Organizacyjnie

    Dzisiaj trochę inaczej. Widzę, że jest to jednak komuś przydatne i bardzo Wam dziękuję za miłe słowa, to działa jak paliwo. Jednak zanim ruszę dalej chciałabym dać informację o możliwościach dla Was jakie ma ten blog. Otóż komentarze nie muszą być widoczne – ja decyduję, czy opublikować je czy nie. W związku z tym, jeżeli ktoś ma życzenie by jego komentarz nie był publikowany, to wystarczy w tym komentarzu dopisać „nie publikować” lub coś podobnego. Może być też tak, że chcecie o coś zapytać, to też jest możliwe i mogę odpowiedzieć poza blogiem, tylko proszę o zaznaczenie, że chcecie bez publikowania. Mam świadomość, że nie każdy przeszedł taki wieloletni maraton i może czuć się skrępowany lub mieć obawy, zwłaszcza jak jest na początku swojej drogi. Jednak drugą ważną rzeczą w zdrowieniu lub rozwoju jest mówienie, pisanie i jakkolwiek wyrażanie tego, co w dzieje się w nas i dzielenie się tym z drugim człowiekiem.

    Mam pomysł by utworzyć wirtualną grupę DDA/DDD działającą na tych samych zasadach co grupy pracujące na dwunastu krokach. Pomyślałam sobie, że w dużych miastach jest już trochę tych grup, ale są obszary gdzie nie ma ich wcale, a osób zmagających się z tymi cechami  jest niemało i może chciałyby skorzystać z takiej formy pomocy. Nie wiem jeszcze, jak to ugryźć formalnie i technicznie, dlatego zwracam się do Was z pytaniem: Czy macie jakąś wiedzę na ten temat lub pomysły, jak to zrobić i czy jest taka potrzeba? Proszę pomyślcie o tym i oprócz komentarzy pozostaje jeszcze droga mailowa: mojadrogadosiebie@gmail.com. Wiem, że intergrupa DDA/DDD spotyka się raz w miesiącu za pomocą skype’a więc może to jest jakiś pomysł, ale nie znam szczegółów technicznych. Jeszcze raz dziękuję.

Kolejny kończący się etap…

   Po pierwszych i kolejnych zajęciach w szkole wiedziałam, że TSR (Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniach) jest absolutnie dla mnie. Postanowiłam zgłębić ten temat. W międzyczasie trafił mi się dodatkowy kurs z diagnozowania pozytywnego i negatywnego, gdzie utwierdziłam się w przekonaniu, że diagnozowanie pozytywne jest mi bliższe i jest mi łatwiej szukać jasnych i mocnych stron. Ponadto zdecydowanie lepiej dokonuję zmian małymi krokami niż poprzez robienie rewolucji w moim życiu.

    Pół roku po zakończeniu swojej terapii zaczęłam szkolenie I stopnia TSR. Oczywiście żeby przyswoić sobie zasady pracowaliśmy na sobie. W takim układzie po prostu czuje się, czy to jest to. Nie ma teoretyzowania, jest tylko czysta praca terapeutyczna. Okazało się, że przy odpowiednim nastawieniu i spojrzeniu na swoje problemy z innej perspektywy, można zobaczyć coś innego niż dotychczas. To było radosne i budujące przeżycie. Miałam trochę stresu, gdyż ten kurs zbiegał się z obroną pracy magisterskiej; program jednak był tak ciekawy, że chłonęłam wszystko całą sobą.

    Jednym z ćwiczeń była praca na relacjach. Wzięłam „na warsztat” relację z jednym z moich dzieci, ponieważ byłam i nadal jestem wyczulona na symptomy współuzależnienia. Tym razem chodziło o gry komputerowe. Pracując nad tym problemem nagle poczułam, jak smutne jest moje dziecko (dorosłe już) z powodu rozstania z ukochaną osobą. Pomimo, iż rozstanie miało miejsce rok wcześniej, nagle dotarło do mnie jak bardzo cierpi. Tak mocno poczułam to cierpienie, że zaczęłam płakać, ku swojemu zdziwieniu i zdziwieniu koleżanki, z którą robiłam ćwiczenie. Płakałam i nie mogłam się uspokoić, było mi strasznie żal. Jak już wcześniej pisałam, terapie spowodowały u mnie większą wrażliwość i empatię. To powodowało spontaniczne reakcje. Moje „rozmrożone” emocje nie sprawiały mi kłopotu, tyle, że reagowałam spontanicznie i była to dla mnie nowość. Znacznie częściej były to reakcje wesołe, radosne. Tym razem było inaczej. Dziś, po paru latach myślę, że może to było coś więcej. Nie wiedziałam, jak wielka czeka mnie trauma. Jednak wtedy tylko zdziwiłam się, że aż tak mocno płaczę. Nie powstrzymywałam tego i wypłakałam się, empatyzując się z moim smutnym z powodu rozstania dzieckiem.

    Kurs I stopnia dobiegł końca, a ja już wiedziałam, że zacznę tą metodą pracować i jak najszybciej będę chciała zrobić drugi stopień. Bardzo się cieszyłam pomimo zmęczenia, które już odczuwałam po pięciu latach studiów i dwóch latach terapii. Powoli zbliżałam się do zwieńczenia dzieła, odbyłam wszystkie możliwe praktyki jakie oferowała szkoła. Wybrałam ośrodek leczenia uzależnień od narkotyków i alkoholu. Przez dwa tygodnie mieszkałam w budynku z uzależnionymi od narkotyków. Uczestniczyłam z nimi w terapii. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam, jak wielką wartość miała moja własna terapia. Teoretyzowanie nie sprawdza się w takich grupach. Trzeba mieć dobry kontakt ze swoimi emocjami i dopiero to, w połączeniu z wiedzą, daje rezultaty. Na grupie dla uzależnionych od alkoholu otrzymałam propozycję poprowadzenia zajęć i dostałam swój ulubiony temat: wstyd. O wstydzie już pisałam, więc nie będę się powtarzać. Dodam tylko, że udało mi się grupę zainteresować tematem toksycznego wstydu, który jest charakterystyczny dla DDA. Niektórzy pierwszy raz usłyszeli o tym, że ten wstyd nie jest rezultatem ich winy, a emocją, która została zaimplantowana w dzieciństwie, a potem to już reakcja łańcuchowa. Picie alkoholu to już skutek, a nie przyczyna. Wiele osób ma tak dużo pokładów wstydu, że alkohol wydaje się być idealnym środkiem na jego uśmierzenie. Bardzo im współczułam, gdyż w młodości sama sięgałam po alkohol i byłam niemalże pewna, że uzależnię się tak, jak mój tata. Stało się inaczej i jestem z tego zadowolona. Wtedy pomyślałam, że mogłabym pracować nie tylko z DDA, ale także z uzależnionymi. Dobrze się tam czułam i żałowałam, że ten ośrodek jest zbyt odległy od mojego miejsca zamieszkania, bym mogła tam pracować.

