Kolejny maraton terapeutyczny, kolejna historia…

Temat nadużyć różnego rodzaju wracał jak bumerang. Pokazywało mi to, jak często dzieci traktowane są przedmiotowo; przynajmniej tak było w latach mojego dzieciństwa. Dziś, przynajmniej z założenia, dzieci traktowane są podmiotowo. Jednak osoby z mojego pokolenia i młodsze, jeżeli mają wpojony restrykcyjny lub nadużywający model wychowania, to bez skorygowania sposobu myślenia i reagowania przekazują to swoim dzieciom i wnukom. Pod tym względem uważam, że wszelkiego rodzaju terapie, warsztaty są jak najbardziej wskazane i mają dużą wartość. Zmieniając swoje nastawienie, zmieniamy również swoje relacje, nie tylko z dziećmi, ale ogólnie z ludźmi. Poznałam całe mnóstwo historii, które zmieniły mój sposób patrzenia na ludzi. Za każdym zachowaniem stoi jakaś przyczyna. Nikt bez powodu nie jest agresywny, wycofany, smutny. Nasze reakcje na różne sytuacje zostały wypracowane w dzieciństwie, dlatego tak ważne jest, by było ono jak najlepsze.

Powoli zbliżał się nasz drugi maraton i ponieważ przypadał na weekend majowy, miał być dłuższy. Tym razem wiązało się to z wyjazdem do jakiegoś pensjonatu, gdzie mieliśmy zapewniony nocleg i wyżywienie. Czuliśmy się trochę jak dzieci, które wyjechały z rodzicami na urlop. Byliśmy podekscytowani. Podobieraliśmy się tak, by w pokojach być z tymi, z którymi czujemy się komfortowo. Na tego typu wyjazdach szczególnie lubię posiłki. Pochodzę z rodziny, gdzie często spotykaliśmy się w dużym gronie przy stole i to są miłe wspomnienia z uroczystości u dziadków, więc na różnego rodzaju warsztatach wspólne posiłki są szczególnie przyjemne. Te chwile okazały się dla mnie dużą wartością, gdyż nie wiedziałam jakie czekają mnie przeżycia na sesji terapeutycznej. Pierwszego dnia siedzieliśmy do późnego wieczora, a właściwie była to już noc, jak skończyliśmy. Czas dla nas przestał istnieć. Byliśmy jednym, wspólnym przeżywaniem. Niektórzy poruszyli tak czułe struny, że musieli opuścić sesję i pobyć ze sobą. Zdarzyło się nawet, że ktoś potrzebował przeleżeć w łóżku pół dnia. We mnie odrodziły się wspomnienia, których nie chciałam ruszać. Po pierwszej nocy, gdy spotkaliśmy się rano, okazało się, że kogoś brakuje; kolega przytulacz złapał biegunkę i nie mógł przyjść. Przy rundce rozpoczynającej mówiliśmy jak się czujemy i ja stwierdziłam, że co prawda czuję się dobrze, ale niezrozumiałe jest dla mnie, że mam zaparcie. Nigdy nie miałam tego rodzaju przypadłości, wręcz przeciwnie, jak coś przeżywam intensywnie to raczej idzie w stronę biegunki, a nie zaparć. Terapeutka zapytała, co staram się zatrzymać dla siebie, czego nie chcę poruszać na grupie. Trafiła w dziesiątkę. To była historia głęboko przeze mnie skrywana, która do tej pory nie znalazła ujścia.

Miałam dwanaście lat, byłam ładną dziewczynką, która powoli zaczynała dojrzewać, jednakowoż wciąż byłam dzieckiem. Byłam wtedy bardzo zżyta z moim bratem, dawaliśmy sobie duże wsparcie i ja bardzo mu ufałam. Brat zaprowadził mnie kiedyś do swojego kolegi, który miał siostrę i idąc tam myślałam, że chłopcy mają swoje sprawy, a my dziewczynki pobawimy się lalkami. Jednak nie tym razem… Poszliśmy do sypialni rodziców. Ta zabawa to nie były lalki, a zabawa w rodziców. Byłam trochę zaskoczona, ale nie działo się nic, co by mnie wystraszyło i kazało uciekać. Było miło i przyjemnie. Kolega brata zajął się mną troskliwie i starannie podszedł do tematu. Mój brat zajmował się jego siostrą. Nie bardzo zwracałam na niego uwagę, gdyż moje ciało zaczynało dostarczać mi tych nieznanych dotąd doznań, momentami nie miałam pojęcia gdzie się znajduję. Jakże to było inne od poprzednich doświadczeń z obleśnym przełożonym ojca, śliniącym się, obmacującym mnie i masturbującym się w mojej obecności. Tym razem było mi dane doświadczyć czegoś zgoła innego. Kolega brata był bardzo doświadczony w sprawianiu rozkoszy, która działała obezwładniająco. Chwilami traciłam kontakt z rzeczywistością, nie wiedziałam co się dzieje, ale chciałam tego, bo było przyjemne. Nie bałam się i mając całkowite zaufanie, nie zdawałam sobie sprawy, że ta przyjemność to też krzywda. Będąc dziewczynką doświadczałam tego, co jest dla kobiet. Po raz kolejny zbyt szybko zostałam wprowadzona w świat dorosłych. Brat zrobił swoje, jego celem była siostra kolegi, a nie ja. Miałam przy tym szczęście, że nie doświadczyłam bólu. Nigdy więcej nie byłam z bratem u tego kolegi. Bardzo cierpiałam emocjonalnie z powodu tęsknoty, wstydu, rozczarowania, rodzącego się pożądania i z trudności, jakie się z tym wiążą. Zbyt szybko wzbudzone potrzeby seksualne dziewczynki w naszej kulturze, jakie mają szanse na zaspokojenie?

c.d.n.

