Wyrazić złość

Dziś chciałabym wrócić do wątku, który rozpoczęłam opisując zabawę w krzyki na Zlocie Radości AA. Otóż zabawa polega na tym, że ludzie stojący w kręgu wykrzykują najpierw pojedynczo, a potem razem afirmacje. Ta zabawa ma niesamowitą moc. Jak wiele osób powtarza coś, co wykrzyczę, to wraca do mnie ze zwielokrotnioną siłą. Moją ulubioną jest: „Dziecko, dasz radę!”, albo: „Wierzę w siebie”. Inni wołali swoje imię, np.: „Kazik, kocham cię!”. Zabawa przednia, podnosząca zarówno samoocenę jak i poziom energii. Jednak wtedy coś poszło innym torem, kiedy jedna z dziewczyn wykrzyknęła jakąś krzywdę, potem ktoś zawołał jakąś złość i żal. Powtarzaliśmy wszyscy. To miało moc, bo wyzwoliło różne, mieszane uczucia. We mnie wtedy coś się zadziało. Rozpłakałam się po tej zabawie. Stałam nad jeziorem, obejmowałam drzewo i płakałam. Płacz minął, uspokoiłam się, ale od tego czasu zauważyłam, że chodzę jakaś podminowana. Nie bardzo potrafiłam uzasadnić narastającą we mnie złość. Nic mi nie zagrażało. Byłam na trzecim roku studiów i jakoś ogarniałam swoje lęki, w małżeństwie OK,  w pracy też, dzieci zdrowe, a ja wciąż zła. Zaczęłam o tym mówić na grupie. Zastanawiałam się, co z tą złością zrobić i przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Przypomniałam sobie wycieczkę do obozu koncentracyjnego Stutthoff. Widziałam tam w jednej z sal ekspozycyjnych mnóstwo kartek, na których były całe rzędy kresek pionowych, coś takiego: I I I I I I I I I. Tych rzędów było tyle, że wypełniały całe kartki, a kartek było dużo i wisiały jedna obok drugiej na ścianie. A na końcu był napis: „Ból był tak duży, że nie dało wyrazić się słowami”. Z jakiegoś powodu zapamiętałam to, chociaż z całej wycieczki pamiętam swoje uczucie bezsilności i płacz. To wspomnienie zainspirowało mnie do sposobu wyrażenia swojej, niejasnej dla mnie samej, złości. Wzięłam dużą kartkę z bloku rysunkowego i komplet pisaków. Na wyrażenie złości wybrałam kolor czerwony. Zaczęłam robić czerwone kropki. Zrobiłam pierwszy rząd, potem drugi i nagle uzmysłowiłam sobie, że mój gniew nie jest uporządkowany i zaczęłam stukać tym pisakiem gdzie popadło. Po chwili przestałam i uspokoiłam się. Od tamtej pory ta kartka leżała na moim biurku i ilekroć poczułam niejasną złość, bez wyraźnego powodu, zaczynałam robić te czerwone kropki. Tak został zapoczątkowany u mnie proces „odmrażania” zalegających od dzieciństwa emocji.

W tym czasie dojrzewała we mnie decyzja o terapii w jakimś ośrodku pod okiem fachowca. Na studiach słyszałam wielokrotnie, że jest to wskazane, by doświadczyć swojej terapii. Miałam już dwa powody. Pierwszy to niewyjaśnione napady lęku, których doświadczałam na drugim roku na statystyce, a potem pojawiły się na trzecim roku, na języku angielskim, gdy został zmieniony nauczyciel. Potrafiłam już sobie z tym poradzić, ale nie rozumiałam przyczyn. Do tego jeszcze doszła ta niewyjaśniona złość, więc powodów miałam wystarczająco dużo, by podjąć terapię. Jednak ośrodek, do którego dzwoniłam nie miał wolnych miejsc. Na którejś z grup DDA wspomniałam o moim zamiarze i jedna z koleżanek powiadomiła mnie, że ośrodek, w którym przed wielu laty przechodziłam terapię dla współuzależnionych, od niedawna prowadzi też terapię dla Dorosłych Dzieci Alkoholików. Zadzwoniłam tam i jakie było moje zdziwienie, gdy pani podała mi datę pierwszego spotkania na 5 listopada. Nie mam dobrej pamięci do dat, ale tę pamiętam doskonale – wtedy zaczęła się moja największa przygoda z terapią. Nazywałam ją wyprawą do Afryki i wędrówką po czarnym lądzie. Było i strasznie i ekscytująco i pięknie, choć początki tego nie zapowiadały. Moją terapeutką była kobieta pracująca w nurcie psychoanalitycznym. Równolegle zostałam też zapisana na grupę, którą prowadził mężczyzna w nurcie poznawczo-behawioralnym. Podchodziłam do tego lekko, z dystansem, gdyż powody, dla których się zgłosiłam nie były jakoś strasznie poważne. Ja wyglądałam na zadowoloną z życia, realizującą się i raczej szczęśliwą, więc dla uczestników grupy nie było do końca jasne, po co ja tam przyszłam.

