Wizyta na grupie DDA

 

Po długiej przerwie odwiedziłam niedawno jedną z grup w okolicy. To nowa grupa, która została utworzona wiosną. Jest tam kameralnie i można się swobodnie wypowiadać. Czwarty miting w miesiącu jest poświęcony poczuciu własnej wartości. Jakoś tak się składa, że trafiam na czwarte mitingi w miesiącu i bardzo lubię ten temat. Nie planuję tego, ale tak się dzieje. Tym razem prowadziłam grupę i czytałam fragment o krokach, jakie należy podjąć, by zwiększyć poczucie własnej wartości. Pomyślałam, że ten temat może Was zainteresować i zrobię małą przerwę w opisywaniu ustawień, do których niewątpliwie wrócę. Zresztą te tematy i tak się gdzieś spotykają, przeplatają i łączą. Nie będę przepisywać treści, które były czytane ale moje refleksje poparte doświadczeniem. Jakbyście potrzebowali czegoś więcej, śmiało piszcie, jestem otwarta na kontakty z Wami. Wiem już, że macie swoje doświadczenie nie mniejsze od mojego i macie czym się podzielić. Z pewnością w wielu kwestiach macie inne zdanie, chętnie je poznam. Jakie są Wasze ulubione tematy w rozwoju osobistym?

Na tym mitingu przypomniałam sobie po raz kolejny, jak dużym dla mnie odkryciem było usłyszenie na swojej pierwszej terapii dla współuzależnionych, że mam nie tylko prawo lecz także obowiązek zajmować się swoim rozwojem. To odkrycie wciąż we mnie rezonuje i pomaga mi się korygować za każdym razem jak mam ochotę „komuś pomagać”. Nie mam tu na myśli sytuacji, gdy robię to zawodowo, tylko gdy mi się wydaje, że ja lepiej wiem co ktoś powinien zrobić by poprawić swoje życie. To są sytuacje, gdy mam ochotę poprawić swoje poczucie własnej wartości czyimś kosztem. Tak naprawdę to każdy sam musi dokonywać wyborów i ja również. To one mają wpływ na moje życie i w ten sposób aktywnie określam swoje istnienie. Bardzo ważnym dla mnie aspektem istnienia jest kontakt z własnym ciałem. Polubiłam je i wciąż odkrywam nowe możliwości jakie mi daje. To niesamowite jak mało wiemy o swoim ciele, a ono jest tak bogato wyposażone i ma tyle opcji, a nas nikt tego nie uczy. To znaczy w mojej rodzinie niewiele mówiło się na ten temat. Dla mnie odkrywcze są różne warsztaty które mówią o CUDzie (ciało, umysł, dusza) i jak dziecko uczę się zarządzać tym cudem. Mam z tego mnóstwo satysfakcji i radości. Po wielu latach różnych treningów zaczynam rozdzielać i zachowywać właściwe proporcje w swojej wielowymiarowości tj. umysłowej, duchowej i fizycznej. Długi czas gloryfikowałam stronę umysłową pomijając pozostałe. Teraz zostawiam umysł w spokoju a częściej zajmuję się ciałem i duchem. Lepsze poznanie siebie przekłada się na coraz większą samoakceptację a to z kolei podwyższa poczucie własnej wartości. Moje myślenie o sobie w kategorii rozwijania swojego potencjału wpływa na to jak komunikuję się z innymi ludźmi. Widzę w innych mnóstwo zasobów i z radością im uzmysławiam jak są bogaci. Dzięki temu moje kontakty z innymi są bogate, pełne treści i życiodajnej energii. Nie marnuję czasu na jałowe relacje. Wymaga to ode mnie uczciwości zarówno wobec siebie jak i innych a nie ukrywam jest to wyzwanie niemałe. Jednak jak udaje mi się temu sprostać odnajduję w sobie współczucie, energię do dalszego działania oraz miłość zarówno do siebie jak i innych.

Jednym z ważniejszych zadań jakie wykonałam na początku swojej drogi to było otoczenie się ludźmi, którzy wspierali mnie w mojej podróży. Nie musiałam nikogo eliminować, to dokonało się samo jak określiłam swoje priorytety, uczciwie o nich mówiłam i byłam im wierna. Nie uwierzycie co było najlepszym selekcjonerem dawnych relacji. Postanowiłam uczynić nasz dom strefą wolną od alkoholu i papierosów. W bardzo krótkim czasie została co prawda garstka, ale za to najwartościowszych przyjaciół. To nie znaczy, że są to sami abstynenci, nie. To są ludzie, którzy potrafią być ze mną czy z nami szanując moje decyzje. Bardzo sobie cenię te znajomości i widzę, że warto było być wierną sobie gdyż to oni byli moim wsparciem w wielu trudnych chwilach. Dzisiaj sytuacja jest inna, nasze dzieci dorosły i po wielu latach alkohol pojawił się w naszym domu jednak już w innej formie i z innymi ludźmi. To są osoby, dla których jestem wartościowa bez względu na to jakie decyzje życiowe podejmuję. Dają mi prawo do popełniania błędów, komunikują mi otwarcie co widzą niepokojącego, dają bliskość i doceniają moje indywidualne cechy. Ważną cechą tych relacji jest elastyczność niezbędna w przypadku ludzi rozwijających się. Zmiany powodują,  że pojawiają się nowe możliwości i stare zasady stają się nieaktualne. To wymaga ciągłej aktualizacji jak w przypadku komputera. To, że zajmuję się sobą nie postrzegają jako egoizm, gdyż  rozwijają się sami również i ja dla nich jestem też wsparciem.

