranych osób powtarzała w głowie: jestem winien, nie jestem winien. Po chwili, gdy już tak stali patrząc sobie w oczy, wiedziałam, które słowa są prawdziwe. Moi reprezentanci stali naprzeciw siebie ze spokojem i uśmiechali się do siebie, i każde powiedziało, że jest OK. Nic nie jesteśmy sobie winni. Wtedy pomiędzy nich weszła reprezentantka celu. Stała tam chwilę i nagle zrobiło się jej gorąco i wybiegła stamtąd z krzykiem, że tam nie ma dla niej miejsca. Powiedziała, że „wystrzeliło ją jak z procy” i stanęła w pewnej odległości od nas. Po chwili zaczęła się przybliżać, bo czuła, że coś ją przyciąga, jednak nie było możliwe, żeby stała obok nas dwojga. W końcu znalazła miejsce tuż za prawym ramieniem mojej reprezentantki i stanęła tak, by lekko ją popychać. Ten obraz pokazał mi to, co czuję od dawna. Mam swój cel życiowy i to jest moje zadanie. Ucieszyłam się, że między mną a mężem został wyrównany rachunek i bilans jest na zero. Możemy dawać, brać i pilnować równowagi na bieżąco, a przeszłość jest rozliczona. To była dobra wiadomość.

W przypadku rodziców robiliśmy inaczej. Wybieraliśmy reprezentantów i sami stawaliśmy przed nimi. Nie dla wszystkich było to łatwe, zwłaszcza jak było trudne dzieciństwo i nie było bilansu zysków i strat (zawsze są zyski, tylko często ich nie widzimy przez pryzmat krzywd) w procesie terapeutycznym. Każdy z nas stojąc przed rodzicami dziękował za to, co otrzymał, kłaniał się i mówił, co bierze dla siebie do dalszego życia, by przekazać to dalej. Mieliśmy też zastanowić się nad cechą, którą dotąd wypieraliśmy i nie przyjmowaliśmy. Ja podziękowałam ojcu za intelekt, zdolności manualne, życiową zaradność i ciekawość świata. Cechą, którą odrzucałam była wrażliwość. Mamie dziękowałam za pracowitość, praktyczność, prostolinijność, lubienie ludzi, dbałość o wygląd, prospołeczność, a cechą, której nie akceptowałam było podporządkowanie się mężowi. Na to miałam największy bunt. Moje umiłowanie wolności zawsze było silne i to długo utrudniało mi zachowanie równowagi w braniu i dawaniu w małżeństwie.

c.d.n.

Idealna rodzina?

Te pierwsze ustawienia z rodzicami długo we mnie „pracowały”. Zawsze miałam przeświadczenie, że są ze sobą bardzo blisko. Miałam uczucie, że tata ze mną i rodzeństwem rywalizuje o uczucia naszej mamy. Jako dziecko byłam o to niesłychanie zła. Mama była bardzo obowiązkowa w stosunku do całej trójki dzieci i wszystkie nasze potrzeby były zaspokajane bez zarzutu. Mama była i jest nadal osobą zaradną i pracowitą. Byliśmy ładnie ubrani, a ona też zadbana, dbała o urozmaicone potrawy i pracowała podczas swoich urlopów, by poprawić naszą sytuację materialną. Patrząc na to z zewnątrz, można by rzec: idealna rodzina. Taki był wizerunek z zewnątrz. Dzisiaj potrafię określić, że moja wrażliwość emocjonalna potrzebowała czegoś więcej. Patrząc na to ustawienie zobaczyłam, jak moja reprezentantka stoi po środku i tak naprawdę nie ma nic do zrobienia, gdyż moi rodzice muszą to załatwić sami ze sobą. Nie zdawałam sobie sprawy, jak wiele moją mamę kosztowało bycie w związku, z którego chciała „wyfrunąć”. Zrozumiałam, że jeżeli nie dostawała miłości od mężczyzny swojego życia, to nie starczało już jej energii by dawać nam coś więcej poza to, co już dawała. Głód miłości, jaki zobaczyłam w oczach dziewczyny reprezentującej mojego ojca był olbrzymi. Tata urodził się parę miesięcy przed wybuchem II wojny światowej, więc ten głód wydał mi się całkiem naturalny, jednak późniejsze ustawienia pozwoliły mi głębiej zrozumieć złożoność problemu.