Razem ze mną do grupy dołączyły jeszcze dwie dziewczyny i grupa została zamknięta. Miałam niesamowite szczęście, gdyż na ogół czeka się do dwóch lat. Prędzej próbowałam i nigdy się nie udawało, więc wtedy był ten właściwy czas. Równolegle z terapią bywałam na grupie DDA i rysowałam swoje emocje na kartce leżącej na biurku. Po czerwonym kolorze przyszedł czas na żółty. Zorientowałam się, że to zalegająca zazdrość, jaką żywiłam w stosunku do siostry. Z bratem mieliśmy dobre relacje, wspieraliśmy się w naszym dysfunkcyjnym świecie, a siostra w moim odbiorze miała lepiej od nas. Wydawało mi się, że jest chroniona, a my z bratem byliśmy na „pierwszej linii strzału”. Żyłam w przekonaniu, że jej życie wygląda inaczej, lepiej, że jest rozpieszczana przez rodziców i faworyzowana. Z czasem dojrzałam do rozmowy z nią i jakże się zdziwiłam, że ona miała podobne myśli o mnie i bracie. Zazdrościła nam naszej więzi, zaradności, elokwencji i bardzo dobrych wyników w szkole. Nigdy wcześniej nie myślałam o tym w ten sposób. Ona czuła się osamotniona i przerażona. To prawda, że jak było dobrze to rodzice brali ją na kolana i przytulali, jak maskotkę, co wzbudzała moją i brata zazdrość. Brat miał jeszcze gorzej, bo pełnił rolę kozła ofiarnego i z góry był skazany na przegraną. Był buntownikiem, który nieustannie pakował się w kłopoty. To on obrywał od ojca, gdy ten się napił. Ja radziłam sobie za pomocą słowa. Potrafiłam ojca zagadać. Dziś widzę, że w jakiś sposób mu to imponowało, chociaż często się kłóciliśmy. Siostra poza chwilami, gdy było dobrze, była osamotniona i zalękniona. Miała kłopoty z nauką i moczyła się. Jak zaczęłyśmy o tym rozmawiać, zrobiło mi się głupio, że jej zazdrościłam, a tak naprawdę to ja miałam bardziej „uprzywilejowaną” pozycję. Jednak nie potrafiłam tego dostrzec przez pryzmat swoich urazów i żalu. Ta rozmowa podziałała oczyszczająco.

c.d.n.

Podziękowania i prośba do czytelników :)

Piszę tego bloga z potrzeby podzielenia się czymś, co sama dostałam. Na drodze swojego rozwoju spotykałam i nadal spotykam ludzi, którzy spontanicznie i bezinteresownie coś mi dali. Co mogłam, też im dałam, jednak mam poczucie, że mogę dać innym, którzy tego potrzebują. Pisząc tego bloga mam nadzieję, że dzielenie się moim doświadczeniem i nadzieją może się komuś przydać. Cieszy mnie, że ktoś tego bloga czyta, jest mi miło Was gościć w „swoich progach”. Poznaliście mnie trochę, a ja nie wiem w czym to moje pisanie jest dla Was pomocne. Rozumiem, że to trudne tematy, by pisać otwarcie na forum. Postanowiłam udostępnić kontakt, gdyby ktoś chciał się zgłosić z jakąś potrzebą. O czym mogłabym pisać więcej, a o czym mniej? Czy może są tematy, których nie poruszałam, a ktoś potrzebuje, by o tym napisać? Może ktoś chciałby się czymś podzielić, napisać o swoim doświadczeniu? Oczywiście gwarantuję anonimowość i dyskrecję.