    Oprócz tego ośrodka zaliczyłam także praktyki w Ośrodku Terapii Zajęciowej dla Osób Niepełnosprawnych Intelektualnie. Przemiłe praktyki, jednak nie czułam jakiegoś pociągu do tej pracy. Ostatnią praktyką był miesiąc w hospicjum. Trudny, najtrudniejszy temat. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo stanie mi się bliski. Wspaniałe miejsce z cudownymi ludźmi, którzy ze zdumiewającą lekkością i pogodą ducha (bynajmniej nie z lekceważeniem!) potrafili towarzyszyć pacjentom w tych ostatnich chwilach. Miałam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony lubiłam tam chodzić z powodu autentyczności z jaką się tam stykałam – tam już nie ma miejsca na gierki, maski i udawanie, tylko naga prawda. Jeżeli miałam kontakt z pacjentami rozmawiającymi, to było ok. Trudnością było dla mnie obcowanie z osobami nieprzytomnymi. Czytałam nieraz książki na głos osobom, o których nie wiedziałam, czy jest im to pomocne, czy nie. Brak kontaktu jest dla mnie dużą trudnością. Muszę być w interakcji z drugim człowiekiem. Pisząc tego bloga mocno zmagam się z tą cechą, bo jedynym śladem interakcji są nieliczne komentarze i liczba wejść. To, że ktoś go czyta jest już znakiem, że to moje pisanie się komuś przydaje i za to dziękuję.

c.d.n.

Nowe spojrzenie na terapię

    Kończąc terapię DDA rozpoczęłam następną, trwającą do dzisiaj, przygodę z TSR-em (Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniach). Pierwsze spotkanie z TSR-em na uczelni zazębiło mi się z maratonem kończącym terapię pogłębioną dla DDA/DDD prowadzoną w nurcie psychoanalitycznym. Jak trafiłam na zajęcia to bardzo się zdziwiłam, jak inne może być podejście do problemu. Dotychczas byłam uczona, że należy szukać jego przyczyny, by móc zdiagnozować istotę problemu. Jakże to było dla mnie trudne, męczące i frustrujące. Należę do ludzi, dla których szklanka jest do połowy pełna, więc szukanie rozwiązań, a nie przyczyn problemu jest mi bliższe. Na zajęciach usłyszałam coś, co wywróciło mi do góry nogami całe pięć lat studiów – nie byłam jedyna, inni mieli podobnie. Nagle okazało się, że drążenie problemu jest bezowocne, lepiej rozmawiać poza nim, szukać zasobów i zmieniać perspektywę, a właściwie poszerzać ją i pokazywać klientowi nowe obszary. To było genialne. Siedziałam na zajęciach jak zaczarowana. Nareszcie znalazłam swoją drogę zawodową; czułam się jak ryba wrzucona do wody. Jakże to było inne od tego, czego doświadczałam w swojej terapii! Zamiast wracać do przeszłości, całą energię wkłada się w teraźniejszość z ukierunkowaniem na preferowaną przyszłość. Moje dotychczasowe, cenne doświadczenie pozostawało w ostrym kontraście z tym, czego właśnie się dowiadywałam. Te zajęcia rozbudziły mój apetyt na więcej. Podobało mi się, że można krócej i więcej osiągać, nie będąc zmuszonym do przeżywania starych historii. Okazało się, że pytanie „dlaczego?” nie jest produktywne, lepsze jest pytanie „po co?”. Ważniejsze jest, co chcę, jaki mam w tym interes i co jest do osiągnięcia. Najważniejsze jest rozwiązanie, a nie problem.

    Bardzo spodobało mi się podejście do człowieka, który przychodzi do gabinetu. To nie jest pacjent, tylko klient ze swoją rzeczywistością, którą prezentuje tu i teraz. Nie potrzebuję zajmować się jego podświadomością i zgadywaniem, jakie to ma powiązanie z jego wczesnym lub późnym dzieciństwem.

    Kolejną rzeczą, która mnie ujęła, to brak normatywności. Nie muszę tracić czasu na określanie, czy to, z czym przychodzi klient mieści się w jakichś normach czy nie. To nie ma znaczenia dla procesu terapeutycznego. Dowiedziałam się za to, jak wielkie znaczenie ma słowo i jaka kryje się za nim moc. Tak naprawdę to słowo kreuje rzeczywistość; zdrowiej i rozsądniej jest mówić o rzeczach konstruktywnych, a nie destrukcyjnych. Nareszcie poczułam, że ta terapia koncentruje się na pozytywach i dzięki temu jest po jasnej stronie mocy. Bardzo przemawiało do mnie wszystko, o czym się dowiedziałam. Dodawało mi to skrzydeł i energii. Byłam niemalże w stu procentach pewna, że to jest moja droga. Poprawiało mi to samopoczucie przed zbliżającym się maratonem kończącym moją w sumie dwuletnią terapię. Nagle poczułam się pełna mocy i bogata w zasoby, które w sobie wypracowałam wychowując się w rodzinie alkoholowej. Spojrzałam na siebie i swoje dzieciństwo innymi oczyma. Dostrzegłam jak wiele mam zasobów, których nie posiadają osoby wychowujące się w tzw. zdrowych rodzinach. Coś, co wyglądało na deficyt, nagle zaczęłam postrzegać jako zasób. Moja chaotyczność nabrała zupełnie innego wymiaru. Zobaczyłam, że dzięki życiu w chaosie nabrałam sporej elastyczności i jest mi to bardzo przydatne. Nie potrzebuję unormowanego czasu pracy, sztywnych reguł i zakresu obowiązków. Dzięki tej elastyczności mogłam w swoim życiu wykonywać kilka różnych zawodów, wciąż się uczyć i zaspokajać swoją ciekawość.