Jednak żeby nie było tak słodko muszę nadmienić, że z samorealizacją wiąże się pewna doza ryzyka. Nie raz i nie dwa pisałam już o swoim strachu, który towarzyszył moim zmianom. Nauczyłam się, że nie ma czegoś co można by nazwać pełnym poczuciem bezpieczeństwa. Tzw strefa komfortu jest iluzją i często powstrzymuje nas przed zrobieniem kroku w kierunku samorealizacji. Decydując się na zmiany godzimy się z utratą dawnego Ja i koniecznością budowania nowego. Tworząc nowy obraz siebie dochodzimy do przekonania, że jesteśmy gotowi rozstać się z fałszywymi wyobrażeniami, kompromisami, związkami, relacjami, złymi inwestycjami, toksycznymi przywiązaniami i destrukcyjnymi nałogami. Często pozostajemy lojalni w przekonaniu, że grupa do której należymy da wsparcie, zapewni bezpieczeństwo, ukojenie, ochronę i nie chcemy widzieć jak często jest odwrotnie. Ja w swoim życiu też byłam lojalna do granic absurdu. Dzisiaj umiem słuchać mojego organizmu, który bezbłędnie jak barometr pokazuje, że osoba czy sytuacja są dla mnie niekorzystne. Przed odejściem z ostatniego zakładu pracy zaobserwowałam u siebie objawy depresji polegające na tym, że wybudzałam się o czwartej nad ranem i nie mogłam zasnąć. Pewnie, że mogłabym brać leki i nadal tam pracować, tak robi mnóstwo ludzi tylko nie byłabym tu gdzie jestem i straciłabym mnóstwo szczęśliwych chwil, które dane było mi przeżyć. A tak wciąż są przede mną nowe perspektywy. A Wy z czego zrezygnowaliście by być w zgodzie z sobą? Jakie podjęliście ryzyko? A może wciąż się wahacie?

Niektórzy pozostają w związkach gdyż wydaje im się to bezpieczne. Inni podejmują bezsensowne prace, unikając prawdziwej odpowiedzialności. Jeszcze inni pragną towarzystwa za cenę rezygnacji z siebie z lęku przed samotnością. Przemawia przez nich wylęknione wewnętrzne dziecko, które ma zakodowany przekaz : „Nikt mnie nie kocha, lepiej zadowolić się tym co mam. Lepsze jest wrogiem dobrego. Nie będę korzystał z żadnych szans.”  I tu jest paradoks polegający na tym, że dopóki nie zaufamy sobie będziemy trzymać się iluzorycznego bezpieczeństwa, które nas nie czyni szczęśliwymi. Prawdziwe bezpieczeństwo wypływa z nas samych i nie pochodzi z zewnątrz. Bez podjęcia ryzyka pozostajemy więźniami dotychczasowej sytuacji. Jednak działając bez przygotowania też narażamy się na fiasko. Tak czy inaczej ograniczamy się w swym rozwoju i tkwimy w martwym punkcie. Jak to jest być sobą? Jakie ryzyko się ponosi?  Co dla Was jest najtrudniejsze? Jakie macie sukcesy?

c.d.n.

Podjęcie decyzji o kolejnym kursie

    Na ustawienia zaczęłam jeździć regularnie co miesiąc. Byłam zafascynowana tym procesem, nadal jestem pod wrażeniem, jak wiele można dowiedzieć się o istocie problemu w tak krótkim czasie. Jedno dobre ustawienie weryfikuje wszystkie nasze teorie na temat tego, co jest przyczyną naszego problemu. Jakże często nasze przypuszczenia są błędne a rozwiązania banalnie proste.  Jadąc na spotkania przestałam mieć jakiekolwiek oczekiwania; zawsze jest inaczej. Porównuję to do wypadu na kilka seansów filmowych o nieznanej mi treści i obsadzie. Jadę w ciemno mając przekonanie, że poruszy mnie to, co jest mi bliskie. I jest dokładnie tak jak z filmami. Na jednych płaczę, na innych się boję, złoszczę się lub ziewam z nudów. Terapeuta zresztą nie raz przypomina, że jeżeli ktoś jest senny to nawet wskazane jest by zdrzemnąć się. Zdarzyło mi się to parę razy.

    Będąc obserwatorem też często jest się w procesie. Zdarza się, że ktoś poczuje, że koniecznie musi wejść i coś zrobić lub powiedzieć. Było parę razy tak, że podczas wybierania reprezentantów ja już czułam, że też tam powinnam się znaleźć i nawet jeżeli mnie nikt nie wybrał, to zdarzało się, że proces stawał w miejscu i trzeba było jeszcze kogoś dobrać i wtedy to byłam ja. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale dokładnie tak się dzieje.

    Przez długi czas byłam wybierana do przeżywania rozpaczy. Wchodziłam do kręgu, padałam na kolana i zanosiłam się płaczem jak zawodowa płaczka. Nie zawsze było to opłakiwanie dziecka jak za pierwszym razem. Była to utrata miłości, dzieciństwa, niewinności lub wolności. Nigdy nie mówiłam, z jakimi uczuciami chodzę od czasu straty syna. Jednak to nie był jedyny temat, w którym rezonowałam. Często byłam czyimś celem, potencjałem ukrytym, decyzją i to się pokrywało z moją sytuacją. Skończyłam studia i planowałam pracować w nowym zawodzie, też miałam swój cel, który trochę się odsunął po śmierci syna, ale nie został zarzucony. Dalej miałam plany choć nie miałam sił na realizację. Branie udziału w ustawieniach było dla mnie wskazówką w jakim momencie się znajduję. Dałam sobie wtedy prawo do przeżywania żałoby.

    Równolegle jak już wcześniej pisałam, jeździłam na mitingi DDA. To było miejsce, gdzie mówiłam otwarcie z czym się zmagam. Tam było miejsce i przestrzeń na wygadanie się i wyrzucenie z siebie słów, na które gdzie indziej nie było przyzwolenia. W rodzinie najbliższej rozmawialiśmy o tym, co przeżywamy, ale już z rodzicami, rodzeństwem moim i męża nie było tematu. Widziałam jak trudne jest dla nich mówienie o uczuciach. Nie nalegałam bo miałam swoje grupy i przyjaciół. Mitingi były co tydzień a ustawienia raz na miesiąc. W międzyczasie miałam paromiesięczną przerwę, gdyż robiłam drugi stopień TSR – u. Po skończeniu tego kursu zaczęłam poszukiwać chętnych do pracy terapeutycznej. Rozesłałam wici po znajomych, klientkach i ich znajomych. Robiłam to przez pewien czas nieodpłatnie, a potem za symboliczną opłatę.  TSR sprawdzał się i po jakimś czasie postanowiłam rozszerzyć swoją działalność również o usługi psychologiczne.