W swoich planach mam zamiar opisać terapie w nurcie psychoanalitycznym i ustawieniach systemowych, także w podejściu skoncentrowanym na rozwiązaniach. Wciąż biorę udział w różnych szkoleniach i uczestniczę w warsztatach rozwojowych. Może ktoś ma swoje propozycje, co warte jest polecenia? Z warsztatów, których ostatnio doświadczyłam i mogę polecić, to medytacje Big Mind i mindfulness. Są wolne od związków z jakąkolwiek religią i nie wymagają praktykowania np. buddyzmu. Chętnie opiszę również metodę Lowena, który poprzez różne ćwiczenia dociera do pokładów zalegających emocji. Jak się zorientowaliście, nie jest mi obce przeżywanie żalu po stracie bliskiej osoby. To duży temat, na wiele wpisów, tylko nie wiem czy istnieje taka potrzeba. Nie chcę Was epatować cierpieniem, lecz jak dotychczas pokazywać korzyści z przeżyć, nawet najtrudniejszych. Wasze sugestie i pytania pomogą mi obrać dalszy kierunek i zakres tematów. Celowo pominęłam wątek biznesowy, ale nie wiem, czy słusznie. Nadal prowadzę własną działalność i rozwijam się także w tym obszarze i jeżeli są pytania, to chętnie na nie odpowiem, zarówno na blogu, jak i w indywidualnej korespondencji.

To taki nietypowy wpis, który jest bardziej wyrazem wdzięczności dla Was, że czytacie to co piszę i troski o to co jest dla Was przydatne. Tym razem proszę Was o podpowiedź, o czym chcecie czytać?
Dziękuję za Waszą obecność tutaj.
Kontakt mailowy: mojadrogadosiebie@gmail.com

Depresja

Dzisiaj kolej na depresję, która podobnie jak poczucie winy często się pojawia, gdy gniew jest kierowany do wewnątrz. Oczywiście, to nie jest jedyny powód depresji. Ona zawsze wiąże się ze stratą, niekoniecznie bliskiej osoby. Stracić można zdrowie, nadzieję, perspektywy, ale też energię potrzebną do życia. Jeżeli nie możemy, bo nie potrafimy, w zdrowy sposób wyrażać gniewu, to aby go tłumić wydatkujemy na to dużo energii życiowej. Osobie, w której gniew aż kipi pozostaje niewiele energii na zaspokajanie swoich potrzeb, a także na to, by dać ją innym. Osoba pogrążona w tego rodzaju depresji widzi w otaczającym ją świecie odbicie swego wnętrza. Często widzi przez pryzmat swoich krzywd, niespełnionych marzeń, bezwartościowości. Jego energia jest skierowana przeciwko „ja”. W ten sposób staje się swoim wewnętrznym sabotażystą i wrogiem. Ten rodzaj depresji różni się od tej, która towarzyszy ludziom po stracie i oni potrafią wyrażać smutek przemieszany z gniewem, będącym zdrową reakcją na stratę. To są naturalne etapy przeżywania żałoby i o tym też będę pisać, ale innym razem. Teraz jest o stłumionym gniewie i żalu, które są kumulowane przez brak możliwości lub umiejętności wyrażania ich i przechodzą w nieokiełznaną depresję. Często dotyczy to dawno zapomnianych wydarzeń i nawet trudno dociec, co jest przyczyną. Im dłużej ten stan trwa, tym trudniej się dowiedzieć co było przyczyną niewyjawionego gniewu i tym trudniej odnaleźć szybkie rozwiązanie i energię do życia. Podkreślam jednak jeszcze raz, że to nie jest jedyna przyczyna depresji u ludzi. Niektóre depresje mają związek z genetycznymi predyspozycjami organizmu i przyczyną bywa złe funkcjonowanie neuroprzekaźników, brak światła dziennego w określonych miesiącach roku lub złe nawyki – od nieprawidłowego odżywiania, poprzez nadmierne ilości używek aż po bierny tryb życia, stresy itd. Piszę tu o przyczynach wynikających z dorastania w dysfunkcyjnej rodzinie.