    Po zajęciach z TSR-u, jak pojechałam na zakończenie terapii, byłam już innym człowiekiem. Było mi łatwiej definitywnie zamknąć ten proces i wracać do tego z innym nastawieniem. Nadal uczę się i mam swoją terapię w ramach szkolenia, jednak nic już nie jest tak trudne i bolesne jak tamta terapia.

    Jestem ciekawa, jakie macie swoje spostrzeżenia o swojej terapii? Co najcenniejszego z niej wynosicie? Co jest dla Was pomocne?

c.d.n.

Jakie korzyści odniosłam z treningów tai chi?

Gdy minęło pół roku treningów byłam pewna, że jest to dla mnie i chcę to robić. Nadal nikt ode mnie nie oczekiwał jakichś postępów, ale ja sama zaczęłam się trochę bardziej przykładać i tyle ile pamiętałam, ćwiczyłam w domu. Nieraz umawiałam się z koleżanką i ona pokazywała mi formę. „Rzeźbiłam” ją po małym kawałeczku. Z zazdrością patrzyłam jak inni z łatwością uczą się tego. Ja mam jakąś barierę lub ograniczenie i naprawdę długo uczę się formy. Jednak jak już się nauczę, to moje ciało doskonale to pamięta.

Pewne sytuacje pokazały mi, jak ważne są to dla mnie umiejętności. Kiedyś biegłam na spotkanie grupy DDA i zahaczyłam czubkiem buta o wystającą płytę chodnikową. Leciałam jak długa, centralnie na kolano i nagle jak w zwolnionym tempie włączyła mi się świadomość ciała (nie głowy, to nie szło z myślenia) i jakbym obserwowała siebie na filmie, widziałam jak moje ciało zmienia kierunek i układa się bokiem. Czułam i wiedziałam, że uniknęłam poważnej kontuzji, byłam bliska roztrzaskania kolana a tak miałam zbicie i otarcie. Trochę bolało, ale generalnie było ok. To było nowe doznanie, nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam, pomimo iż o swoją sprawność fizyczną dbałam od lat. Jednak tai chi daje coś więcej niż sprawność. Zaczęłam odkrywać, że moje ciało dużo wie i moja wiedza nie pochodzi tylko z głowy.

Innym razem stałam w kolejce i z tyłu zbyt gwałtownie i zbyt blisko podszedł jakiś mężczyzna. Ja tego nie widziałam, ale poczułam i wyznaczyłam swoją granicę za pomocą łokcia, który gwałtownie wysunęłam do tyłu i facet się na niego nadział. Było przy tym trochę śmiechu i wzajemnego przepraszania. Pan okazał się karateką i nawet nazwał ten ruch, który wykonałam. Historyjka zabawna, jednak dała mi do myślenia. Trener nieraz mówił nam, że ćwicząc regularnie niejako uzbrajamy się. Wtedy dokładnie poczułam, jak moje ciało zadbało, by nie naruszano moich granic. Jednym z ćwiczeń, które lubiłam, oprócz rozgrzewki, którą lubię i robię do dziś, był ruch spontaniczny. W tym swobodnym ruchu przy muzyce widziałam i czułam, jak moje ciało swobodnie i spontanicznie układa się w rytm i melodię muzyki. Nie chodzi tu o żaden balet, ale całkowitą swobodę i spontaniczność. Na treningach czułam się bezpiecznie i pozwalałam sobie na spontaniczność. Widziałam, jak moje ramiona wznoszą się jak do lotu, ale jednocześnie zakreślają granice mojej strefy komfortu. Potrzebuję dla siebie bardzo dużo przestrzeni i zawsze tak stawałam, by mieć wokół siebie dużo miejsca. Później, będąc w terapii i chodząc na treningi, podczas ruchu spontanicznego mogłam obserwować, jak moje ciało reaguje na poszczególne etapy terapii. To były cenne obserwacje. Z drugiej strony, ćwicząc w grupie mieszanej mogłam też obserwować siebie, co się dzieje we mnie podczas ćwiczeń w parach z mężczyznami. To był dobry trening na oswajanie swoich lęków i nabierania odwagi oraz swobody. Jednak z perspektywy czasu widzę, że nie u każdego trenera jest taka możliwość. Miałam kilku, i tylko u jednego czułam całkowite bezpieczeństwo. Na szczęście dane mi było ćwiczyć u niego przez ok. 5 lat. Po pierwszym roku wiedziałam, że to mój sport na zawsze. Jak tylko robiłam przerwę, odzywały się dolegliwości kręgosłupa. Po drugim roku ćwiczeń zdecydowałam się wyjechać z grupą na obóz sportowy. Dostaliśmy zdrowo w kość, treningi trwały od świtu do wieczora, z przerwami na posiłki. Byłam zmęczona i szczęśliwa. Jak wróciłam to z radością obserwowałam jak miękko i swobodnie porusza się moje ciało podczas zwykłego chodu. Lata treningów dały mi bardzo dużo sprawności i świadomości. Dziś widzę, jak wielki to zasób. Będąc na różnych warsztatach pracy z ciałem widzę korzyści z tego. Byłam bardzo mile zaskoczona na pracy z ciałem wg Lowena. Okazało się, że wiele ćwiczeń ma swoje źródło w tai chi.

c.d.n.