    To wszystko znajdowało odzwierciedlenie w ustawieniach. Przyszedł czas, że byłam wybierana do ról silnych kobiet, które są jak filary w rodzinie. Często grałam silne matki a potem babcie. Dojrzewałam do tego, by rozpocząć roczny program rozwojowy i terapeutyczny, ale również szkoleniowy dla psychologów w ustawieniach. Zaczęło mi na tym zależeć coraz bardziej, ale wiązało to się z kosztami, na które nie mogłam sobie pozwolić. Byłam w rozterce, gdyż nic to nie miało wspólnego z TSR-em, a ja czułam, że chcę tego a rozum podpowiadał, że moja obecna sytuacja nie pozwala na takie fanaberie. Z pomocą przyszła mi konferencja… TSR-u. Co roku jeżdżę na dwudniową pracę z różnymi warsztatami dla terapeutów w tym nurcie. Wtedy trafiłam na fajne warsztaty, gdzie mogłam sobie wybrać z dziesięciu propozycji trzy dowolne. Wszystkie, które mnie zainteresowały polegały na pracy z ciałem i umiejętności słuchania go. Miałam wtedy okazję przyjrzeć się temu, co mam w głowie i co mówi mi moje ciało, emocje i doświadczenie. Podczas wszystkich warsztatów towarzyszył mi jeden temat, czy jest rozsądne angażować się w coś, co nie jest uznaną metodą terapeutyczną i wiadomo, że podjęłam już decyzję że pracować będę w TSR-rze.

    Jakież było moje zdziwienie gdy na każdych z warsztatów, czy to pracowałam sama czy w parze, jednoznacznie dostawałam odpowiedź, że mam za tym iść co czuję. Moje obawy o finanse też zostały rozwiane gdy sobie nagle przeliczyłam, ile złotych dziennie muszę odłożyć by uzbierać na kurs i że to była kwota mniejsza niż za paczkę papierosów. Nie palę od dwudziestu paru lat i nigdy nie patrzyłam na to przez pryzmat zaoszczędzonych pieniędzy. Wtedy pomogło mi to podjąć decyzję, że to jest moim zasobem i mogę z tego odnieść korzyści. Nagle stało się dla mnie jasne, że pomimo żałoby jestem wciąż w trakcie realizacji planu, który powstał jeszcze przed śmiercią syna. Mało tego, on też miał zamiar dołączyć do mnie po skończeniu studiów psychologicznych. Jednak jego śmierć nie miała nic wspólnego z moimi planami. Nagle zrozumiałam, że żadne wydarzenia nie są w stanie zawrócić mnie z tej drogi. Mogą mnie spowolnić, opóźnić, na chwilę zmienić kierunek, ale nie zawrócić. I tak podjęłam decyzję i zapisałam się na roczny kurs ustawień Re – Wizja.

c.d.n.

Powrót do przeżywania straty

    Po miesiącu znów pojechaliśmy na ustawienia w charakterze obserwatorów. Byłam bardzo ciekawa, co tym razem będę przeżywać. Zasiedliśmy jak zwykle w kręgu na krzesłach. Terapeuta omówił zasady, gdyż były osoby nowe. Zazwyczaj jest inny skład grupy i są osoby nie mające żadnego doświadczenia terapeutycznego. Jest to o tyle ciekawe, że nie ma w takim układzie miejsca na psychologizowanie i teoretyzowanie. Często zdarza się, że ktoś będąc pierwszy raz decyduje się na ustawienia nie będąc wcześniej obserwatorem. Nie ma reguły, różni ludzie, różne potrzeby. Atmosfera jest życzliwa i ludzie otwarci. Jest bufet kawowy, więc przed rozpoczęciem  niemal każdy robi sobie coś do picia. Ludzie przyjeżdżają z różnych miejsc i niejednokrotnie są po długiej podróży.

   Ustawienia są na ogół w soboty od 10 do 15-ej i odbywają się w ośrodkach wczasowych lub jakichś innych przyjemnych miejscach. Tym razem było podobnie. Terapeuta poprosił osobę, która pierwsza chciała ustawiać. Zgłosiła się kobieta, która chciała poprawić relacje w rodzinie. Miała wiele rodzeństwa, z którym  mieli trudność w porozumiewaniu się do tego stopnia, że często korzystali z sądów by dowieść swojej racji. Zostałam wybrana nie wiedząc kogo reprezentuję. Poczułam, że coś mnie odpycha od tych ludzi i wyszłam poza krąg krzeseł i stanęłam w kącie sali twarzą do ściany. Nie interesowało mnie to, co dzieje się na ustawieniach. Po chwili odkryłam, że przeciwległy kąt sali jest jeszcze bardziej oddalony od ustawienia. Przeszłam do tego kąta i także ustawiłam się twarzą do ściany. Terapeuta pyta, co u mnie się dzieje. Odpowiedziałam, że nie chcę mieć nic wspólnego z tym, co dzieje się w kręgu i że nie jestem w ogóle zainteresowana ich konfliktami. Poprosił jednak bym przyszła i to była jego interwencja terapeutyczna.

    Podeszłam do środka, potem weszłam do kręgu i stanęłam przed dwiema osobami leżącymi na podłodze i zwiniętymi w kłębek. Wiedziałam, że taka pozycja oznacza, że są reprezentantami osób nie żyjących. Stałam, patrzałam i czułam narastającą we mnie falę uczuć. Zaczęłam głębiej oddychać i nagle poczułam jak kolana się pode mną uginają i padam z hukiem na podłogę zanosząc się w głos płaczem. Klęczałam i rozpaczałam jak tylko może rozpaczać matka, która utraciła dziecko. Wiedziałam, że płaczę nie w swojej sprawie, ale jednocześnie czułam, że to jest też moja rozpacz. Jedno z dzieci leżących zaczęło mnie przytulać, a ja płakałam za kogoś i za siebie. Nikt w grupie nie wiedział, że pół roku wcześniej straciłam syna. Kobieta, która mnie wybrała widziała mnie pierwszy raz w życiu. Intuicja jej podpowiedziała, że w tej grupie ja będę najlepiej nadawała się do roli matki, która straciła dzieci. W trakcie ustawienia zaczęłam się domyślać, a potem zostało to potwierdzone, że grałam matkę wielu dzieci, która między jednym a drugim porodem straciła najpierw jedno, a potem drugie dziecko. To jedno, które mnie przytulało to był syn. Płakałam w głos za nią i za siebie. Pierwszy raz mogłam dać upust swojej rozpaczy w obecności innych ludzi. Nikt się nie odwracał z przerażeniem ani nie pocieszał. Płakałam tak długo aż samo się we mnie wyciszyło. Potem wstałam i mogłam spojrzeć na pozostałe dzieci. Ta kobieta miała nieprzeżytą żałobę z prozaicznego powodu. Rodziła kolejne dzieci i nie miała kiedy rozpaczać. Podczas ustawień można było zobaczyć, że kocha swoje dzieci, ale nie ma dość siły, by wszystkim dać tyle samo uwagi. Na koniec była piękna scena jak matka jedna się z córką, która myślała dotąd, że matka jej nie kocha. Właścicielka tego ustawienia nie była świadoma ogromu rozpaczy jaki nosiła w sobie jej matka i to było powodem jej odwracania się od rodziny. To ustawienie pokazało mi, że obserwując do jakich ról jestem wybierana mogę przyglądać się też swoim emocjom, które mam do przeżycia.