Jednym ze sposobów zwalczania depresji powodowanej tłumionym gniewem, jest dotarcie do jego pokładów i uwolnienie go. Niedawno byłam świadkiem takiego procesu na warsztatach Lowenowskich. Pod okiem terapeuty każdy, kto chciał uderzał rakietą do tenisa w gruby materac przypięty pasami do stołu. Należało przybrać odpowiednią postawę, by nie tracić kontaktu z podłożem – i tym samym z rzeczywistością. W miarę uderzania rakietą w stół zaczęły pojawiać się emocje. Znajdowały one ujście w krzyku, który zaczął wydobywać się z gardła. Niezwykle mocne i uwalniające przeżycie. Nie polecam robić tego samemu, terapeutki, które towarzyszyły grupie były dobrze przygotowane do tego zadania. Natomiast metodę polecam, pozwala dotrzeć do tego, co stłumione w naszym ciele. O tych warsztatach będę pisać szerzej przy innej okazji. Zdrowe okazanie gniewu może pomóc w przerwaniu depresji, aczkolwiek samo okazanie uczuć nie leczy jej, choć daje ulgę. Bardzo pomocne jest rozmawianie o tym z kimś, kto nie lekceważy depresji. Można porozmawiać z kimś doświadczonym na grupach DDA, a jeszcze lepiej z psychologiem lub terapeutą.

Kolejnym uczuciem, które nie pozwala na życie w pełni, to żal. Jest on naturalną reakcją na utratę kogoś nam drogiego. Jednak przyczyną żalu może być również utrata beztroskiego dzieciństwa, co często ma miejsce w przypadku dzieci dorastających w warunkach, gdzie niedostatecznie zaspokajano ich potrzeby, zarówno emocjonalne, jak i materialne, lub tylko jedne z nich. Może to być także utrata zdrowia, złudzeń i nadziei. Istnieje wiele przyczyn naturalnego żalu. Ja musiałam zmierzyć się z nim dwukrotnie. Po raz pierwszy, jak dopuściłam do siebie świadomość straty beztroskiego i niewinnego dzieciństwa i przyjęcie na siebie obciążeń będących udziałem dorosłych. Drugi raz była to strata dziecka. Straciliśmy go nagle i nieoczekiwanie, gdy był u progu dorosłego życia. Za pierwszym razem uczyłam się przeżywać wszystko, co dotąd tłumiłam. Pozwalałam wypływać na wierzch wszystkim uczuciom i ze zdziwieniem przyglądałam się im. Pierwszy raz świadomie doświadczałam rozpaczy, płaczu połączonego z krzykiem wyrywającym się z gardła, szlochu, dojmującego smutku i depresji. Świadomie przeżywałam stratę dzieciństwa, okazywałam to, aż poczułam, że jestem w stanie to zaakceptować, po to, by żyć dalej nie dręcząc siebie i innych rozpamiętywaniem starych żalów. To był trudny i bolesny czas, ale nie trwał długo i szybko odzyskałam energię. Gorzej jest po stracie dziecka. Żal towarzyszy mi na przemian z powracającą rozpaczą, utratą nadziei, depresją, smutkiem i tęsknotą. Jak wiem i czuję, że żal, depresja i smutek są z upływem lat słabsze, to tęsknota jest nadal silna. Jednak dzięki temu, że było mi dane przeżyć świadomie żal w trakcie terapii, to po stracie dziecka uczę się żyć z bólem, albo pomimo bólu. Nabrałam umiejętności przeżywania wszystkiego, co niesie życie. Dzięki otwartości doświadczam bardzo dużo ludzkiej życzliwości i wsparcia. Wyrażając uczucia zostawiam przeszłość i robię miejsce dla teraźniejszości, co daje mi możliwość przeżywania radości, szczęścia i nadziei. Po stratach przychodzą nowe sytuacje i nowe osoby. Są to przyjaciele lub nowi członkowie rodziny, w tym także wnuki, które wypełniają sobą pustkę po stratach i są źródłem nowych, nieznanych dotąd uczuć. Żal jest ważnym składnikiem życia. Przeżycie go ułatwia rozpoznanie, co jest naprawdę ważne. Przeżywaniu żalu towarzyszy wiele naturalnych zmian w organizmie, jak: ucisk w klatce piersiowej, przyspieszony oddech, bóle głowy, utrata apetytu i bezsenność. Po przejściu wszystkich etapów żalu pojawia się akceptacja i w następstwie tego wewnętrzne uzdrowienie, co powoduje przypływ energii niezbędnej do życia. Pierwszy żal, jaki przeżyłam rzeczywiście podziałał oczyszczająco i uwalniająco, jednak drugi jest jeszcze w procesie i dopiero powoli czuję przypływ energii, ale nie jest to jeszcze pełnia. Jednakże czuję, że jestem już innym człowiekiem.