Emocjonalny poligon

Po stracie jednego z uczestników terapii grupa potrzebowała czasu, by się z tym ułożyć. Będąc w procesie terapeutycznym odczuwałam więcej i intensywniej. Wtedy przypomniał mi się mój dziadek, którego bardzo kochałam, a nie potrafiłam, ku memu ogromnemu zdziwieniu, opłakiwać jego śmierci. Pamiętam jak dziś, gdy siedzę w kościele na mszy i wszyscy płaczą, a ja raptem uroniłam dwie, trzy łzy i koniec. Na cmentarzu też nie płakałam i bardzo mnie to dziwiło. To był pierwszy, namacalny dla mnie sygnał, że z moimi emocjami jest coś nie tak. Poza tym zdziwieniem nie przeszkadzało mi to w życiu przez długie lata. Teraz jednak, gdy emocje stały się żywe i plastyczne, widzę jak wiele traciłam. Przeżywając stratę w grupie „przy okazji” opłakiwałam dziadka. Było to coś w rodzaju opóźnionej o ładne dwadzieścia parę lat żałoby. To był dobry, kojący płacz, który przychodził i odchodził przez dwa tygodnie, a potem przeszło.

Praca w grupie nabrała dynamiki. Kolega przytulacz znakomicie wywiązywał się ze swojej roli, a inni poszli jego śladem i prawie wszyscy ze wszystkimi witali się i żegnali „na niedźwiedzia”. Bardzo tego potrzebowaliśmy i dawaliśmy sobie nawzajem dużo wsparcia. Kolega nadal siedział obok mnie i tak już zostało do końca terapii. Im bliżej się poznawaliśmy, tym więcej widziałam wspólnych cech. Słuchając jego opowiadań w czasie przerw, zaczynałam odzyskiwać ciepłe wspomnienia z dzieciństwa, z czasów kiedy tata nie pił. To było niesamowite, ile dobrych wspomnień ukrywa się za „nieprzerobioną” krzywdą. Słuchając jak opowiadał o tym, co robił ostatnio ze swoimi dziećmi, momentalnie jak błysk flesza wracały wspomnienia z połowów ryb, grzybobrania, wycieczek, wspólnych zakupów, chwil bliskości przy ważnych wydarzeniach rodzinnych. Miał w sobie kilka cech bardzo podobnych do mojego ojca i dzięki temu stał się dla mnie swoistym pasem transmisyjnym, który przenosił mnie do wspomnień z dzieciństwa. Rzecz jasna byłam i nadal jestem wdzięczna mu za to. Jednak nie zawsze było tak różowo…

Pewnego dnia na forum grupy stanął temat nadużyć seksualnych. Wydawało mi się, że miałam ten temat już poukładany. Jednak jak inni zaczęli opowiadać o swoich tragediach trwających latami, bądź o agresywnych reakcjach rodziców, gdy dowiedzieli się, że ich dziecko zostało nadużyte, skierowanych – o zgrozo – przeciw temu dziecku, moje wspomnienia odżyły z całą gamą emocji. Ten temat bardzo nas wszystkich poruszył. Oczywiście nie wszyscy ludzie mają takie doświadczenia, jednak w tej grupie spora część tak. Z moich obserwacji, badań przeprowadzonych na uczelni przez profesorów i studentów wiem, że jest to dość powszechne, aczkolwiek starannie ukrywane zjawisko. Iluzją jest to, że żyjemy wśród dobrodusznych katolików, ceniących sobie zasady moralne. Dużo zła dzieje się w obrębie tychże rodzin. Po kolei słuchaliśmy mrożących krew w żyłach historii bezradnych dzieci, krzywdzonych pod rodzinnym dachem, niejednokrotnie przez rodziców lub tak jak w moim przypadku za ich przyzwoleniem. Nie wszyscy jednak zdobyli się na „skok na głęboką wodę”. Miałam wrażenie, że przyszliśmy całą grupą nad jezioro ze swoimi opiekunami. Część podjęła ryzyko wypłynięcia na głębię i uczyła się pływania i nurkowania. Taka terapia działała nie tylko oczyszczająco, ale także poprawiała kondycję psychofizyczną. Nabrawszy umiejętności radzenia sobie z emocjami, po jakimś czasie czuliśmy się jak ryby w wodzie. Jednak część grupy, pomimo podobnych doświadczeń postanowiła nie rozstawać się ze swoimi traumami. Przypominali grupkę dzieci stojących na brzegu z nogami zanurzonymi do kostek, brodzących po brzegu lub czających się w szuwarach, by nikt ich nie zauważył i nie zaprosił do nurkowania. Rozumiem obie postawy. Jak już wcześniej pisałam, nie każdy jest gotów do głębokiej terapii. Jednak jest zasada, która sprawdza się w tego typu sytuacjach: im więcej wniesiesz do grupy, tym więcej wyniesiesz. Jeżeli ktoś planuje tylko przychodzić na terapię i słuchać, by na nowo ułożyć sobie w głowie swoje sprawy, to od razu mówię, że traci czas. To jest podobnie jak z powiedzeniem „Im więcej potu na poligonie, tym mniej krwi w boju”. Terapia bywa swoistym poligonem emocjonalnym, gdzie można przećwiczyć to, czego nie dane było doświadczyć w dzieciństwie. Terapeuci, jak dobrzy rodzice, tłumaczyli, nazywali, uspokajali i dawali wskazówki jak można inaczej. Nie ukrywam, że wylaliśmy wspólnie wiele łez przy niejednej historii. Jednak pierwszy raz doświadczałam wspólnego płaczu z innymi ludźmi. Pierwszy raz miałam przyzwolenie na tyle płaczu, ile chciałam. Jednak sama sobie jeszcze nie dawałam takiego prawa. Wtedy poza grupą nie płakałam przy innych. Tam przechodziłam pierwszy trening. W domu jeżeli płakałam, to w samotności.

c.d.n.