    Tego dnia byłam też reprezentantką czyjejś złości. To było ustawienie procesowe, które polega na tym, że ustawiający siada obok terapeuty i nie mówi na głos z czym przyszedł. Terapeuta zachęca pozostałych by weszli do środka jak poczują z jakiegoś powodu impuls, żeby wejść i coś zrobić. Poczułam taki impuls i po paru głębszych oddechach weszłam i czułam narastającą we mnie agresję. Miałam ochotę jakiemuś chłopakowi przyłożyć. Oczywiście na ustawieniach nie ma miejsca na zachowania agresywne. Mówimy tylko o tym, ale nie zachowujemy się agresywnie. W tym ustawieniu też dużo się działo i widziałam i czułam jak złość malała w miarę jak poprawiała się relacja tej dziewczyny z ojcem.

    Byłam tego dnia w czterech ustawieniach jako reprezentant i czułam się po tym fantastycznie. Moje emocje zostały przewentylowane. Dałam im upust i czułam ulgę i przypływ energii. Byłam zdecydowana brać w tym udział częściej…

c.d.n.

Ustawienia Systemowe ciąg dalszy

Na pierwsze ustawienia pojechałam z mężem. Byliśmy obserwatorami i taką opcję wybiera wielu uczestników. Terapeuta, którego wybraliśmy jest doświadczonym psychologiem z wieloletnim stażem, nazywa się Marek Wilkirski i jest prekursorem tego podejścia w Polsce. Uczył się u samego Hellingera jednak przez blisko dwadzieścia lat wypracował swój styl pracy i nie nazywa tych ustawień Hellingerowskimi.Bazuje na zjawisku, które Hellinger odkrył. I prawdą jest, że w nieodpowiednich rękach to narzędzie może okazać się szkodliwe dlatego ważne jest by wiedzieć coś o terapeucie, który prowadzi ustawienia. Z tym zjawiskiem jest podobnie jak z ogniem, prądem, czy innym zjawiskiem fizycznym, wszystko zależy od tego, z jaką intencją się go używa. Można przygotować posiłek, ogrzać dom, wykorzystać w lecznictwie ale można też zrobić komuś krzywdę, spalić budynek itp. Na wstępie jeżeli są nowe osoby zawsze podkreśla, że można nie zgadzać się na branie udziału w ustawieniach. Mówi też o tym, że nie wie dokładnie jak to działa i że wyjaśnieniem tego zjawiska zajmuje się fizyka kwantowa. Jednak podkreśla z przekonaniem, że nie zajmuje się magią i chiromancją.  To ważne, bo różne opinie są na temat ustawień. Mówi też, że podczas spotkania, które trwa zazwyczaj pięć godzin, mówimy sobie na ty i pyta czy wszyscy mają na to zgodę. Spotkanie rozpoczyna się rundką zapoznawczą, podczas której przedstawiamy się z imienia i mówimy jedno lub dwa zdania o sobie, coś co chcemy. Wtedy powiedziałam, że jestem pierwszy raz i że przyjechałam z mężem. Na ogół ludzie mówią skąd są lub że mają psa lub kota, lub jaki zawód wykonują, czym się pasjonują itp. Po rundce pada pytanie ile jest osób ze swoimi ustawieniami. Zazwyczaj jest pięć ale bywa też trzy i sześć. Zawsze jest inaczej. Różni ludzie przyjeżdżają z różnymi problemami. Jedno jest dla mnie stałe, zawsze jest ciekawie i wyjeżdżam usatysfakcjonowana.

Nie pamiętam już czy byłam wtedy wybrana do pierwszego czy drugiego ustawienia ale pamiętam, że byłam w więcej niż dwóch. Było to dla mnie niesamowite doświadczenie. Osoba mająca swoje ustawienie siada obok terapeuty i mówi z czym przyszła. Terapeuta zadaje pytania i po jakimś czasie ustala jakich reprezentantów będzie musiał ustawiający wybrać. Jednak pozostali nie wiedzą kogo się wybiera. Na przykład jeżeli ktoś ma problem z relacjami, nie może wytrwać dłużej w żadnym związku a chce to zmienić i terapeuta wnioskuje z wywiadu, że przyczyna może być w relacjach z rodzicami lub byłymi partnerami i pisze na kartce żeby wybrał reprezentantów matki, ojca, męża bądź partnera. Ustawiający wybiera intuicyjnie bez zastanawiania i analizowania, bez względu na wiek i płeć i prosi do środka nie mówiąc kto jest reprezentantem kogo. To jest ustawienie zakryte i dzięki temu jest autentyczne, gdyż nie wiedząc kim jestem zdaję się tylko na to, co ze mną się dzieje podczas ustawienia. Jak już wszyscy są wybrani, ustawiający podchodzi do każdego i w myślach mówi: proszę cię, bądź dla mnie w tym ustawieniu moją matką, ojcem, mną, mężem itp. po czym siada i obserwuje z terapeutą co się zaczyna dziać. Na You Tube można znaleźć filmy z różnych ustawień i zobaczyć jak to wygląda. Dla mnie jest to trochę jak teatr spontaniczny gdzie ktoś podaje mi rolę nie do głowy tylko do ciała, które skądś wie co ma robić. Pojawiają się emocje, skojarzenia, gesty, zachowania niezrozumiałe ale należy iść za impulsem i robić, mówić, pokazywać, przeżywać dokładnie to, co podpowiada moje ciało. To jest dobry sprawdzian na spontaniczność, puszczenie kontroli, bycie tu i teraz bez analizowania z całkowitym zaufaniem do siebie, terapeuty i sytuacji w której się znalazłam.