Podczas kolejnych zajęć – podobnie jak na pierwszych – pracowaliśmy w podgrupach, ale większych. Ustawialiśmy swoje miejsce w rodzinie i cele. Tym razem wybieraliśmy reprezentantów rodziców, rodzeństwa i siebie. Zawsze miałam obraz siebie jako odważnej i silnej, ojca jako nerwowego i przemocowego, a mamę jako słabą. Jakież było moje kolejne zdziwienie, gdy zobaczyłam to z zewnątrz, patrząc na siebie w relacji z całą rodziną. Mój tata nie był zainteresowany mamą, niespokojny szukał kogoś innego. Mama stała spokojnie i nic nie robiła. Ja i rodzeństwo siedzieliśmy na środku zbici ciasno w kupkę i wylęknieni. Tata w końcu chwycił za rękę jakąś dziewczynę z obserwatorów i mocno ją przytulił, a potem usiadł jej na kolanach i powiedział: to jest kobieta mojego życia. Widząc to zamarłam, a moja pierwsza myśl, że miał kochankę. Jednak po chwili dodał: to moja matka. Po raz drugi zobaczyłam jego głód matczynej miłości, której nie dostał tyle, ile potrzebował. Nie widział świata poza nią. Mama nie widziała świata poza nim, a my pozostaliśmy sami ze sobą. Dopiero wtedy zobaczyłam, jak byliśmy samotni emocjonalnie, bo fizycznie rodzice byli, jednak emocjonalnie nie zajmowali się żadnym z nas. Moja dziecięca zazdrość o brata czy siostrę okazała się bezpodstawna, oni byli tak samo porzuceni emocjonalnie jak ja. Mało tego, w ustawieniu zobaczyłam swoją rozpacz i strach oraz to, że to nie ja się nimi opiekowałam, tylko oni mną. Oboje mnie przytulali i głaskali. Ustawienie pokazywało coś, czego ja do tamtej pory nie potrafiłam dostrzec – byli dla mnie też wsparciem i ochroną. Tak naprawdę nasze więzi są silniejsze niż myślałam, a miłość rodziców słabsza, niż mi się wydawało.

Po tym ustawieniu zrozumiałam bardziej to pierwsze. Tata wciąż szukał matki, a nie żony. Mama przed tym uciekała, nie tego oczekiwała od swojego mężczyzny. Tata, nie mogąc zaspokoić tego głodu zaczął znieczulać ból alkoholem, a mama nie dostając tego, czego potrzebowała od męża uciekała w pracę. Tak więc mając rodziców zaangażowanych w swoje sprawy byliśmy dla siebie bardzo ważni potrzebni, bo dawaliśmy sobie bliskość i wsparcie. Zadanie jakie dostałam w systemie rodzinnym, bo rzeczywiście byłam negocjatorem, powiernikiem ich spraw, a bywało, że arbitrem w czasie  kłótni, zaprowadziło mnie w końcu na studia psychologiczne. Te umiejętności, jakie nabyłam w dzieciństwie, w połączeniu z dużą emocjonalnością stały się moimi głównymi zasobami predysponującymi mnie do pracy z drugim człowiekiem. Mojemu rodzeństwu wyznaczono inne role i nabywali inne umiejętności. Bardzo wartościowe okazało się zobaczenie swojego systemu rodzinnego jak na scenie, już nie ze sobą w roli głównej. Patrząc od wewnątrz siebie jesteśmy zawsze w centrum i patrzymy przez pryzmat swoich emocji, a najchętniej krzywd. Tutaj zobaczyłam całość z zewnątrz, tak jak jest. Przyjęłam to ze zdziwieniem, ale też ze spokojem. Już od jakiegoś czasu wiem, że moje odczucia nie są obiektywną prawdą, są dla mnie ważne, ale muszę też przyjąć, że spojrzenia pozostałych członków rodziny nie pokrywają się z moją perspektywą. Każdy ma swoje prawdy, swoją rację, perspektywę wydarzeń, krzywdę i korzyść. I każda jest inna, co nie oznacza, że nieprawdziwa.

c.d.n.