Wrzód

Terapia pogłębiona miała dla mnie wymiar leczniczy. Często używałam porównania, że jest jak zabieg chirurgiczny mający za zadanie usunąć wrzód, który tkwi głęboko pod skórą. Zewnątrz jest ledwie widoczny i można go znakomicie zamaskować korektorem i posypać pudrem tak, że nikt się nie pozna jakiego może przysparzać cierpienia. Jednak boli przy dotknięciu i chociaż nie dokucza cały czas, to jednak są sytuacje, że jak w to miejsce się uderzymy to strasznie boli. Potem gdy ból przechodzi zapominamy do następnego razu. Można z tym żyć całkiem znośnie aczkolwiek z pewnym dyskomfortem, jednak nie zabija. Natomiast gdy zdecydujemy się na pewne poświęcenie to można wrzodu się pozbyć. Terapia jest właśnie takim usunięciem dyskomfortu. Trzeba najpierw naciąć i dotrzeć do jadra, wydobyć z cała ropą, oczyścić, pozwolić wszystkiemu wypłynąć z wnętrza, wysączyć się i czekać na zagojenie. Trochę boli ale potem sielanka. Trochę żartuję ale z grubsza rzecz ujmując tak czułam i takie mam obserwacje po latach. Wszystko po zagojeniu znika. Gdy wrzód był mały nie pozostanie po nim śladu, w przypadku większego zostaje mała blizna, która z czasem robi się ledwie widoczna, jednak nie boli co najwyżej czujemy lekkie  ściąganie bądź drętwotę w tym miejscu. Jest to jednak nic w porównaniu z bólem jakiego doświadczało się przy każdym dotknięciu czy co gorsza uderzeniu. To, że wrzód został usunięty i rana całkowicie się zagoiła można poznać po tym, że jak oglądamy filmy dotyczące różnego rodzaju patologii rodzinnych, lub czytamy o tym bądź słyszymy, nie dotyka to nas tak jak wcześniej. Nie wzruszam się już tak mocno i mniej płaczę przy tego typu historiach. Oglądam z zaciekawieniem ale nie „trzęsie mnie”, jestem o wiele spokojniejsza i bardziej empatyczna. Współczując komuś nie daję się pochłonąć jego sprawom jak to miało miejsce kiedyś, przed terapią. Rozumiem więcej, odczuwam więcej jednak zachowuję dystans i odrębność. Co nie oznacza, że nic mnie nie rusza. Bywam nadal poruszona jednak jest to już inna jakość życia wynikająca z dużo większej świadomości. Inaczej przeżywa się sprawy na bieżąco bez tego balastu z przeszłości, za to jestem bardziej świadoma zasobów jakie wyniosłam wychowując się w rodzinie alkoholowej. To nie jest tylko samo zło, jak pozbyłam się zalegających smutków i krzywd, zaczęłam dostrzegać jasna stronę mocy. Jestem naprawdę nieźle wyposażona w sporo pożytecznych cech, które przydają mi się w życiu zawodowym i nie tylko. Jak pracuje z DDA/DDD to nie mogę się nadziwić jak bardzo są to uzdolnieni ludzie. Im młodsi tym szybciej łapią balans odkrywając, że obok przekleństwa idzie błogosławieństwo, obok wady idzie zaleta, obok zła idzie dobro. Brakuje tylko wglądu w to gdyż nikt im tego nie uświadamiał. Zawsze byli nastawieni na atak i krytykę. Na terapii dowiadują się jak wiele maja zasobów. Pod tym względem terapia jest odkrywaniem nieznanego lądu, co krok to niespodzianka. W grupie nie raz widzieliśmy jak utalentowani są inni ale nie zauważając tego u siebie. Perfekcjonizm nie pozwalał nam cieszyć się ze swych osiągnięć gdyż  w głowie większość z nas miała tekst: mogło być lepiej lub nie dość dobrze. Jednak jak po wielokroć słyszeliśmy od innych, że dana rzecz wychodzi nam znakomicie i że niewiele osób tak potrafi, to zaczynało do nas docierać, że każde z nas jest wyjątkowe i niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju. Wyposażeni w taka wiedzę zaczynaliśmy snuć plany i marzenia o tym by robić w życiu to, co nas cieszy i uszczęśliwia.

c.d.n.

Pierwszy maraton terapeutyczny

Pierwszy maraton miał miejsce na terenie ośrodka. Były tam do tego dobre warunki, panował spokój i cisza gdyż w weekend nikt nie pracował. Na korytarzu była wnęka ze stolikiem gdzie mieliśmy bar kawowo – herbaciany. Część grupy zazwyczaj tam się integrowała a druga część na dworze i tam integrowali się palący papierosy. W obu grupkach na ogół panowała ożywiona rozmowa gdyż po sesjach były poruszone emocje i mieliśmy sobie dużo do powiedzenia. Lubiłam te spotkania, w moim domu rodzinnym nigdy nie rozmawiało się o uczuciach, o tym co przeżywa się w danej chwili. Jestem pod tym względem nienasycona. Zostałam za to dobrze przygotowana do wykonywania zadań. Moje potrzeby emocjonalne były zaspokajane przez babcię, w domu słyszałam że jestem beksa i że nie mam tak przeżywać. Dobrze nauczyłam się nie pokazywać co przeżywam do tego stopnia, że długo nie wiedziałam co znaczy przeżywać. Na terapii przecierałam szlak do swojej emocjonalności krok po kroku, to było trudne, nieraz bolesne ale jakże ekscytujące. Dawało mi napęd do dalszego działania. Studia dzięki temu nabrały dodatkowego wymiaru, uczyłam się nie tylko teorii ale także poznawałam na własnej skórze różne nurty terapeutyczne. Byłam już na  czwartym roku i zaczynałam dokonywać pierwszych wyborów dotyczących tego co będę robić po studiach. Wtedy jeszcze nie myślałam o terapii, interesowałam sie psychologią biznesu i taki moduł wybrałam. jednak jakie było moje zdziwienie gdy największa moją uwagę przykuły patologie czyli wypalenie zawodowe. Jak zaczęłam zgłębiać temat doszłam do źródła czyli…pracoholizmu. Przestałam wtedy walczyć ze swoimi zasobami, następny moduł to były terapie uzależnień.

Wracając do pierwszego maratonu to wydarzyło się tam coś, dzięki czemu utkwił mi w pamięci. Jak już wspomniałam dojeżdżaliśmy codziennie a dzięki temu, że standardowo mieliśmy spotkania zawsze w piątki po południu, to dało nam trzy dni intensywnej pracy. Było to dla nas super doświadczenie. Dziś patrząc na to z perspektywy terapeuty, widzę jak ogromną pracę wykonywali prowadzący grupę. Jestem im bardzo wdzięczna gdyż wypełniali lukę jaka była w moim osobistym rozwoju. Rodzice nie zawsze mogli poświęcić mi tyle uwagi ile potrzebowałam a większość terapeutów jakich spotkałam na swoim szlaku robili to znakomicie i nazywali to, czego nie widziałam lub nawet nie miałam świadomości, że mam lub potrafię. Muszę przyznać, że chylę czoła przed ich profesjonalizmem gdyż musieli się zmierzyć niejednokrotnie z różnymi reakcjami pacjentów i z różnymi nieoczekiwanymi zachowaniami. Pierwszy maraton uświadomił mi, że nie dla wszystkich jest terapia. Przynajmniej do pogłębionej potrzebny jest pewien poziom dojrzałości.