Pamiętam ustawienie, w którym byłam siłą sprawczą pewnego chłopaka. O tym kim byłam dowiedziałam się po ustawieniu. Bardzo dużo tam się działo, czułam bliskość z jakimś chłopakiem, który reprezentował jego cel życiowy. Ustawienie pokazywało, że jak rodzice byli w pobliżu to ja padałam na kolana i nie miałam siły na nic, traciłam niemalże życie i osuwałam się w bezsilności na ziemię z rękami bezwiednie opuszczonymi w geście bezradności. Jak tylko terapeuta zmieniał konfigurację i rodzice znajdowali się dalej, to ja czułam przypływ sił i podnosiłam się i wyciągałam ręce do reprezentanta celu i staliśmy tak objęci bardzo blisko siebie. To niesamowite uczucie nie mające żadnego związku z seksualnością. Niejednokrotnie tak się zdarza na ustawieniach i trzeba mieć w sobie zgodę na taką spontaniczność. Wtedy pamiętam, że właściciel ustawienia miał za terapeutą powtarzać słowa wyrażające wdzięczność i podziękowanie dla rodziców za trud wychowania i miłość. Następnie mówił, że teraz jest czas by pójść swoją drogą i zacząć swoje życie. Pamiętam, że wtedy czułam jak trudne to było dla niego i ja jako jego siła sprawcza stanęłam za nim i dłońmi ułożonymi na jego plecach dodawałam mu otuchy i lekko podpierałam go. W innym ustawieniu leżałam na podłodze jak kłoda bez życia o okazało się, że byłam amputowaną nogą. Nieraz czułam niesamowitą energię, siłę a innym razem bezsilność lub strach.

Te pierwsze ustawienia bardzo mi się podobały. Byłam podekscytowana i pełna energii, to było coś nowego i ożywczego. Podobało mi się podejście terapeuty, które uważam za niezwykle etyczne a jednocześnie pełne empatii i zrozumienia. Uczestniczę w jego warsztatach już trzeci rok i mogę śmiało go polecać dlatego wymieniam jego nazwisko. Prowadzi swoje zajęcia w różnych miejscach Polski a więcej informacji można zasięgnąć na jego stronie.

Po tych pierwszych ustawieniach wiedziałam, że wrócę tam jeszcze. Wkrótce zapisałam się na następne spotkanie za miesiąc, bo przeważnie odbywają się raz w miesiącu. Jeszce nie wiedziałam co mnie czeka…

c.d.n.

Ustawienia Systemowe (Helingerowskie)

    Mój romans z ustawieniami miał wieloletnią rozbiegówkę. Pierwszy raz zetknęłam się z nimi wiele lat przed rozpoczęciem studiów. Przez jakiś czas, gdy nasze dzieci dorastały, obserwowaliśmy niepokojące nas objawy i mieliśmy poczucie, że to wynika z tego, że w naszym życiu rodzinnym alkoholizm odgrywał jednak wiodącą rolę przez ładnych parę lat. A nawet jak udało się go okiełznać, to skutki poprzednich lat dawały o sobie znać. Czy chcemy czy nie, nasze dzieci podobnie jak my, mają sporo cech DDA. Wtedy jeszcze nie było tych terapii, a ja szukałam pomocy dla jednego z naszych dzieci i udałam się do ośrodka, w którym sama przechodziłam terapię. Dostałam kilka wskazówek i jedną z nich był namiar na psychologa, który zajmował się właśnie ustawieniami. To były początki w Polsce i niewielu terapeutów zajmowało się tym.

    Razem z mężem ustaliliśmy, że tym razem to on pojedzie. Zapisał się na weekendowe ustawienia i przez dwa dni przeżywał mnóstwo dziwnych dla nas wtedy rzeczy. Po pierwsze nigdy wcześniej nie widziałam, by mojego męża coś tak bardzo poruszyło, był cały w emocjach, co dla niego jest nietypowe. Opowiadał z ożywieniem historie różnych ludzi, których wcześniej nie znał, a przeżywał razem z nimi co najmniej jakby  były jego. Podobało mi się, o czym mówił i jak o tym mówił. To była dla mnie nowość, że mój mąż tak żywo zareagował i był zdecydowany jeździć częściej. Widziałam, że była to dla niego jakaś forma terapii, pomimo iż nie był uczestnikiem tylko obserwatorem. Pomogło to też nam i naszym dzieciom.

    W sumie jakbym miała krótko powiedzieć na czym to polega to miałabym obawy, że trąci to jakąś szarlatanerią. Spotykałam na swojej drodze także inne osoby, które miały kontakt z ustawieniami i mówiły podobnie, chociaż zdarzyło się, że mówiły o tym z pewną dozą lęku. Po latach, jak rozpoczęłam studia psychologiczne, to na pierwszym roku trafiło mi się, że mam przygotować prezentację na ten temat. Robiliśmy przegląd wszystkich nurtów w psychologii i ustawienia były podane jako ciekawostka. Metoda ta, podobnie jak psychoanaliza, nie jest możliwa do zbadania stosowanymi metodami naukowymi pod względem skuteczności i bezpieczeństwa i nawet nie jest uznawana przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne, jednak jest przez wielu z powodzeniem stosowana i oceniana jako niezwykle skuteczna i dająca szybkie efekty. Miałam bardzo sceptyczny stosunek i mieszane uczucia, gdyż wiedza kolidowała mi z doświadczeniem mojego męża. Jednak powiedziano nam na zajęciach, że nie należy tego odrzucać, tylko samemu sprawdzić i wyrobić sobie zdanie.

    Mój mąż jeździł nadal, także moi znajomi ze studiów, a ja jakoś nie mogłam się zdecydować. Potem rozpoczęłam swoją trwającą dwa lata terapię DDA, więc nie było możliwości sprawdzić i nawet nie było wskazane mieszać ze sobą tak różnych podejść do terapii. Zupełnie nieoczekiwanie ustawienia odnalazły mnie na praktykach studenckich w ośrodku Monaru i tam miałam możliwość zobaczyć, jak jedna z terapeutek posługuje się tą metodą, by sprawdzać jak zapijane przez pacjentów emocje przemieszczają się w systemie rodzinnym. Chodziło w tym przypadku o gniew. Wydawało się, że pacjentka była ofiarą przemocy swojego męża, jednak jak ustawiono wszystkich członków jej rodziny i dodano reprezentanta gniewu, to okazało się że to ona była sprawczynią wielu nieszczęść przez to, że nigdy nie wyrażała swojego gniewu. To trochę skomplikowane jak piszę, jednak wtedy jak to zobaczyłam, wiedziałam, że będę chciała temu przyjrzeć się dokładniej. Pierwszy raz trafiłam na ustawienia jakieś pół roku po śmierci syna i… wiedziałam że to jest coś, co pomoże mi powymiatać z kątów to, czego nie zdążyłam przepracować na swojej terapii.

c.d.n.