Oprócz tych wymienionych uczuć istnieją także inne, równie bolesne, które warto wygrzebać ze swego wnętrza i dać im wyjść i opuścić ciało. Są to: zazdrość, nienawiść, zły nastrój, frustracja, przygnębienie, zmartwienia, zakłopotanie, zniechęcenie. Warto postanowić sobie, że chcesz się uwolnić od tego bagażu starych uczuć, by móc w pełni przeżywać teraźniejszość. Bywając na grupach DDA niejednokrotnie widzę, jak uwalniają się skrywane przez lata emocje. To piękny widok, jak ludzie w końcu pokazują swoje emocje, a ich twarze z czasem stają się łagodne i miłe, gdyż tracą maski, pod którymi skrywają swoją wrażliwą duszę.

c.d.n.

Wstyd

Następnym uczuciem, który omawialiśmy na mitingu był wstyd. Jest on inny niż poczucie winy. To chyba jedyna emocja, z którą się nie rodzimy, tylko ją nabywamy dorastając w środowisku nieakceptującym nas. Małe dzieci są bezwstydne i niewinne, dopóki nie zostaną zawstydzone przez otoczenie. Uczucie wstydu jest czymś w rodzaju niejasności na swój temat. To poczucie bycia gorszym, bezwartościowym. Osoba obarczona dużym ładunkiem wstydu ma wrażenie, że jej istnienie jest bez znaczenia. Ani dobre, ani złe, po prostu nie ma znaczenia. Uczucie wstydu pozbawia nas mocy do działania, hamuje nas w wielu obszarach. Jeżeli nie dostaliśmy dostatecznej ilości wsparcia i zachęt do dalszych wysiłków, co mogłoby zneutralizować tę niemoc, to zaczynamy przejawiać postawę bezsilności. Wstyd to stan niskiego poczucia własnej wartości i może mieć różne źródła i przejawiać się przez wrażenie, że jest się np. zbyt niskim, nie jest się tak inteligentnym jak inni, nieatrakcyjnym, nieważnym, niepożądanym przez nikogo, głupim.

Zawstydzanie często bywa stosowane jako „metoda wychowawcza” nie tylko przez rodziców, ale też w szkołach lub religiach. Osobami zawstydzonymi łatwiej sterować czy manipulować. W moim przypadku uczucie wstydu przerodziło się w perfekcjonizm. Wstydem było dla mnie czegoś nie wiedzieć. Byłam zawstydzana w obszarze wiedzy. Jeżeli czegoś nie wiedziałam, to w głowie pojawiała się myśl „ty kretynko”. Przez długie lata nie miałam świadomości, że jest we mnie tak dużo tego uczucia. Oczywiście starannie je ukrywałam, ale teraz widzę, że ograniczało mnie ono w wielu dziedzinach. W szkole podstawowej pomimo iż byłam dobrą uczennicą, nie lubiłam się zgłaszać do odpowiedzi. Nigdy nie byłam pewna, czy dobrze myślę. Bałam się, że zostanę wyśmiana, gdy odpowiem źle. To z kolei odebrało mi możliwość popełniania błędów, przyglądania się im i ich poprawiania. Nie dawałam sobie do tego prawa. Rodziło to duże napięcie, które zahamowało mnie w rozwoju na długie lata. Wycofywałam się po pierwszych trudnościach i wstyd robił swoje. Gdzieś w głowie miałam przekonanie, że jeśli czegoś nie potrafię robić dobrze, to lepiej wcale tego nie robić. Wstydziłam się, że nie jestem doskonała, porównywałam się z innymi i zawsze wypadałam niekorzystnie. Jedyne co wychodziło mi dobrze, to wygląd zewnętrzny. Ponieważ zdolności do szycia posiadałam od dziecka, to potrafiłam perfekcyjnie zadbać o swój wygląd. Akurat w tym obszarze dostawałam wzmocnienia i tam dawałam sobie prawo do rozwoju. Jednak jak zaniedbywałam inne obszary – duchowość, emocjonalność, wrażliwość – to skupianie się tylko na wyglądzie prowadziło do przegięć. Potrafiłam przebierać się pięć razy dziennie i za każdym razem musiałam zmieniać wszystko, bo każdy detal musiał idealnie komponować się z całością. Totalne wariactwo, ciągłe poszukiwanie idealnego ciucha, butów, torebki, paska, biżuterii, koloru włosów i bóg wie jeszcze czego. Będąc młodą dziewczyną nie potrafiłam cieszyć się swoim naturalnym wyglądem. Byłam umalowana i przebrana. Mówiono o mnie, że jestem atrakcyjna, ale nie czułam się nawet ładna, nie mówiąc już o pięknie. Wciąż czułam się niewystarczająco dobra. To wszystko zaczęło się zmieniać, jak w moim otoczeniu pojawili się ludzie, którzy mnie wspierali; a właściwie wtedy, gdy zaczęłam słyszeć ich głosy. Dopiero wtedy powoli wyzbywałam się głęboko ukrywanego wstydu. Perfekcjonizm stopniowo zaczął ustępować ciekawości i dawaniu sobie prawa do popełniania błędów. Z czasem pojawiła się radość z możliwości uczenia się. Zaczęłam czuć się ważna, atrakcyjna i także piękna. Już wiem, że jest we mnie wszystko, czego potrzebuję do szczęścia. Mogę robić to, co chcę i jest dla mnie ważne. Nie wstydzę się swoich marzeń i pragnień. One mnie już nie ograniczają.