Tai chi

Po zakończeniu terapii, a właściwie pod jej koniec doświadczałam stanu, który trudno mi nazwać. Patrzałam na świat innymi oczyma. Często byłam zdziwiona, że pewne rzeczy widzę inaczej niż przedtem i towarzyszyła temu radość dziecka z odkrywania świata. Na nowo odkrywałam brzmienie i znaczenie słów, tak jakbym pierwszy raz się im przysłuchiwała z uwagą. Trwało to parę miesięcy, a potem stopniowo zanikało, jednak nie do końca. Część tego ciekawego dziecka we mnie została i wciąż mam chęć uczenia się i poznawania świata. Dzięki tej ciekawości eksploruję nowe obszary w terapii i będę je opisywać. Jednak zanim przejdę do innego nurtu w psychologii, chcę napisać o innym doświadczeniu, które towarzyszyło mi równolegle w czasie studiów i terapii. To były treningi tai chi i nie były bez znaczenia w tym procesie. Generalnie na rozwój składa się wiele czynników i nie mogę powiedzieć, że tylko terapie były stymulatorem. To fakt, że pierwsza terapia była najsilniejszym bodźcem do rozwoju. Tam określiłam swój kierunek życiowy i dostałam narzędzia do realizacji siebie. Potem to wszystko działo się wielopoziomowo.

Jednym z takich poziomów w moim „matrixie” było tai chi. Trafiłam tam nieprzypadkowo. Słyszałam o tym od moich klientek, koleżanek i kolegów. W końcu podjęłam decyzję, by pójść i sprawdzić. To był czas, gdy byłam jeszcze zaangażowana religijnie, choć moje zaangażowanie już słabło, jakby straciło paliwo, a nowego jeszcze nie znałam. Poszłam z nastawieniem, że pochodzę pół roku i dopiero wtedy podejmę decyzję, czy to jest dla mnie. Po pierwszym treningu miałam mieszane uczucia. Z jednej strony podobało mi się, ale włączył mi się lęk, że to takie obce, nie nasze. Z drugiej strony znałam sporą część ludzi, którzy tam chodzili i miałam o nich jak najlepsze zdanie. Po treningu czułam się rewelacyjnie, pierwszy raz ze zdziwieniem doświadczyłam, że ciepło mi w stopy i nie muszę zakładać grubych skarpet do spania. Długie lata spałam w ciepłych, wełnianych skarpetach, prawie cały rok, z wyłączeniem upałów. Jednak jak lato było chłodne to też je zakładałam. To był najbardziej widoczny i mierzalny efekt wpływu tai chi na mój organizm. Nie mogłam tego przeoczyć lub zlekceważyć. Jednak to nie było takie łatwe, jak aerobik czy zumba. Te treningi wymagały cierpliwości i uważności. Forma jaką ćwiczyliśmy nie była dla mnie prosta. To mi pokazywało, jak mały mam kontakt z własnym ciałem i niewielką świadomość ciała w ruchu. Gdyby nie korzyści, które poczułam od razu, to pewnie bym z tego zrezygnowała.

Jednak korzyści przybywało, a po jakimś czasie odkryłam, że prawie wcale nie boli mnie kręgosłup. Zdecydowanie lepiej też spałam. Mój kręgosłup był już trochę sfatygowany z powodu pracy. Lata spędzone przy maszynie do szycia zrobiły swoje. Treningi pozwalały się rozluźnić i ustabilizować postawę ciała. Poza tym atmosfera jaka tam panowała dawała mi niezwykłe wyciszenie. Trwały 2 godziny raz w tygodniu. Trener był urodzonym nauczycielem i mistrzem w swoim fachu. Był kompetentny, cierpliwy, nieoceniający i miał rozległą wiedzę nie tylko o tai chi, ale o wszystkim, co się z tym wiązało, m.in. o anatomii człowieka czy aspektach zdrowotnych treningów, które prowadził. Robił mini wykłady na każdym treningu. Nie byłam zainteresowana kulturą Chin ani aspektami filozoficznymi, jednak nie przeszkadzało to nikomu. Nie wymagano ode mnie zaangażowania większego ponad te, które przejawiałam. Miałam duży dystans i chodziłam ze zwykłego egoizmu, było mi po prostu dobrze po tych treningach. Ponieważ trener mnie nie zawstydzał, że nie robię postępów, a nie robiłam, bo nie ćwiczyłam w domu, postanowiłam chodzić nie angażując się.

c.d.n.

Zakończenie terapii pogłębionej – co mi to dało? Co dalej?

Odkrycie mojej miłości do ojca było punktem kulminacyjnym mojej terapii. Po tym odkryciu stopniowo wycofywałam się z procesu terapeutycznego. Moja terapeutka próbowała zawrócić mnie z tej drogi mówiąc, że mam jeszcze nieprzerobioną złość do matki. Ja tak nie uważałam. Wtedy miałam już dosyć i rezultat był dla mnie satysfakcjonujący. Było dla mnie jasne – i jest nadal – że terapia należy do klienta, a nie terapeuty i to klient decyduje, co chce osiągnąć i kiedy skończyć terapię. Co prawda do końca grupy zostało jeszcze parę miesięcy i nie zamierzałam wycofywać się z podjętego zobowiązania. Jednym z zasobów, jaki wyniosłam z terapii jest dokańczanie rozpoczętych projektów. Ciężko i rzetelnie pracowałam przez ten czas terapii. Część grupy to zauważała i przyznała, że chyba załatwiłam najwięcej swoich spraw na tej grupie. Niektórzy wycofali się, inni załatwili swoje sprawy, a jeszcze inni tylko połowicznie. Jak już wspomniałam, nie wiem od czego to zależy, ale myślę, że od determinacji by coś zmienić w swoim życiu.