Moc kryjąca się w słowach

    Powiedzieć, że polubiłam TSR to stanowczo za mało. Ja niemalże identyfikuję się z jego filozofią. Jak już wspomniałam bliższe jest mi kroczenie jasną stroną mocy i praca na zasobach. Jednym z głównych filarów TSR- u jest moc kryjąca się w słowach. Zaczęłam zwracać baczną uwagę na to, jakich słów używam, gdyż one kreują rzeczywistość. Jeżeli skupiam się na brakach, krzywdach, niepowodzeniach i nieustannie o nich mówię, to tak mam nadal. Nic w moim życiu się nie zmienia. Po mojej terapii miałam długi czas, że przysłuchiwałam się naszej mowie, jakbym dopiero teraz uczyła się znaczenia słów. One nabierały dla mnie nowego, szerszego znaczenia.

    Zaczęłam słyszeć wieloznaczeniowość poszczególnych słów i kryjącą się za tym moc. Staram się, o ile jestem wystarczająco uważna, dobierać je starannie by miały w sobie pozytywną moc. Na przykład zamiast powiedzieć że coś zrobiłam źle, wolę użyć sformułowania, że nie wyszło mi to zbyt dobrze, albo zamiast mówić o brzydocie wolę powiedzieć o braku urody. Zamiast narzekać, że jest mi źle, staram się mówić o tym, co bym chciała zmienić, żeby było dobrze. Często w rozmowach gdy ktoś jest niezadowolony ze swojego życia i potrafi o swoim niezadowoleniu dużo mówić, bo zna na wylot ten stan, staram się przekierować temat z tego jak jest, na to, jak ma być. I jak zaczynamy rozmawiać o marzeniach to pojawiają się już inne słowa choć nie jest to takie łatwe. Na ogół dobrze wiemy jak nie ma być, czyli nie chcemy żeby było źle, żeby nie było strachu, nerwów, biedy, bólu, poczucia krzywdy, beznadziei, bezradności, bezsilności, przemocy  itp. Na pytanie: A co by mogło być w zamian? Trudno zaleźć od razu odpowiedź.

    Człowiek jest istotą opowiadającą swoją historię od zarania dziejów. Ta historia służy poszukiwaniu, porządkowaniu, a także nadawaniu znaczenia temu, co dzieje się w naszym życiu. Podobną rolę pełni dla mnie ten blog . Narracja, opowiadanie jest formą uzewnętrznienia wiedzy oraz ma znaczenie kulturowe i społeczne, bo pozwala współuczestniczyć w dialogu z innymi. Dzięki słowu poznajemy się i zaczynamy wymieniać doświadczenia, dzięki czemu mogę czegoś nauczyć się także od Was. Wasze słowa są dla mnie inspiracją i pomagają pisać dalej. W słowach kryje się energia potrzebna do działania. Jak dostaję od Was maile to od razu pojawiają się pomysły lub wydobywają się z zakamarków pamięci historie, wydarzenia, o których wcześniej nie pomyślałam. Komentarze na blogu też mają swoją moc, dają mi radość i poczucie sensu, tego co robię. Zawiązanie fabuły sprzyja uchwyceniu relacji między świadomością bycia tu i teraz a pamięcią przeszłości oraz możliwością kreowania przyszłości.

    Moje życie, podobnie jak każdego człowieka, składa się z wielu opowieści o kompetencjach, wiedzy, umiejętnościach i zdolnościach. Jeżeli są w tonie pozytywnym sprzyjają rozwojowi. Jeżeli nadaję im zabarwienie negatywne, mogą działać destruktywnie. Po części żyjemy „swoje opowieści”,  a skoro tak jest to warto dołożyć starań by była to opowieść naszych marzeń. Z tego też powodu staram się, by moja opowieść kreowała moje życie zgodnie z moimi marzeniami i nakreślonymi na ich podstawie planami. Terapie były dla mnie miejscem, gdzie pierwszy raz świadomie przysłuchiwałam się swojej historii i zaczęłam w niej uczestniczyć zamiast biernie obserwować bieg wydarzeń i uczestniczyć jedynie w czyichś historiach, bo nie wiedziałam, jaki jest mój cel i czego chcę. Jaką historię odkryliście lub jaką byście chcieli odkryć? Jestem bardzo ciekawa…

Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniach ciąg dalszy

Obrazek

Będąc na kursie pierwszego stopnia wiedziałam już, że będę kontynuować naukę w tym podejściu do terapii. Widziałam w tym dużo prostoty i skuteczności. Pół roku po pierwszym stopniu rozpoczęłam drugi. Tak się złożyło, że jednym z modułów był o traumach, w tym także przeżywanie żałoby. No i dowiedziałam się, że każdy ma swój sposób przeżywania i nie ma możliwości ominięcia tego. Każdy też ma swój czas na przeżycie. Nie ma reguły, każdy jest ekspertem od swojego przeżywania. Jedno co łączy wszystkich to etapy, które pojawiają się przy wszystkich stratach i to bez różnicy, czy strata dotyczy bliskiej osoby, czy zdrowia, pracy, jakiegoś cennego przedmiotu itp. Doświadczając straty najpierw przeżywamy szok potem zaprzeczamy, targujemy się z rzeczywistością układając w głowie różne inne scenariusze mające szczęśliwy koniec. Następnie następuje złość, potem depresja a na koniec akceptacja. U każdego mogą być inne proporcje w czasie i natężeniu przeżywania poszczególnych faz. Myślałam, że jak szybko zaakceptuję, to ominę depresję, ale nie dało  się obejść tego na skróty.

Po raz kolejny na grupie poznawałam siebie. Co prawda nie była to grupa terapeutyczna, lecz szkoleniowa, jednak było mi to pomocne. Po raz kolejny usłyszałam, że to ja jestem najlepszym ekspertem, podobnie jak każdy człowiek jest ekspertem od swoich problemów. To na początku wydaje się szokujące lecz po bliższym poznaniu okazuje się genialne w swej prostocie. Po raz kolejny przyglądałam się swojemu dzieciństwu, tym razem z perspektywy wyniesionych z niego zasobów, a nie jak dotychczas – poniesionych krzywd. Poczułam, jak jestem wyposażona i silna. Wiedziałam już i po raz kolejny utwierdzałam się w przekonaniu, że dam sobie radę ze wszystkim, co przydarza mi się w życiu. Dzięki koncentrowaniu się na pozytywach znalazłam się po jasnej stronie mocy. To dodawało i nadal dodaje mi sił. Dostrzeganie choćby najmniejszych oznak zmiany na lepsze już dodaje energii do dalszych wysiłków.  Bardzo podoba mi się centralna filozofia TSR-u : jeśli coś działa, rób tego więcej, powtarzaj! Jeśli coś nie działa, rób coś innego. Jeśli się nie zepsuło – nie naprawiaj. Nie komplikuj! Życie naprawdę jest proste.