Rozpoczęcie programu Re-wizja

Roczny program z ustawieniami rozpoczynałam z ciekawością i nadzieją, że dowiem się czegoś nowego o sobie i mojej rodzinie. Na początku spotkania jak zwykle była rundka, podczas której przedstawialiśmy się i mówiliśmy z czym rozpoczynamy ten kurs, jakie mamy problemy i oczekiwania.  Moim celem było „rozszyfrowanie” pewnego symptomu, który jest ze mną od dawna, mianowicie w chwilach napięcia zaczynam palcem kręcić włosy w supełki. Nie jest to jakoś strasznie dokuczliwe, jednak w sytuacjach dłużej trwającego stresu mam na głowie niemalże kołtuny które trzeba z mozołem rozczesywać lub w skrajnych przypadkach wycinać nożyczkami. Ten symptom był wkurzający jak byłam dzieckiem i zupełnie nad nim nie panowałam. Kręciłam młynki jak tylko w domu coś się działo i potem mama się złościła, że nie może rozczesać mi włosów. Był też ulubionym obiektem kpin i żartów mojego rodzeństwa. Dużo wysiłku mnie kosztowało by tego nie robić i udawało mi się coraz lepiej nad tym panować, jednak nigdy do końca nie pozbyłam się go. Opanowałam za to do perfekcji sztukę kamuflażu, nikt nie zauważa u mnie tego do póki nie powiem o tym. Włosy mam na tyle długie i gęste, że łatwo to ukryć. Jak zaczynałam terapię DDA to miałam nadzieję, że do tego też dotrę ale nie zrobiłam tego. Poza tym nie zależało mi na tym tak bardzo, jednak teraz po śmierci syna stres był silniejszy niż kiedykolwiek przedtem, więc i symptom się nasilił. Drugim powodem była niemoc jaką czułam już od dłuższego czasu, co uniemożliwiało mi realizację planów. Byłam potwornie zmęczona i chciałam już odzyskać siły do działania co było moim drugim celem terapii.

Jak zobaczyłam całą grupę, to bardzo się ucieszyłam, gdyż spotkałam koleżankę ze studiów, z którą często przygotowywałam się do egzaminów i którą lubiłam. Zobaczyłam też ku swojej radości dziewczynę, którą poznałam miesiąc wcześniej na jednym z ustawień i razem „grałyśmy” rolę w bardzo trudnym emocjonalnie ustawieniu. Ja byłam po raz pierwszy w roli babci a ona wnuczki. Wnuczka nie miała siły by żyć i w konwulsjach osuwała się na ziemię, a ja jak silny filar podpierałam ją i dawałam siły tak długo, aż mogła samodzielnie stanąć na nogi. To było mega trudne ustawienie w tym sensie, że właściciel ustawienia miał duży problem wynikający z trudnej przeszłości systemu rodzinnego. Czułyśmy jak ciężkie tematy ma do ogarnięcia. Zazwyczaj po ustawieniu zapomina się po jakimś czasie, ale to było wyjątkowe. Obie poczułyśmy się wyjątkowo silnie obsadzone w swojej roli. Było tam silne wzruszenie i więź babci z wnuczką. Ja w tym czasie byłam świeżo upieczoną babcią wnuczki, której towarzyszyłam w przyjściu na świat i moje uczucia w tym temacie były świeże. Moja córka mieszka od wielu lat za granicą i kiedyś jej obiecałam, że jak będzie mnie potrzebować to przyjadę  i będę tak długo, ile potrzeba. Poprosiła mnie bym była obecna przy porodzie i przez jakiś czas po. Pojechałam wtedy na miesiąc do niej i byłam z nimi w tych ważnych chwilach. Poród córki przebiegł prawidłowo i byłam z niej niesłychanie dumna. Mała zawładnęła moim sercem od pierwszego otwarcia oczu i jestem babcią zakochaną bez pamięci w swojej wnuczce. Jednak dowiedziałam się o sobie, że nie jestem już tak silna jak mi się zdawało. To kosztowało mnie dużo więcej niż myślałam. Po stracie jednego dziecka patrzenie na cierpienie drugiego, nawet jeżeli jest to fizjologiczne, naturale i przewidywane cierpienie, było niesłychanie trudne i wyczerpujące. W pewnym momencie musiałam wyjść do toalety i ochłodzić się wodą bo czułam, że jeszcze chwila i zasłabnę. Dałam radę, ale powiedziałam już sobie, że to był pierwszy i ostatni raz. Teraz rozumiecie z jakimi emocjami byłam w temacie babci i wnuczki i że na ustawieniach takie tematy się odnajdują i nie przez przypadek jest się wybieranym do ustawienia. Powiedziałam wtedy tej dziewczynie, że za miesiąc rusza kurs, ona była wtedy pierwszy raz na ustawieniach i od razu weszła w tak silne emocjonalnie role a mimo to nie przestraszyła się. Jak zobaczyłam ją na kursie to bardzo się ucieszyłam.