Na sam koniec grupy czekała mnie niespodzianka, gdyż nieoczekiwanie został przeniesiony maraton kończący terapię na inny termin, który miałam już zajęty przez zajęcia w szkole. Bardzo żałowałam i chciałam w nim uczestniczyć za wszelką cenę, jednak szkołę stawiałam na pierwszym miejscu. Fakultet, który miał się w ten weekend rozpocząć, był szczególnie ważny. Przez dwa lata próbowałam się na niego dostać bez skutku i teraz, gdy osiągnęłam cel, miałabym z tego zrezygnować? Tym bardziej, że w grę wchodziły wybory dotyczące dalszej drogi zawodowej. Wciąż nie wiedziałam, co będę robić po studiach. Żadna z dotychczasowych opcji mnie nie satysfakcjonowała, a wymarzony fakultet dotyczył Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach, czyli czegoś przeciwnego do psychoanalizy. Nie wiedziałam, jak o tym powiedzieć, ale zdarzyło się, że podczas jakiejś sprzeczki wydała mnie jedna z koleżanek, której mówiłam o swoim dylemacie. Z jednej strony było mi przykro, że zdradziła treść naszej rozmowy, a z drugiej ułatwiła mi zadanie i sprawa stanęła na forum grupy. Musiałam otwarcie powiedzieć, że szkoła jest dla mnie na pierwszym miejscu. gdyż na terapię trafiłam właśnie ze względu na nią, a nie odwrotnie. Było mi ciężko, ale czas pokazał, że warto mieć priorytety i skalę wartości oraz ważności swoich spraw. W ostatniej chwili okazało się, że terapeutka musiała po raz kolejny przesunąć maraton, dzięki czemu mogłam być i w szkole, i na maratonie kończącym terapię. Zaczęłam ufać, że Siła Wyższa wynagradza mnie za trud włożony w terapię i studia. Niejednokrotnie zauważałam, że jeżeli o czymś bardzo mocno myślę i marzę, to sprawy przybierają taki obrót, żeby było najlepiej. Jak to się dzieje, nie wiem. Nieraz na początku wydaje mi się, że coś nie jest dla mnie dobre, ale potem się okazuje, że wszystko układa się tak, jak należy.

Maraton kończący porządkował cały proces terapeutyczny. Przestałam się czuć jak piętnastolatka. Czułam się adekwatnie do swoich pięćdziesięciu lat i było mi z tym dobrze. Odzyskałam swoje wewnętrzne dziecko a z nim ciekawość, spontaniczność, radość i zaufanie. Dużo przez ten rok się we mnie zmieniło. Jednym z zadań przed maratonem była prośba do bliskich, by napisali do mnie list, w którym opisują zmiany, jakie we mnie zauważyli. Poprosiłam męża, dzieci i przyjaciółki. Czytając te listy dopiero na maratonie bardzo się zdziwiłam, jak zbieżne były ich informacje z moimi odczuciami. Nigdy bym nie przypuszczała, że to co starannie skrywałam i wydawało mi się tak skuteczne, jest dla innych i tak zauważalne i czytelne. Nigdy bym nie przypuszczała, że lęk może być dla kogoś widoczny. Jakie zmiany zostały zauważone? Oto one:

1. Im mniej mówię, tym więcej słyszę, widzę i czuję.
2. Myślę wolniej i więcej. Rozmyślam.
3. Mniej się ekscytuję, częściej pozwalam sobie na smutek.
4. Nie unikam uczuć nieprzyjemnych. Daję sobie prawo do złości, smutku, żalu, strachu i wstydu.
5. Wiem, że dominującym i najgłębiej zalegającym uczuciem był wstyd, który kiedyś paraliżował moje myślenie.
6. Daję sobie prawo do wstydu, a tak naprawdę do niewiedzy.
7. W nowych sytuacjach jestem trochę jak bezbronne dziecko. Nie uruchamiam mechanizmów obronnych. Zachowuję dystans, jestem spokojna i uważna. Uczę się nowych zachowań.
8. Częściej zdaję się na zdanie innych. Słyszę, co mówią i potrafię z tego korzystać. Nie mam już swoich patentów na wszystko. Kiedyś wydawało mi się, że mam.
9. Kiedyś byłam opanowana, a właściwie skontrolowana i usztywniona. Teraz jestem bardziej spontaniczna, a jednocześnie spokojniejsza. Bardziej wyciszona, chociaż nie wszystkie napięcia mnie opuściły.
10. Więcej i głębiej rozmawiam z najbliższymi.
11. Ze zmian somatycznych: ustąpiły dolegliwości ze strony żołądka. Odstawiłam leki, które podobno miałam brać do końca życia. Chociaż minęło już parę lat, nadal czuję się dobrze. Ustąpiły i zelżały migreny. Jest mi cieplej, nie marznę.

Dziś, po latach mogę stwierdzić, że moje ciało jest nośnikiem wielu historii i pamięta więcej niż głowa. Jeżeli nie ignoruję sygnałów z ciała, to dowiaduję się więcej o sobie. Ta terapia była jednym z silniejszych przeżyć w moim życiu. Po zakończeniu jej czułam żal po stracie. Tęskniłam za grupą, za tym poczuciem bliskości, jedności i wsparcia. Jednak jak po roku zrobiliśmy spotkanie, to nagle odkryłam, że to uczucie to była tęsknota dziecka za stabilną rodziną, której namiastką była grupa terapeutyczna. Poza terapią z tymi ludźmi nic mnie nie łączyło. Po tym odkryciu przestałam tęsknić. Jak uspokoiły się wszystkie emocje, to została ogromna wdzięczność, która do dzisiaj jest we mnie zwrócona dla grupy i terapeutów za to, że odkryłam coś, co leżało ukryte jeszcze głębiej pod wstydem. Miłość jest największym skarbem, do którego mogłam się dokopać i za to jestem niezmiernie wdzięczna.

c.d.n.

Co mi dała terapia pogłębiona?