W trakcie kursu poznaliśmy też elementy porozumienia bez przemocy tzw. NVC. Najcenniejszą dla mnie informacją jest, że emocje sygnalizują potrzeby. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nasze emocje są dziećmi potrzeb i to ja jestem za nie odpowiedzialna, a nie ktoś inny. To wymaga większej uważności na siebie i zrozumienia, która emocja o jakiej potrzebie mi mówi. Generalnie zadaniem emocji jest komunikowanie innym naszego stanu i warto być w zgodzie z sobą, gdyż wtedy komunikat jest prawdziwy i mamy wtedy szanse na autentyczną, szczerą relację. Nie mam tu na myśli sytuacji, gdzie szczerość może być zagrożeniem, mówię o codziennym, normalnym życiu. Jeżeli coś mnie złości, to wyrażając ją wyznaczam tym samym granice, jeżeli okazuję smutek, to mam szanse na współczucie i wsparcie, a jak radość to wspólną zabawę itp.

Drugą, nie mniej ważną funkcją emocji jest wentylowanie ciśnienia, co nie oznacza bynajmniej by wolno mi było odreagowywać emocje kosztem innych, są lepsze sposoby np. sport.

Trzecią funkcją emocji jest generowanie energii potrzebnej do zaspokojenia potrzeby. Każda emocja ma swoją energię potrzebną do wykonania zadania. Najwięcej energii generuje strach, gdyż przygotowuje nas do walki bądź ucieczki i jest to uwarunkowane biologicznie dla ochrony naszego życia. Polubiłam swój strach, on zazwyczaj generował energię do zwiększonego wysiłku i dzięki niemu udało mi się osiągać to, o czym marzyłam. Dziś potrafię rozgraniczać w większości przypadków, czy mój strach pochodzi z zagrożenia zewnętrznego, czy z mojego myślenia, że to nie dla mnie, że nie dam rady, że jestem za słaba, za stara, za głupia …

A jak Wy macie? Znacie swoją najsilniejszą emocję, która Was pcha do przodu? A może macie taką ulubioną, która ratuje Wam tyłek? Mam przyjaciółkę, która na zawołanie generuje radość i w stresujących sytuacjach tryska humorem i pogodą ducha, co pomaga załatwiać wiele spraw. Podzielcie się proszę…

Strata…

    Moje studia dobiegły końca po pięciu latach. Na pracę magisterską nie miałam kompletnie pomysłu, więc wybrałam promotora, u którego „podłączyłam” się do większego projektu. Statystyki nigdy nie polubiłam i nie widziałam większego sensu angażowania swych już i tak nadwątlonych sił. Badanie dotyczyło wpływu postrzegania ludzi na ich oceny- ciekawy temat. Mimo wszystko nie byłam ciekawa wpływu różnych manipulacji statystycznych na końcowe wyniki. Pokazywałam zdjęcia człowieka, które było opatrzone tekstem z komentarzem negatywnym, bądź pozytywnym, co miało wpływać na wstępne opinie o tym człowieku. Potem następowała seria pytań dotyczących odbioru tej osoby. Na końcu były pytania o szczegóły ze zdjęcia np. czy dana osoba to była kobieta czy mężczyzna, czy miała kolczyki, zegarek itp. Założenia były takie, że przy pozytywnym nastawieniu zapamiętujemy więcej i odwrotnie.

    Do zdjęć pozowały moje dorosłe już dzieci. Każde było ubrane tak samo i miało neutralny wyraz twarzy oraz nie patrzyło w obiektyw podczas robienia zdjęcia by nie wpływać na odbiór przez kontakt wzrokowy z osobami badanymi. Nawet nie wiecie jak bardzo to wszystko wpływa na to , jak odbierana jest np. reklama. Dołożyłam wszelkich starań by zadanie wykonać rzetelnie aczkolwiek bez większego zaangażowania emocjonalnego. Specjalnie jeździłam na uczelnię by przebadać w miarę jednolitą grupę ludzi, czyli studentów psychologii. Zdjęcia były na tyle dobre, że moja promotorka poprosiła bym spytała dzieci czy zechcą wziąć udział w badaniu naukowym także poza moją pracą magisterską i czy może je opublikować w swojej pracy doktorskiej. Wszystkie wyraziły zgodę na piśmie. Chcąc nie chcąc musiałam zaangażować się w tę pracę. Badanie jednak nie wyszło, tzn. zakładane hipotezy nie sprawdziły się. Na szczęście moja promotorka nie zraziła się tym, stwierdziła, że każdy uczciwy naukowiec przyznaje się do posiadania takich badań w swoich archiwach. Jakoś nie rozpaczałam z tego powodu, już chciałam jak najszybciej zakończyć te studia.  Byłam zmęczona i większą wartość widziałam w terapii, którą przeszłam i w praktykach studenckich niż w badaniach statystycznych. To po prostu nie była moja bajka. Praca była skondensowana maksymalnie jak się dało, żadnego wodolejstwa. Niezbędna najmniejsza ilość słów jaka była dopuszczona.

    Nadszedł dzień obrony. Chciałam już to mieć za sobą. Nawet się nie denerwowałam tak mocno. Na korytarzu wszyscy czekali zdenerwowani a ja byłam nad podziw spokojna. To powinno było wzbudzić mój niepokój. Dziś kojarzę, że miałam podobnie w szkole średniej, że jak się nie denerwowałam to pisałam gorzej sprawdziany niż wtedy gdy byłam zestresowana. Tym razem było podobnie… weszłam na egzamin i zasiadłam przed komisją trzyosobową twarzą w twarz i w momencie gdy wylosowałam pytania doświadczyłam znów jak na drugim roku na statystyce „paraliżu myślenia”. Byłam ugotowana i nie potrafiłam wybrać żadnego z trzech pytań chociaż były łatwe a ja miałam potężną dziurę w pamięci. Tu odezwało się moje DDA, nie potrafię zdawać egzaminów ustnych, to się nie zmieniło pomimo terapii. Może gdybym mogła przez chwilę być sama i przygotować się pisemnie to byłoby inaczej, ale tu nie było takiej opcji. Cała trójka patrzyła się na mnie siedząc za stołem i czekając aż wybiorę pytanie i odpowiem. Bredziłam jak potłuczona, bo nic nie mogłam sobie sensownego przypomnieć. Moja promotorka siedziała jak zaklęta a ja wiłam się jak piskorz. Na szczęście to nie trwało długo i profesor przeszedł do pytań z pracy magisterskiej i tu już odzyskałam pamięć i zaczęłam mówić rzeczowo. W sumie obroniłam na cztery i jestem usatysfakcjonowana wziąwszy pod uwagę, że nie byłam zainteresowana osobiście żadnym badaniem. Chciałam mieć to już za sobą. Przez jakiś czas myślałam o doktoracie, ale zrezygnowałam z tego pomysłu, bo dalej nie wiem, co chciałabym zbadać.