Pamiętam, że dosyć długo pracowaliśmy nad jedna z prac, właściwie uwaga całej grupy była skoncentrowana na jednej osobie. Dużo ciekawych rzeczy wychodziło i jak zwykle przy takiej pracy, każdy mógł zobaczyć kawałek siebie. Jak słuchając czułam przyspieszone bicie serca to zawsze wiedziałam, że temat jest mi bliski i że przeżyłam coś podobnego tylko nie pamiętam albo pamiętam ale nie chcę tym się zajmować. Tym razem też tak było. Większa część grupy była poruszona historią kolegi i pracowaliśmy intensywnie. Jednak nie wszyscy, jedna z osób która nota bene deklarowała na początku, że czuje się jak czteroletnie dziecko, najwyraźniej nadal emocjonalnie w tym wieku tkwiła i nie mogła znieść, że nie jest obiektem zainteresowania. Wśród uczestników panuje na ogół przestrzegana zasada, że nie przerywamy jak ktoś przepracowuje trudne sprawy i reszta grupy daje mu wsparcie. Tym razem jednak ta zasada została złamana w dość spektakularny sposób. Jeden z uczestników nie potrafił znieść rosnącego w nim napięcia i najpierw staliśmy się świadkami najpierw rosnącego niezadowolenia, potem zniecierpliwienia aż wreszcie ostentacyjnego opuszczenia sali z hukiem zatrzaśniętych za sobą drzwi tak mocno, ze z sufitu posypał się na nas pył  z farby a wokół framugi pokruszył się tynk. Byliśmy zaskoczeni jednak jak to DDA  zaprawieni w nie takich awanturach domowych byliśmy gotowi przejść nad tym do porządku dziennego. Terapeuci uświadomili nam, że to przejaw agresji, lekceważenia zasad panujących na grupie i wandalizmu w stosunku do budynku ośrodka w mikroskali. Po omówieniu tematu czekaliśmy na jakieś przeprosiny, coś w rodzaju skruchy, że nerwy puściły, że tak nie należy postępować, cokolwiek by zatrzeć złe wrażenie i niesmak jaki pozostał po takim wyjściu w trakcie sesji. Jakież było nasze zdumienie gdy nic takiego nie nastąpiło. Mało tego, następnego dnia osoba ta, nadal miała focha jak dziecko i trwała w swym uporze pomimo uświadomienia przez terapeutów co zaszło i jakie zasady zostały złamane. Jestem pełna uznania dla terapeutów, że postanowili chronić grupę przed taka agresją i opóźnianiem pracy grupy i podjęli decyzję o przekierowaniu pacjenta na inny rodzaj terapii dla osób nie radzących sobie z agresją. Ponadto nadal dawano możliwość korzystania w ośrodku z terapii indywidualnej. Tym sposobem było nam dane przeżyć pierwszą stratę w obrębie grupy.

c.d.n.

Pierwsze zadanie

Galeria

Po wstępnych rozmowach mających na celu poznanie się wszystkich uczestników grupy, dostaliśmy zadanie do wykonania w domu. Mieliśmy narysować swoją rodzinę. Do zadania należało starannie się przygotować. Najpierw mieliśmy zrobić na dużej kartce staranny szkic mieszkania z wszystkimi zakamarkami i … Czytaj dalej

Terapia pogłębiona – ciąg dalszy

Pierwsze spotkanie z nową grupą okazało się dla mnie dobroczynne. Dzięki temu, że uczestniczyłam już w innych grupach, nabrałam zaufania do tego rodzaju pomocy terapeutycznej. Chodząc na mitingi DDA nauczyłam się ufności także do mężczyzn, których z wiadomych powodów szczerze nienawidziłam. To się zmieniało. Ta pierwsza sesja grupowa pokazała mi, ile nastąpiło we mnie zmian – na lepsze. Uczyłam się żyć ze swoimi emocjami. Nie było to takie proste, jak teraz po latach to piszę, ale wiem, że warto ponieść ten trud. Potrafiłam już brać z grupy i czułam to. Terapeutka była trochę zdziwiona, że padam w ramiona obcego mężczyzny, którego nawet dobrze nie widziałam. Dziś wiem, że mam dobrą intuicję i to, że wtedy mu zaufałam było dla mnie korzystne. W ten sposób zaczął się kolejny, długi proces w głąb siebie, poznawanie i odkrywanie. Dużo się działo i z niecierpliwością czekałam na każdą kolejną sesję. Grupa podobała mi się, lubiłam nasze spotkania. Nieraz się ścieraliśmy, śmialiśmy i płakaliśmy. Zaskoczeniem dla nas był fakt, że nie ma kontraktu. Terapeutka stwierdziła, że chyba znamy reguły i wiemy, jakie zasady obowiązują na terapii. Po co nam kontrakt? To dobre pytanie, bo pokazywało nam, na ile jesteśmy dojrzali. Czas pokazał, że nie wszyscy byliśmy na tyle dojrzali, na ile się nam wydawało. Sama muszę przyznać, że mentalnie czułam się, jakbym miała piętnaści lat. Inni mieli podobnie, choć zdarzyło się, że ktoś czuł się nawet na cztery lata. To trochę mało, jak na terapię pogłębioną. Czułam się dobrze w tej grupie, chociaż nie wszyscy potrafili jej zaufać i otworzyć się.

Przed nami były cztery maratony, w tym jeden wyjazdowy z noclegami. Trzy były w ośrodku i dojeżdżaliśmy, tak jak na grupę, tyle że pracowaliśmy od rana do wieczora z przerwami na obiad i jakieś herbatki lub kawy. Kolega, który tak się mną „zaopiekował” na pierwszej sesji został na długi czas naszym grupowym „przytulaczem”. Miał do tego warunki i zdolności. Dopiero na drugim spotkaniu mogłam mu się przyjrzeć i oficjalnie podziękować za to, że mogłam sobie tak komfortowo popłakać. Powiedziałam też w jakim byłam stanie. Wszyscy byli zdziwieni, bo myśleli, że przyczyną mojego stanu była dyskusja na tematy religijne i on tak samo to odebrał, że czułam się zastraszona albo zaatakowana. Ta sytuacja po raz kolejny uświadomiła mi, że każdy inaczej interpretuje zdarzenia i warto dokładnie przeżywać to, co dzieje się w sercu, w środku, a nie próbować to wszystkim tłumaczyć. Wtedy byłam bardzo blisko swoich emocji i dzięki temu przeżyłam coś wartościowego dla siebie, bez względu na to, co myśleli inni. Wielu rzeczy nie pamiętam, bo nie robiłam tak szczegółowych notatek, jak na pierwszej terapii. Jednak dużo przeżyłam. Może macie swoje doświadczenia i bylibyście skłonni podzielić się nimi?

c.d.n.