Terapia  bezlitośnie obnażała nasz mechanizmy obronne; niedojrzałe, dziecięce, wręcz dziecinne. Z trudem przyjmowałam fakt, że ja też się nimi posługuję. Gdy przyszła kolej na omawianie mojego rysunku, byłam już po paru „mocnych” sesjach, w których coś uporządkowałam. Jak się okazało, nie wszystko było „wymiecione spod dywanu”. Grupa zwróciła uwagę, że mój rysunek będący planem mieszkania tak naprawdę pokazuje izolowanie się poszczególnych członków rodziny, chociaż drzwi do poszczególnych pomieszczeń były pootwierane. Rysunek był starannie ubrany, podobnie jak mój wygląd perfekcyjnie dopracowany w każdym szczególe. W moim ubiorze nie ma miejsca na przypadkowość i każdy detal jest przemyślany. Nie przypuszczałam, że jest to tak widoczne i tak jestem odbierana. Wydawało mi się, że nie jestem dość dobrze ubrana. Inną rzeczą, na którą zwrócono uwagę to brak granic zewnętrznych na rysunku. Były ściany pomiędzy pomieszczeniami, ale nie było murów zewnętrznych. To mi uświadomiło, jak mało bezpiecznie czułam się w domu. Omawianie mojej pracy powodowało, że czułam się coraz mniejsza, obnażona, pozbawiona obrazu i bezbronna jak dziecko. To był trudny czas, źle się czułam i byłam rozbita, a na dokładkę zbliżał się czas przerwy wakacyjnej w terapii i nie wyobrażałam sobie życia bez spotkań z grupą. Cierpiałam na samą myśl o przerwie. Ciekawe, że nikt inny nie miał takich obaw. Terapia psychoanalityczna jest najgłębiej sięgająca i miałam możliwość poczuć swój dawny strach dziecka bojącego się porzucenia, nadużycia i przemocy. Przez dwa tygodnie leżałam cierpiąca. Nieraz rozmawialiśmy przez telefon z uczestnikami terapii. Byliśmy z różnych miast i nie mieliśmy możliwości spotkać się poza grupą. Moje cierpienie psychiczne przeniosło się na somatyczne i udałam się do lekarza. Ten zignorował zgłoszone przeze mnie fakt, że jestem w pogłębionej terapii dla DDA i wszczął alarm. Wysłał mnie do szpitala z podejrzeniem poważnej choroby. Spędziłam kilka dni na gruntownej diagnostyce, łącznie z tomografią komputerową, na którą zawieziono mnie karetką do innego miasta. Byłam wyjątkowo spokojna o wyniki i dobrze czułam się w szpitalu, pod opieką innych. Tym razem to inni się mną opiekowali. Wszystkie wyniki okazały się prawidłowe. To doświadczenie pokazało mi, jak silne oddziaływanie na zdrowie mają niezałatwione, stare sprawy. Im więcej mamy „zamiecione pod dywan”, tym więcej problemów zdrowotnych. To samo zjawisko obserwowałam u swojej przyjaciółki, która za moim przykładem również poszła na tę terapię. Również wylądowała na oddziale, tyle, że z podejrzeniem ukrytej wady serca. Ona także miała prawidłowe wyniki badań. Mam jednak świadomość, że nie każdy odważy się na taką terapię. W moim przypadku była determinacja podyktowana kierunkiem studiów, chociaż już wiedziałam, że psychoanaliza nie jest kierunkiem, którym bym chciała podążać.

Po wakacyjnej przerwie z radością pojechałam na spotkanie. Znów cieszyłam się towarzystwem grupy. To naprawdę było dla mnie pasjonujące. Jednak jesienią zaczęły się małe nieporozumienia i niesnaski między niektórymi uczestnikami grupy. Moja mandala po wielu kolorach, łącznie z oczyszczającą bielą, zaczęła się zbliżać do środka. Wciąż nie wiedziałam jaki tam będzie kolor i myślałam o tym z niepokojem. W grupie bardzo związałam się z dwiema osobami, które przypominały mi ojca i mnie samą sprzed wielu lat. Jednak konflikty nie ominęły także naszych relacji. Było niespokojnie, straszno i smutno. Zdecydowałam się poruszyć ten temat na grupie. Bałam się i gdy terapeutka zadawała mi pytania, odpowiadałam jak w transie. Byłam odrętwiała i nie do końca wiedziałam, o co tak naprawdę chodzi i gdy nagle – ku memu najwyższemu zdumieniu dla siebie samej – powiedziałam ze szlochem, że bardzo kocham mojego tatę i strasznie za nim tęsknię, za tym, którego utraciłam w dzieciństwie, gdy zaczął pić i przestał być dla mnie ochroną. Bardzo się rozpłakałam. Miałam takie uczucie, jakby ktoś ze mnie wyciągnął za stary łańcuch stary, omszały kamień z kolcami. To okazało się moją największą i najgłębszą tajemnicą. Ja sama nie byłam świadoma tej miłości. Do domu wracałam oszołomiona, jak na skrzydłach. Czułam niesamowitą lekkość i radość. Tamtej nocy nie mogłam zasnąć. Wydawało mi się, że lecę wysoko w przestworza, lekka jak piórko i jestem tam sama, ale nie samotna. Czułam jakbym była w chmurach i był tam cudowny spokój i ukojenie. Pierwszy raz doświadczałam takiego stanu. Nie znam działania narkotyków, ale myślę, że do takiego stanu dążą Ci, którzy je zażywają. Ogarnęło mnie uczucie miłości do siebie i ludzi. Ten stan utrzymywał się dosyć długo. Na następnym spotkaniu oznajmiłam, że mogę śmiało powiedzieć iż kocham te dwie osoby z grupy, które stały się dla mnie bliskie. To uczucie tak naprawdę odzwierciedlało mój stosunek do ojca i siebie samej. Od tego czasu moja relacja z tatą zaczęła się coraz bardziej polepszać i ocieplać. W mojej mandali natomiast na samym środku znajduje się kolor różowy.

c.d.n.