Na ustawieniach dzieje się dużo i trudno mi opisywać wszystko, bo jak jestem w roli to mocno skupiam się na tym co czuję i rzadko ogarniam resztę ustawienia. Zresztą nie mam prawa pisać o problemach innych, jedynie mogę o swoim doświadczeniu. Na pierwszym spotkaniu poza dużym ustawieniem robiliśmy w podgrupach małe proste ustawienia trzyosobowe. Zostaliśmy podzieleni na czteroosobowe grupki i każda grupka pracowała oddzielnie ze sobą. Po kolei każde z nas ustawiało siebie ze swoimi rodzicami. Zadanie polegało na tym, że powtarzałam kilkakrotnie zadania zaczynające się „moja mama jest…” a potem to samo z tatą. Po pięciokrotnym powtórzeniu zdania wybierałam reprezentanta matki, ojca i siebie. Jakież było moje zdumienie, kiedy ujrzałam obraz siebie w konstelacji związku moich rodziców. Tata i mama stali daleko od siebie a ja po środku. Mama wręcz uciekała od ojca i patrzyła gdzieś daleko, tata stał jak dziecko opuszczone ze smutną miną, rękoma zwieszonymi w geście bezradności i z błaganiem na twarzy. Jak zobaczyłam dziewczynę w roli mojego ojca to nie miałam wątpliwości, że tak jest. Jej twarz do złudzenia przypominała mojego ojca. To niesamowite jak emocje i mimika dopasowują się do roli tak, że nie ma wątpliwości. Stałam tak pomiędzy nimi i czułam, że system rodzinny wyznaczył mi taką rolę, łącznika, negocjatora ogarniającego sytuację. Ustawienie zakończyło się tym, że wyszłam z pomiędzy rodziców mówiąc, że to nie moja sprawa i ze mam swoje życie a oni swoje. I tak jest w realu, od dawna nie jestem w roli rozjemcy między nimi. Tak było w dzieciństwie, zwłaszcza jak mieli tzw. ciche dni to jak krążyłam między nimi i powtarzałam co mi kazali. Dziwnym uczuciem było zobaczyć to po latach już z dystansu bez emocji, które kiedyś mi towarzyszyły gdy wspominałam tamte czasy. Teraz widzę korzyści jakie z tego wyniosłam i umiejętność oddzielania swoich spraw od nie swoich. Pierwszy raz też spojrzałam na ojca jak na skrzywdzone dziecko, ofiarę losu, a nie przemocowca za jakiego go miałam.

c.d.n.

Poczucie własnej wartości c.d.

Każdy, kto boi się być sobą, pozbawia się możliwości sprawdzenia czym jest naprawdę życie. Próbując dostosować się do jakiegoś wzorca, grając kogoś kim się nie jest, narzucając sobie wyimaginowane uczucia, powoduje, że przestaje się być autentycznym. Zatracając swoją oryginalność stajemy się falsyfikatami, a to już jest nieuczciwość, przede wszystkim wymierzona w siebie. Bez podjęcia ryzyka można tak dotrwać do samego końca i nigdy nie poczuć czym jest życie. Bez podjęcia ryzyka zmiany nie ma szans na prawdziwe życie.