Terapia pogłebiona DDA/DDD

Zaczynając terapię pogłębioną byłam po roku terapii indywidualnej psychoanalitycznej i grupowej poznawczo – behawioralnej. Terapia indywidualna była znacznie głębsza od grupowej. Po krótkim kryzysie i „spięciu się” z terapeutką postanowiłam nie zmieniać terapeuty i zobaczyć co będzie się działo, gdy ruszy grupa. Grupa w końcu ruszyła…

Było nas kilkanaście osób w wieku od dwudziestu paru do sześćdziesięciu paru, licząc na oko. Grupa mieszana pół na pół – kobiet i mężczyzn. Przyglądaliśmy się sobie z uwagą. Byłam właśnie po sesji indywidualnej i przyszłam na grupę trochę nieobecna, pomimo iż miałam godzinną przerwę między terapiami. Wciąż byłam jeszcze myślami przy rozmowie z terapeutką. Jedno miejsce obok mnie było puste. Terapię miało prowadzić dwoje terapeutów, moja terapeutka i towarzyszący jej stażysta. Jego rolą było słuchanie i notowanie, bardzo rzadko zabierał głos, najczęściej nie odzywał się wcale. Jednak czas pokazał, że jego obecność była ważna. Główna rolę w tym duecie odgrywała moja terapeutka. Miałam nadzieję, że będzie to dla mnie korzystne, gdy zobaczy mnie w innym kontekście, a nie tylko w gabinecie. Praca jak zwykle rozpoczęła się od rundki,  podczas której każdy mówi o sobie tyle, ile chce. Część z nas to byli uczestnicy poprzedniej grupy, w której uczestniczyłam i tych znałam, ale było też sporo nowych osób i to byli uczestnicy innych, poprzednich grup DDA lub pogłębionych terapii dla uzależnionych od alkoholu. Wśród młodszych osób ta informacja, że wśród nas są alkoholicy, wywołała niezadowolenie. Niektórzy mieszkali wciąż ze swoimi pijącymi rodzicami i nie znali dotąd trzeźwych alkoholików, obecność ich kojarzyła im się z trudnymi dla nich emocjami. Ja żyłam z niepijącym alkoholikiem od lat i nie widziałam w tym problemu, jednak nikt z nas nie przypuszczał, jak ważny będzie ich udział w terapii. Po rozpoczęciu spotkania wszedł spóźniony mężczyzna i usiadł na wolnym krześle obok mnie. Nie zwróciłam specjalnie uwagi na jego przyjście, gdyż wciąż byłam zatopiona w swoich myślach i emocjach, które od dawna tłumione dały o sobie znać. Odkryłam jak dużo złości mam do swojej mamy. Zawsze wydawało mi się, że jesteśmy niemalże przyjaciółkami i byłam dumna z tego, że nigdy się nie kłóciłyśmy. Ojca nienawidziłam w dzieciństwie za to, że pił, był agresywny i dopuszczał do tego, że jego przełożony robił ze mną co chciał. Mamę kochałam i uwielbiałam. Chciałam ją chronić przed nim tak, jakbym to ja była matką, a ona dzieckiem. Po dotarciu do zagrzebanych w odmętach pamięci historii  z molestowaniem odkryłam, że miałam ogromny żal i złość także do mamy. Byłam małą dziewczynką, a oni oboje byli moimi rodzicami, nie tylko ojciec. Te emocje były dla mnie nowością. Nagle swoje dzieciństwo zaczęłam widzieć innymi oczyma. Ojciec był uzależniony, ale matka nie. Dlaczego nie chciała tego widzieć? Dlaczego pozwalała na to? Dlaczego nie widziała albo nie chciała wiedzieć, co obcy mężczyzna robi z jej córką w jej domu? Czy zależności służbowe były ważniejsze od jej dziecka? Matka była prokuratorem, jak to możliwe że nie przyszło jej do głowy, że on robi mi krzywdę? Te i inne pytania nagle zaczęły po raz pierwszy pojawiać się w mojej dorosłej już głowie. Miałam straszliwy zamęt i nie wiedziałam co z tym robić. Nie znajdowałam odpowiedzi, a emocje mieszały się na przemian. Złość z miłością, zawód i rozczarowanie z tęsknotą, żal i smutek z nadzieją, że w końcu to wszystko ogarnę i uporządkuję. Na grupie toczyła się rozmowa, a ja byłam obecna połowicznie. W pewnym momencie powstał dysonans gdy powiedziałam, że nie jestem katoliczką. Nie miałam zamiaru jakoś tym epatować, ale z drugiej strony nie widziałam potrzeby by to ukrywać. Wywiązała się dyskusja na temat religijności i jeden z panów powiedział, że religia to matka. To wyraźnie zarezonowało w moim sercu, zamilkłam. Czułam, że emocje tłumione przez wiele lat zaczynają się wylewać a ja nie mam już siły powstrzymywać łez. Z zewnątrz nie było widać co ze mną się dzieje, ale nie miałam już siły na trzymanie maski. Ktoś zaczął mówić o jedynej słusznej religii i tym podobne rzecz,y a ja nie miałam siły na podejmowanie dyskusji, nawet nie chciałam i nie widziałam sensu. Zobaczyłam, że mężczyzna który siedział obok mnie wysunął w moją stronę otwartą dłoń. Bez zastanawiania podałam mu swoją i poczułam się lepiej. Wzięłam kilka głębokich oddechów i uspokoiłam się. To okazało się pomocne, życzliwa dłoń. To taki wyświechtany banał, ale pierwszy raz w życiu poczułam jego wartość. Podziękowałam skinieniem głowy i wróciłam do rozmowy w kręgu. A tam dalej dyskusja na tematy religijne i o roli matki w tym temacie. Uświadomiłam sobie, jak niewielki moja mama miała w tym udział, jak zajęta była zawsze ojcem, jak wysyłała mnie lub brata po piwo dla niego, bo w niedziele miał zazwyczaj kaca i jak z bratem i siostrą sami chodziliśmy do kościoła, w którym czuliśmy się obco. Długo tłumione emocje zaczęły mną wstrząsać. Nie mogłam się opanować i wtedy mężczyzna siedzący obok mnie powiedział coś w rodzaju : aaa chodźże tu… i wziął mnie w ramiona. Płakałam jak dziecko i dobrze mi z tym było. Tak jak nie pamiętam bym płakała w ramionach ojca, tak tym razem czułam się jakby tak było. To był dobry, oczyszczający płacz. Minęło już wiele lat od terapii a ja pamiętam to uczucie spokoju i bezpieczeństwa, którego zabrakło w dzieciństwie. Mężczyzna był czysty, zadbany i pachnący, więc bardziej komfortowo być nie mogło. Był też silny i dobrze zbudowany, jak mój ojciec. Grupa była skonsternowana tym wydarzeniem. Nikt nie wiedział w jakim stanie przyszłam na grupę. Myśleli, że poczułam się zaatakowana z powodów religijnych. Nie było sensu tłumaczyć im co jest powodem mojego płaczu. Szkoda było mi energii, która własnie dostałam. Było mi błogo i jak zazwyczaj miałam potrzebę usprawiedliwiania się i tłumaczenia wszystkiego, co budziło zdziwienie, to tym razem dałam spokój. Syciłam się tymi nowymi odczuciami i zaspokajałam swoje wewnętrzne dziecko. Podziękowałam mu i zaczęłam być ciekawa; co to za człowiek?