Cierpienie niejedno ma imię

Dzięki terapii uczyłam się przeżywać cierpienie, a nie uciekać od niego. Moje mechanizmy obronne, które pozwalały radzić sobie w dzieciństwie na dorosłe życie nie wystarczały. Wiele zmieniła terapia dla współuzależnionych, którą przeszłam jako pierwszą dwadzieścia lat temu. Tam dostałam konkretne narzędzia do radzenia sobie z wyzwaniami, z osiąganiem celu a przede wszystkim do jego stawiania. Wcześniej nie dawałam sobie do tego prawa. W terapii DDA uczyłam się, że uczucia są do przeżycia. Mój wcześniejszy program był na przetrwanie, a nie przeżycie. Fala uczuć, jaka wylewała się z nas wszystkich po kolei była dobrym materiałem do nauki. Jak poznaliśmy się bliżej, to zaczęliśmy rozróżniać nasz mechanizmy obronne i związane z tym destrukcyjne zachowania. Normalnie jak człowiek odczuwa cierpienie to jet to dla niego sygnał, że jakaś potrzeba domaga się zaspokojenia lub inaczej mówiąc – jest problem do rozwiązania. Za tym sygnałem idą zachowania zmierzające do zlikwidowania źródła cierpienia, rozwiązania problemu i kierowania własnym życiem. Zazwyczaj wiąże się to z jakimś kosztem, który ponosimy mając świadomość, że cena jaką płacimy lub chwilowy dyskomfort i wysiłek zmierzają do zadowolenia i poprawy samopoczucia, co przekłada się na pozytywny obraz siebie. Konstruktywne rozwiązywanie problemów poprawia naszą samoocenę i zwiększa wiarę w siebie i swoją sprawczość. Tym samym jest to zachęta, by nadal tak rozwiązywać problemy, bo mamy z tego gratyfikację.

Jak sobie radziłam kiedyś? Zachowania zmierzające do zlikwidowania cierpienia nie zawsze były konstruktywne, częściej destrukcyjne. Zamiast szukać źródła cierpienia (np. choroba, niemożność realizowania się, brak poczucia szczęścia, samotność, itp.), skupiałam się na samym cierpieniu, a nie szukaniu rozwiązania. Cierpienie było sygnałem, że trzeba szybko znaleźć środek uśmierzający ból. W moim przypadku było to zajmowanie się sprawami innych, nadkontrola i nadoodpowiedzialność. Dawało mi to poczucie sprawstwa i jakąś satysfakcję, jednak to były działania skierowane na rozwiązywanie problemów innych ludzi, a nie swoich. Niektórzy preferują metodę ucieczkową, wycofywanie się, zamykanie w sobie, unikanie ludzi i sytuacji. Część grupy – i to spora – deklarowała własne nałogi na uśmierzenie cierpienia: alkohol, nikotyna, leki, objadanie się, praca, zakupy, hazard, seks, narkotyki lub dopalacze. Ta metoda też daje ulgę i to natychmiast, lecz niestety nie rozwiązuje problemu, wręcz dodaje cierpienia, a mimo to nawyk sięgania po ten środek utrwala się, bo kodujemy sobie, że daje natychmiastową ulgę. To nie pozwala spojrzeć obiektywnie, że w rezultacie cierpienie jest nadal i musimy regularnie zażywać swojego „znieczulacza”, co powoduje rosnące koszty, przykre uczucia towarzyszące nałogowi i negatywny obraz siebie. To wszystko razem jest przystosowaniem do cierpienia i zmierza do zniekształcania swojego myślenia, przeżywania i obrazu siebie. Tym sposobem można się znaleźć w błędnym kole. Dopiero jak problem tak narośnie, że nie da się znieczulić cierpienia nawykowym zachowanie, to wtedy jest szansa na zmianę.

Przez całą terapię doświadczaliśmy różnych emocji i odkryłam, że też mam swój sposób na znieczulanie cierpienia. Oprócz nadkontroli i nadodpowiedzialności, które kiedyś stosowałam, teraz znalazłam nowe. Otóż zaczęłam wchodzić w różne aktywności bądź relacje dające uczucie podekscytowania lub euforii. Samo w sobie jest to całkiem dobre zachowanie, jeśli jednak zaczynam je stosować, by zniwelować cierpienie, to staje się bezwartościowe. Bo ileż można podejmować wyzwań i zawierać znajomości? Jeżeli jest to ucieczką od codzienności i związanych z tym problemów do rozwiązania, to też przechodzi w zachowanie nawykowe. W pewnym momencie zorientowałam się, ze jak zaczęły pojawiać się trudne emocje, to częściej jeździłam na grupę wsparcia, po mitingu wychodziliśmy do jakiejś knajpki całą grupą i było wesoło, nieraz zaczynałam jakiś flirt, który potem przeradzał się w dobrą konwersację, potem telefony i wreszcie spotkanie, by omówić jakiś ważny temat. To prosta droga do uciekania w romanse. Będąc całą grupą na maratonie, zwłaszcza na wyjazdowym, można było zobaczyć, kto z nas popada w ekscytację, kto w samotność, a kto w kompulsję, czyli zachowania przymusowe, np. nieustanne poprawianie przedmiotów, żeby na pewno stały, leżały na właściwym miejscu, nieustanne mycie rąk itp. Na swoim szlaku spotkałam całe mnóstwo ludzi ze swoimi sposobami radzenia sobie z cierpieniem. Jednym udałe się zamienić to na konstruktywne zachowania, innym nie. Od czego to zależy? Powiem uczciwie: nie wiem.

c.d.n.