    Wydawało mi się, że najgorsze mam za sobą. W perspektywie miałam wyjazd z mężem i najmłodszym synem na obóz sportowy. To były zaplanowane nasze ostatnie wakacje razem jako rodzice z dzieckiem. On po udanej maturze i po pierwszej wakacyjnej pracy miał rozpocząć dorosłe życie. Cztery dni po mojej obronie, wracając z pracy do domu na rowerze, mój syn został potrącony przez samochód i zginął na miejscu…

    Chociaż minęło parę lat nadal jestem w żałobie, której nie zamknęłam. Piszę i płaczę. Zbierałam się do tego wpisu jak sójka za morze. To potworne przeżycie i trudno mi pisać. Mój świat rozleciał się w drobne kawałki. Doświadczyłam mnóstwa nowych stanów emocjonalnych i duchowych. Przeżyłam tyle, że nie sposób opisać w jednym poście. Nie chcę też epatować swoim nieszczęściem. Uczę się być szczęśliwa pomimo wszystko. Nadal realizuję swoje cele i marzenia. Tu przydały się moje cechy DDA. Przez pierwszy tydzień bałam się wyjść z domu, byłam bezbronna jak dziecko, wszystkie mechanizmy jakie kiedykolwiek wypracowałam były bezużyteczne. Nic nie mogło zaczarować rzeczywistości, ona była nieubłagana i nie chciała za nic się zmienić. Nic nie pomagało, ból był nie do zniesienia. Mąż i pozostałe dzieci załatwiali formalności a ja nie byłam w stanie wyjść z domu. Bałam się. W domu czułam się bezpiecznie i mogłam to jakoś ogarnąć. Po paru dniach dotarło do mnie, ile kosztowało męża i syna załatwianie spraw formalnych, chodzenie po urzędach itp. Wnuki mieszkające z nami wychodziły ze skóry by tylko odwrócić naszą uwagę od rozpaczy, która była wszechobecna w naszym domu. Zaczęłam się ogarniać, w dniu pogrzebu idąc na cmentarz z wnukiem za rękę, który instynktownie szukał we mnie wsparcia, widząc tłum ludzi wykorzystałam znane mi zamrożenie. Zapięłam wewnętrzny skafander po czubek głowy i powiedziałam sobie w duchu: do roboty. Płakałam, ale nie rozpaczałam. Starałam się funkcjonować i żyć na ile się dało. Było ciężko…

    W tym najtrudniejszym czasie z pomocą przyszli przyjaciele i wspólnota DDA/DDD. Grupa była dla mnie miejscem gdzie mogłam na bieżąco mówić o swoim stanie emocjonalnym. Tam mogłam przeżywać i układać w  sobie wszystkie etapy żałoby. Jestem niezmiernie wdzięczna wspólnocie, gdyż nikt inny nie byłby w stanie pomieścić mojego bólu i nigdzie indziej nie byłabym za każdym razem jak przyszłam, wyściskana przez tyle życzliwych osób. Tam też znajdowałam zrozumienie. Inni, którzy również przeżyli śmierć kogoś bliskiego dzielili się ze mną swoimi doświadczeniami z tego czasu zaraz po stracie. To było jedyne miejsce gdzie mogłam mówić, co tylko potrzebowałam bez ograniczeń. Śmierć jest tematem tabu i wywołuje w odbiorcach ogromny lęk. Widziałam strach w oczach ludzi jak mijali mnie na ulicy, nieraz odwracali głowę. Doświadczyłam swoistego wykluczenia w mikroskali i wiem, że wynikało to z bezradności wobec faktu śmierci, a nie z niechęci do mnie. Nie zmienia to faktu, że było to bolesne dla mnie. Na szczęście jest dużo osób takich jak ja, z którymi szybko nawiązywałam relację. Moje klientki okazały się cudownymi kobietami. Były nieocenione. Doświadczyłam niezwykle silnej solidarności kobiet i siły. Dostawałam wsparcie, pokrzepienie i prezenty w postaci słodyczy, nalewek swojej roboty i wymiany doświadczeń. Panie opowiadały mi, co one przeżywały i co im pomagało. To było bezcenne. Czułam się zrozumiana, a miało to ogromne znaczenie, ponieważ doświadczyłam nowych nieznanych mi wcześniej doznań, które towarzyszą śmierci kogoś bliskiego. Jeżeli ktoś z czytelników byłby zainteresowany wymianą to zapraszam drogą mailową poza blogiem

    Grupa DDA/DDD była dla mnie przez pierwszy rok schronieniem i odskocznią. Jeździłam regularnie co tydzień i byłam bardzo aktywna. Przywoziłam ze sobą nowe koleżanki. Przez jakiś czas chodziłam na mitingi Al-Anon dla żon alkoholików. Tam po raz pierwszy poczułam siłę kobiecości gdy słyszałam modlitwę o pogodę ducha odmawianą tylko przez kobiety. To działało na moje serce jak balsam. Potrzebowałam ludzi i wspólnoty bardziej niż kiedykolwiek i dostawałam wszystko, co na tamten czas mogłam przyjąć. Jednak nic nie było w stanie odjąć choć na chwilę bólu z jakim budziłam się każdego dnia. Aktywność pozwalała mi jednak zająć myśli. Zostałam wybrana rzecznikiem grupy DDA/DDD i tę funkcję sprawowałam przez rok. Uczestniczyłam też w grupie edukacyjnej, która poprzedzała mitingi. Z radością obserwowałam jak pojawiają się nowe, młode osoby, które chciały pracować na programie dwunastu kroków i wprowadzać zmiany w swoim życiu. To pozwalało uciekać mi od swoich emocji. W jakiś sposób odraczałam swoją żałobę.