Cechy DDA/DDD – ciąg dalszy

22. W chwilach, gdy wszystko układa się dobrze, ogarnia go dezorientacja i „nuda”, czeka aż coś się stanie. Porządni, spokojni, czuli partnerzy są nieciekawi i porzucani.

Ta cecha została już opisana. To tzw. „zebra”, w jakiej przyszło żyć DDD. Jednak ludzie z takim zasobem są idealni do życia czy pracy w chaosie, ciągłym zagrożeniu. Jest mnóstwo zawodów, gdzie potrzeba ludzi znakomicie odnajdujących się w takich warunkach. Osoby takie też chętnie uprawiają ekstremalne sporty i prowadzą taki styl życia, gdzie ciągle coś się dzieje. Dopóki zdrowie pozwala i nie przeszkadza to w realizowaniu siebie, to jest OK. Nie wszyscy odczuwają z tego powodu dyskomfort i robią użytek ze swoich zasobów. Wiele związków tak powstaje i uzupełniają się. Jednak istotne jest, by być tego świadomym i nie tkwić w mechanizmach, które rujnują życie.

23. Reaguje głównie na to, co robią inni, zatracając własne Ja.

To przypomina mi sytuację, kiedy zastanawiałam się jaki zawód wybrać. Wydawało mi się, że mogę robić wszystko, łatwo się uczę i dobrze pracuję. Ważne żeby było zapotrzebowanie na moją pracę i odpowiedni zarobek. Tym sposobem chciałam się dopasować do potrzeb rynku. Tak wykonywałam swoją pierwszą pracę i zapłaciłam wypaleniem zawodowym, czyli zatraciłam własne Ja. Straciłam energię, pomimo iż miałam stabilną pracę, zarobki i było zapotrzebowanie na moją pracę. Okazało się, że to nie wystarcza. Musiałam odnaleźć w sobie swoją drogę naznaczoną pasją i dopiero wtedy była pełnia zadowolenia. Dopóki postępowałam kierując się potrzebami innych i reagując na nie, byłam jak żaglówka miotana przez wiatry, która płynie bez celu i zawija do przypadkowych portów. Brakowało w tym wszystkim sensu i poczucia spełnienia. Dla mnie bezcelowość prowadziła do pustki i depresji. Odkąd jestem ze sobą w przyjaźni, dbam o swoje cele i potrzeby i fajnie jak pokrywają się z celami i potrzebami innych. Wtedy podążamy razem, pracujemy lub żyjemy w zespole. To daje energię i zadowolenie.

24. Uzależnia się od alkoholu albo uzależnionych partnerów, albo jedno i drugie. W ten sposób kontynuuje ten sam rodzaj wzajemnej zależności, jaki łączył go z rodzicami lub kimś innym w rodzinie.

Jest coś na rzeczy. Co prawda sama nie uzależniłam się od alkoholu, gdyż ustrzegła mnie przed tym inna cecha DDD, tj. nadkontrola. Lubię mieć kontrolę i nie pozwoliłam sobie na zatracenie się w jakimkolwiek nałogu. Jak tylko zauważałam, że coś przejmuje nade mną kontrolę, to wycofywałam się z tych zachowań. Inaczej jest ze związkiem. Mąż jest niepijącym alkoholikiem i spora część mojego małżeństwa to życie jego życiem. Najpierw piciem, a potem trzeźwieniem. To prawda, że dzięki temu zaczęłam się realizować, jednak najpierw musiałam wyjść ze współuzależnienia. I prawdę mówiąc zastanawiam się, czy to jest możliwe by całkowicie z tego wyjść. Wiele zachowań wraca, trudno jest nieustannie stawiać granice. Można się zmęczyć…

Cały czas staram się znaleźć złoty środek. Wypośrodkować między wadami, a zaletami, znajdować w tym zasoby i energię do działania. Odcinanie się od przeszłości nic nie daje. Dopiero jak uznałam i przyswoiłam swoje cechy DDD jako zasoby lub ograniczenia, to zaczęłam świadomie dokonywać wyborów. W dalszym ciągu dowiaduję się czegoś nowego o sobie i jest to proces. Rozwój nie kończy się nigdy. To jest właśnie piękne w życiu, ta niewiadoma – co mnie jeszcze czeka?

c.d.n.