Odmrożona rozpacz

Po opowiedzeniu tej historii zmartwiałam, byłam w odrętwieniu. Nigdy nie opowiadałam tego co ze mną się działo wtedy i po tym. To było niezwykle trudne dla mnie jako dziecka. Przez lata zmagałam się z falą różnych uczuć i emocji. Wychowana byłam na „porządną” kobietę a byłam nadużywana przez mężczyzn z najbliższego otoczenia. Z jednej strony wpajano mi „czystość” a z drugiej brukano moje ciało jak się komu podobało nie pytając mnie o zdanie. To wyjątkowy rodzaj hipokryzji z jakim zmagałam się dosyć długo. To swoiste zakłamanie, które zostało mi wpojone i długo trwało zanim w tym wszystkim odnalazłam siebie, co ja chcę i co jest dla mnie dobre. Mam świadomość, że to czego doświadczyłam jest czubkiem góry lodowej doświadczeń innych ludzi w tym obszarze. Terapia pozwoliła mi uwolnić się od brzemienia wstydu i poczucia winy, które gdzieś głęboko miałam zakodowane jakbym to ja była sprawcą nadużyć. Jak do mnie dotarło, że moje dzieciństwo zostało ucięte i przestałam być niewinnym dzieckiem już jako ośmiolatka a jako dwunastolatka doświadczyłam spraw grubo wystających ponad moją dojrzałość psychiczną i jakie to miało przełożenie na moje życie to zaczęłam nagle się trząść i płakać w głos. Po raz kolejny doświadczałam czegoś dla mnie nie zrozumiałego. Zapytałam później terapeutki dlaczego tak „dziwnie” płakałam. Ona zapytała mnie czy kiedyś przeżywałam rozpacz? A ja nie potrafiłam sobie przypomnieć bym rozpaczała. Pewnie kiedyś tak, jednak to było zakopane głęboko i zamrożone. Teraz było mi dane rozpaczać z powodu utraty niewinności i beztroskiego dzieciństwa, które zostało nagle przerwane a ja musiałam przez lata żyć tak, jakby ono nadal trwało. Rodzice chcieli widzieć swoja córeczkę zawsze uśmiechniętą, nauczyłam się nosić na twarzy maskę. Dopiero teraz w trakcie terapii zostawały zdejmowane z mojej twarzy jedna maska po drugiej. Kiedyś czytałam, że terapia DDA przypomina obieranie cebuli warstwa po warstwie i przy każdej kolejnej są łzy. Jakże trafne porównanie.To jednak są zdrowe, prawdziwe i autentyczne przeżycia dające ukojenie i możliwość życia w prawdzie i zgodzie ze sobą. Poznawałam siebie i uczyłam się żyć ze swoimi emocjami, które wylewały się falami ze mnie w miarę postępowania terapii. A to wszystko działo się przy omawianiu rysunków innych osób. Do mojego było jeszcze daleko a ja i tak byłam w procesie. Moim zasobem jest to, że sumiennie podchodzę do tego rodzaju aktywności. Nie tracę czasu na bierne słuchanie tylko wchodzę z wszystkimi emocjami, dzięki temu mam poczucie, ze dobrze wykorzystałam czas dany mi na terapię. Po mojej opowieści inni też zaczęli się otwierać i opowiadać o swoich zmaganiach z nadużyciami, swoją seksualnością, bezradnością gdyż jako dzieci podobnie jak ja, nie mieli do kogo się z tym zwrócić. To wielkie TABU w naszym społeczeństwie. Wszyscy chcą wierzyć w niewinność dzieci i często nie mają pojęcia z jaką wiedzą i jakim doświadczeniem borykają się niektóre dzieci. Po czymś takim nie ma już opcji na beztroskę i niewinność. Ja na długie lata całą swoja uwagę  i energię skierowałam na unikanie kontaktu z mężczyznami i na walkę z rodząca się seksualnością. Osłabiło to znacznie mój potencjał życiowy na długie lata. Zaczęłam mieć kłopoty z nauką, zwłaszcza jak nauczycielem był mężczyzna. Jak z rodzicami gdzieś wyjeżdżaliśmy i była opcja zostania na noc i ja widziałam, że ktoś zwrócił na mnie uwagę lub powiedział, że jestem ładna lub podobam się komuś, to dostawałam histerii i musieliśmy wracać do domu. Dla rodziców było to dziwne i niezrozumiałe a ja umierałam ze strachu, że znowu ktoś wyciągnie po mnie swoje pożądliwe ręce jak po zabawkę. Straciłam zaufanie także do swojego brata. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co się wtedy wydarzyło ale stanęło to miedzy nami na zawsze. Nasza więź rozpadła się i staliśmy się  sobie niemal obcy. Nigdy już nie potrafiliśmy być ze sobą szczerzy. Tak naprawdę unikamy się i widujemy niezwykle rzadko przy okazji jakichś większych zjazdów rodzinnych. Terapia pomogła mi uwolnić się od urazy jaką  do niego żywiłam i wybaczyć mu. Mam nadzieję, że znajdzie się okazja by mu o tym powiedzieć, bo mam wrażenie że poczucie winy jest dla niego również ciężarem, który dźwiga przez całe życie.

Tak wiec drugi maraton terapeutyczny ubiegł nam na tematach związanych z nadużyciami i przemocą fizyczną jakiej doświadczyli niektórzy uczestnicy. Pomimo tak ciężkich tematów, humory  nam dopisywały i po wyrzuceniu z siebie wieloletniego balastu i wypłakaniu zaległych łez potrafiliśmy cieszyć się swoim towarzystwem i zacieśniać rodzące się więzi. Jeden z uczestników   nie mógł być na tym maratonie i to stało się przyczyną kolejnej straty. Po powrocie widzieliśmy jak ważne jest, by cała grupa była obecna w tak ważnych momentach. Ta osoba „wypadła” z procesu, już nie nadążała za nami i podobnie jak poprzednia opóźniałaby dalszą pracę. Jednym z warunków było obowiązkowe uczestnictwo we wszystkich maratonach. Tym sposobem doświadczyliśmy drugiej straty, a właściwie trzeciej bo w międzyczasie ktoś odszedł na własne życzenie. Potem jak spotykaliśmy się to mówili, że żałują bo odejście niczego im nie rozwiązało i nadal maja coś do zrobienia. Potem jeszcze inne osoby odeszły i o niektórych wiem, że mimo to wrócili do terapii, a o niektórych już nic więcej nie słyszałam.