Ryzyko, niezbędne by rozpocząć uczciwe życie, jest najtrudniejsze na początku, potem jest coraz łatwiej i coraz więcej możliwości otwieramy przed sobą. Jednak pierwsze kroki powinny zmierzać do zapewnienia sobie poczucia względnego bezpieczeństwa tzn. dach nad głową, pożywienie, dostateczna ilość snu, komfortowe otoczenie, w którym jest cichy kąt, przytulne miejsce, podstawowe potrzeby finansowe, porządek, zdrowie. Nie zawsze można zapobiec chorobie, można natomiast podjąć kroki w celu poprawy kondycji i zredukowania szkód wywołanych nałogami ( alkohol, papierosy, narkotyki). Można utrzymać swój stan fizyczny w szczytowej formie i ma to zasadnicze znaczenie w przygotowaniach do osiągnięcia poczucia własnej wartości. Wiąże to się z właściwą dietą, utrzymaniem zdrowej wagi ciała, abstynencją od papierosów i rozsądne podejście do środków chemicznych zmieniających nastrój (alkohol, narkotyki, leki). Jakie to są te pierwsze pożądane zmiany?

Znalezienie grupy wsparcia, terapeuty, zwiększenie ilość ruchu na świeżym powietrzu ( nie musi to być od razu bieganie, wystarczą regularne spacery), zadbanie o wystarczającą ilość wolnego czasu na sen i wypoczynek. Ponadto wprowadzenie zmiany otoczeniu zgodnie ze swymi upodobaniami np. zmiana koloru ścian, zapewnienie dostatecznej ilości światła dziennego w mieszkaniu, zakup płyty z ulubioną muzyką lub świeżych kwiatów.

Mając zapewnione podstawowe warunki zaczyna się myśleć o wyższych potrzebach i do nich należy potrzeba miłości, która nie jest dobrem luksusowym tylko tak samo jak poprzednie, potrzebą bazową. Tę potrzebę różnie ludzie zaspokajają, jednak pewne jest, że bez niej życie jest jałowe, krótsze i ograniczone. Samotność zabija. To powoduje poszukiwania więzi z innymi ludźmi. Poza przywiązaniem do partnera i przyjaciół istnieje też przywiązanie do różnych grup społecznych i panujących w nich rytuałów. To mogą być grupy wyznaniowe, drużyny sportowe, koła zainteresowań itp. Tam można znaleźć wspólne cele, ideały, działanie w zespole, co daje poczucie przynależności i znaczenia. Na trochę wyższym poziomie interpersonalnym jest cała gama związków przyjacielskich polegających na dawaniu i przyjmowaniu uwagi i uczucia. Niezbędna w tym procesie jest gotowość do otwartości, by móc poczuć energię jaka wytwarza się w takich relacjach. Polega to na dzieleniu się sobą, nie chodzi o wymianę przedmiotów, tylko treści. Dzieląc się sobą wzbogacamy się o życiodajną energię, powstaje  wtedy przyjaźń. Chcecie receptę na wiele wartościowych przyjaźni?  Proszę bardzo: zakończ znajomości wysysające z Ciebie energię. Jedna nowa przyjaźń co miesiąc. Powtarzać w razie potrzeby. Dbać i pielęgnować jak roślinę. Dzielić się uczuciami, potrzebami, pragnieniami i lękami. Dawanie i branie powinno iść w obu kierunkach. Wyznacznikiem przyjaźni jest bliskość. Każdy  z dwojga przyjaciół bierze na siebie połowę odpowiedzialności za związek, to oznacza wczuwanie się w potrzeby, pragnienia i kłopoty przyjaciela. To także pewne wyrzeczenia, jednak warto na nie się zdobyć.

Od siebie mogę dodać, że bez przyjaciół mój rozwój nie byłby możliwy. Tyle wsparcia ile dostałam od nich, nie było mi dane wcześniej dostać od rodziców, rodzeństwa ani nawet męża. I nie wynikało to z tego, że nie chcieli mi tego dać. Nie mogli, bo nie potrafili, nie mieli co dać. Teraz jest inaczej, jak ja wiem czego potrzebuję i mówię o tym wprost to i rodzina jest dużym wsparciem i stali się moimi przyjaciółmi…