Cechy DDA/DDD – ciąg dalszy

17. Unika konfliktów bądź je zaostrza, rzadko rozwiązuje.

Prawdę mówiąc, to bardzo powszechne zachowanie, nie tylko DDD unika konfliktów. Niewiele osób potrafi asertywnie je rozwiązywać. To umiejętność, którą nasze społeczeństwo powoli nabywa. Ja zależnie od okoliczności unikałam lub wchodziłam w konflikt na ostro. Na pierwszej terapii uczyłam się zachowań asertywnych, co bardzo mi pomogło, gdy weszłam w konflikt z pracodawcą. Uczyłam się rozmowy na argumenty, a nie na emocje. Gdy wiedziałam czego chcę, potrafiłam znaleźć argumenty i właściwy ton rozmowy. Problem był w tym, że długo nie wiedziałam, czego chcę w życiu, bo nie miałam dobrego dostępu do swoich emocji. Jak dogrzebałam się do wnętrza, wszystko okazało się prostsze. Im mniej konfliktów wewnątrz, tym spokojniej na zewnątrz.

18. Boi się niepowodzeń, ale sabotuje własne sukcesy. Stawia sobie tak wysokie wymagania, że nie może im sprostać. Swój sukces mierzy wartością cudzych pochwał, sam nie umie się cieszyć.

Ta cecha to niemalże nasza „dyscyplina” narodowa. Bardzo była mi bliska. Powoli uczyłam się doceniać siebie i obniżać poprzeczkę, co nie równa się obniżeniem standardów. W moim przypadku dobrą strategią okazało się najpierw zrobić kurs kroju i szycia, popracować, poczuć, że jestem w tym dobra i usamodzielnić się. To wzmocniło moją samoocenę i dodało siły do dalszych planów. Nauczyło mnie też cieszyć się z małych sukcesów i na bazie tego planować większe. Przyznaję jednak, że z domu tej umiejętności nie wyniosłam. To zasób wyniesiony z terapii. Przedtem za dobre słowo i poklepanie po ramieniu dałabym się „pokroić na kawałki” i pracować za pochwały.

19. Boi się krytyki, każdą odbiera jako osobisty atak i zagrożenie, ale sam krytykuje i osądza.

Tak, dokładnie tak miałam. Mój perfekcjonizm miał chronić mnie przed krytyką, której bałam się jak ognia. Wciąż byłam napięta ze strachu przed uwagą lub oceną. Do dziś mi zostało, że jestem sparaliżowana jak mam egzamin ustny przed komisją. Nie wypadam najlepiej, gdyż reakcja pozostała taka sama. Tego nie udało mi się zmienić. Nabrałam natomiast umiejętności zabierania głosu w dyskusjach; było trudno, ale przez wielokrotne powtarzanie lęki się wyciszyły. Natomiast nie obawiam się już tak bardzo krytyki innych. Chociaż nie jest mi do końca obojętne, co o mnie mówią. Mam jednak zgodę, że nie wszystkim musi się to podobać i wszystkich nie mam szans uszczęśliwić bądź zadowolić. To utopia. Jednak nie jestem zainteresowana zdaniem wszystkich. Słucham zdania osób dla mnie ważnych i także od nich przyjmuję krytykę. Bardzo sobie ją cenię, gdyż przyczynia się do mojego rozwoju. Pochlebstwa mnie nie zadowalają, bo karmią moje ego, ale nie popychają ani na krok do przodu. Sama też staram się dawać rzetelne informacje zwrotne, bez nadmiernej krytyki i bez słodzenia ponad miarę.

20. Żyje w izolacji od ludzi, nawet gdy pozornie jest wśród nich. Czuje strach przed ludźmi, samotność, brak poczucia przynależności. Boi się zwłaszcza władzy i zwierzchników.

Ta cecha była także moim udziałem i dzięki niej znalazłam się w pewnej wspólnocie religijnej, która dała mi poczucie przynależności i bezpieczeństwa. Jednak odizolowała mnie od szerszego społeczeństwa. Kiedy nabywałam różne zdrowe cechy, to udział w życiu religijnym stawał się coraz słabszy. Pomimo wielu zastrzeżeń mam dużo wdzięczności, bo na tamten czas to było jedyne miejsce, w którym mogłam pokazać moim dzieciom trzeźwe środowisko. Tam nauczyły się wielu dobrych zachowań społecznych z zakresu komunikacji, jednak byliśmy trochę odizolowani i żyliśmy w nieco odrealnionym środowisku, pozbawionym przemocy i agresji. Potem musieliśmy się uczyć stawiać granice. Bałam się szczególnie urzędów i mój mąż musiał długo załatwiać wszystkie formalności związane z działalnością. Dzisiaj jest OK, ani skarbówka, ani ZUS nie są mi straszne, chociaż daleko mi do lubienia ich. Z autorytetami radziłam sobie w przewrotny sposób, podważając je. Trudno było mi je uznawać, dziś potrafię je szanować.

21. Czuje się winny, ilekroć staje lub chciałby stanąć w obronie własnych praw. Łatwiej mu troszczyć się o innych, niż o siebie. Pozwala mu to nie dostrzegać własnych, realnych wad i unikać odpowiedzialności wobec siebie.

Długo nie dawałam sobie prawa do bycia ambitną i dążenia do samorealizacji. Mój rozwój i akceptacja swoich planów i dążeń nastąpiły w okolicach czterdziestki. Może trochę późno, ale zapewniam Was, że warto i zamierzam rozwijać się do samego końca. Zbyt wiele lat tkwiłam w zamrożeniu, by teraz marnować szansę, jaką dało mi życie. Przyglądam się z uwagą swoim wadom i zaletom, bo zarówno w jednych jak i w drugich tkwią zasoby. Już potrafię je doceniać i robić z nich użytek bez cienia poczucia winy. Kiedyś postrzegałam to jako egoizm. Zanadto nie mogę się tym chwalić, bo wielu tak to postrzega. Jednak moje dzieci, mąż, rodzice – widzę, że są dumni. Jestem pewna, ze oni także potrafią zadbać o siebie bez poczucia winy.

c.d.n.

Cechy DDD/DDA ciąg dalszy…

13. Jest lojalny do ostateczności, nawet w obliczu dowodów na nielojalność innych osób. Nie wie kiedy jest wykorzystywany, a kiedy nie.

Lojalność to piękna cecha i zasób wart pielęgnowania, jednakże w zdrowych granicach. Doświadczyłam chorej lojalność w mojej przyjaźni z młodości. Miałam przyjaciółkę, dla której byłam gotowa na wszystko. Żyłam jej życiem i problemami. Byłam tak szczęśliwa, że w końcu mam przyjaciółkę, że byłam gotowa rezygnować z siebie. Jakże byłam zawiedziona, gdy wyjechała za granicę nie mówiąc mi, że jedzie na stałe. Dowiedziałam się po jakimś czasie, gdy ona już się zadomowiła, podjęła naukę i pracę. Przeżywałam po niej żałobę, jakby umarła. Na domiar złego jak zaczęłam pisać do niej listy, to odpisała mi wprost, że nie chce się jej tyle pisać. Byłam zdruzgotana. Tęskniłam i wyczekiwałam jej przyjazdu. Była mi bliższa niż siostra. Niedawno po latach spotkałam ją pod moim domem, jak wracałam z całodniowego pobytu za miastem z moimi obecnymi przyjaciółkami. Wracałam w radosnym nastroju i nagle… oczom nie wierzę, to ona zbliża się ulicą do moich drzwi. Bardzo serdecznie się przywitałyśmy. Nie widziałyśmy się z kilkanaście lat. Rozmawiałyśmy do nocy przy kubku herbaty. To było miłe spotkanie, lecz z dawnego uczucia przyjaźni nic we mnie nie zostało, bo wyleczyłam się z chorej lojalności. Jestem wolna.

Ta cecha nie pozwala też wielu ludziom podjąć terapii, gdyż obawiają się, że będą musieli mówić coś złego na swoją rodzinę. Mają taki opór pomimo iż byli bardzo krzywdzeni – i często są nadal. To jest naturalne, że dziecko nic nie mówi na rodzinę, bo najczęściej nie ma wiedzy, że to, co złego się dzieje to nie jego wina i może być inaczej. Dzieci są lojalne z natury, instynkt im podpowiada, że jego przeżycie zależy od rodziny. Jednak jak się już jest dorosłym, to należy wziąć odpowiedzialność za swoje życie i zadbać, by nie być wykorzystywanym. Ja dzięki mojej babci nie miałam z tym problemu, bo mogłam zawsze do niej pójść, a ona nigdy mnie nie „sypnęła” rodzicom. Dziś jestem jej niezmiernie wdzięczna, bo to uchroniło mnie przed izolacją i zamknięciem się w sobie. Miałam komu się wyżalić, jeżeli w domu było źle. Dziś widzę, jakie to musiało być dla niej trudne pomieścić w sobie moje krzywdy i nie móc z tym nic zrobić. Będąc babcią sama widzę, jak można cierpieć widząc krzywdę dziecka i niewiele mogąc w tym temacie zrobić, jeżeli rodzice są głusi na uwagi. Jednak dzięki babci, jako dorosła nie miałam już problemu, żeby otworzyć się na grupie i opowiadać o swoich krzywdach, jednocześnie nie obrzucając błotem rodziny. Dziś wiem, że oni również byli ofiarami i to, co robili nam, dzieciom, też było ich udziałem. Cieszę się, że potrafię to oddzielić i mieć z nimi dobre relacje. Chociaż mama niejednokrotnie mówiła, że nie wolno mówić o tym, co jest w domu, jakoś się jej nie słuchałam i mówiłam.

14. Domaga się natychmiastowego zaspokojenia zachcianek. Boi się, że jeżeli nie dostanie czegoś od razu, to może już nigdy nie dostać.

To zasób, dzięki któremu potrafię osiągać cele, jednak nauczyłam się też czekać i odraczać gratyfikację. Ta cecha bywa przyczyną licznych kompulsji. Zauważyłam u siebie, że nieraz musiałam koniecznie wyjść z domu i coś sobie kupić. Jak wychodziłam, to nie wiedziałam po co idę, ale potem coś wpadało mi w oko i musiałam to nabyć. Ideologię, że to jest mi potrzebne, dorabiałam na miejscu zakupu. Teraz staram się określać, czego potrzebuję jeszcze przed zakupami, bo w mojej szafie znajdowało się mnóstwo rzeczy, które zakładałam sporadycznie, albo nawet wcale ich nie nosiłam.

15. Automatycznie poddaje się sytuacji, zamiast rozważyć inne możliwości.

To również moja cecha. Z łatwością wchodziłam w samo centrum wydarzeń z całkowitym zaangażowaniem. Ulegałam atmosferze towarzyszącej różnym przedsięwzięciom i nie zawsze to było dla mnie korzystne. Jednak nauczyłam się to równoważyć, a dzięki tej cesze poznałam różnych ludzi, byłam w różnych miejscach i sporo się nauczyłam. W momencie, jak przyszła świadomość, że mogę nie angażować się i trzymać dystans, by rozważyć czy jest to dla mnie korzystne, to zaczęłam być ostrożniejsza. Jednak muszę uczciwie przyznać, że wymagało to ode mnie wielu lat nauki, często na własnych błędach. Jednakże postrzegam to jako zasób i normalne dojrzewanie do tego, co mogę robić ze swoimi zasobami by przybliżać się do swojego celu, a nie czyjegoś.

16. Szuka napięć i kryzysów, a potem się na nie skarży. Stan napięcia jest znany, tak samo jak brak satysfakcji.

To jedna z pierwszych cech, którą zauważyłam u siebie jeszcze będąc nastolatką, kiedy zaczynałam chodzić z moim mężem. Jak długo nic się nie działo, to szukałam dziury w całym tak długo, aż się pokłóciliśmy. Zauważałam, że tak jest, ale nie rozumiałam tego. Będąc na terapii dla współuzależnionych usłyszałam o tzw. zebrze. Życie DDD jest czarno-białe, tak jak ich życie w domu. Kłótnie i awantury, a potem następujące „sielanki”, aż do następnej awantury. Takie życie utrwala się i trudno żyć w spokoju, gdyż kojarzy się z nudą. Jednak ta cecha też może być zasobem, gdy robimy to świadomie. Niejednokrotnie mały „ferment” bywa ożywczy i urozmaica życie. Prowadzi też do rozwoju i zmian. Ważne jest, by ta cecha nami nie rządziła, tylko byśmy umieli ją świadomie wykorzystywać, a nie ulegać ślepym impulsom, które nakazują zrobić cokolwiek, byleby się coś działo.

c.d.n.