Podobnie jak przy poczuciu winy, tak i przy wstydzie mogę dopatrzyć się pozytywów i wiem, że wstyd może mnie chronić przed kompromitacją i dzięki niemu przykładałam się bardziej do nauki, włożyłam w nią więcej wysiłku i w końcu ukończyłam wymarzone studia. Zmianą we mnie jest też to, że i w tym obszarze stawiam granice także swoim rodzicom. Nie pozwalam się zawstydzać. Zawsze pomocne dla mnie były osoby wspierające, które ilością pozytywnych komunikatów „zneutralizowały” te pokłady wstydu, niewiary w siebie i niemocy, jakie posiadałam.
Słuchając wypowiedzi na mitingach wiem, że wielu ten nieuleczalny wstyd popycha do nałogu. To uczucie jest tak dojmujące, że niektóre osoby szukają strategii na zneutralizowanie go poprzez picie alkoholu lub przyjmowanie narkotyków, objadanie się, kompulsywne uprawianie seksu, przepracowywanie się, nadmierne dbanie o siebie, robienie zbyt częstych i dużych zakupów itp. itd. Wiele strategii jest pomocnych i skutecznych, jeżeli nie rujnują życia sobie i bliskim, są stosowane tak długo, jak długo niwelują nieprzyjemne uczucia. Może podzielicie się, jakie macie skuteczne strategie?

c.d.n.

Poczucie winy

Jak już wcześniej wspomniałam, każda z grup ma swoją specyfikę. Grupa, na której byłam ostatnio ma zwyczaj, że czwarte spotkanie w miesiącu jest poświęcone poczuciu własnej wartości. Czytane są wtedy treści z książki na ten temat. „Zamrożone” uczucia, związany z tym zamęt i obniżona samoocena są cechami charakterystycznymi dla osób wychowywanych w dysfunkcyjnym środowisku. Na ostatnim spotkaniu było o poczuciu winy, wstydzie, depresji i żalu. Teraz napiszę trochę o roli tych uczuć i czym one się różnią.

Poczucie winy dotyczy w tym wypadku nie jakiegoś konkretnego czynu, o którym wiemy, że się go dopuściliśmy, tylko niejasnego poczucia, że jest się bezwartościowym, złym, głupim i jest ogólnie przykro. Często poczucie winy jest wynikiem tłumienia gniewu, który zwraca się przeciwko jego właścicielowi. Człowiek nękany takim poczuciem winy pławi się na ogół w swych negatywnych uczuciach, karząc się w ten sposób i zyskując nieco ulgi w poczuciu winy, jaki przeżywają. Takie osoby bez wahania potrafią wymieniać swoje wady, słabe strony, potknięcia i to, nad czym jeszcze muszą popracować, ale momentalnie nabierają wody w usta, gdy zostaną zapytane o mocne strony, zalety, sukcesy czy zasoby. Nie potrafią o sobie powiedzieć nic dobrego. W miarę upływu czasu coraz bardziej wątpią w swoją wartość i coraz więcej negatywnej energii kierują przeciwko sobie, zwiększając poczucie winy. Jeżeli to poczucie jest systematycznie wzmacniane przez takie myślenie, następuje zacieranie w pamięci sytuacji, gdy coś osiągnęliśmy. Pamięć działa wtedy wybiórczo, wzmacniając złe wspomnienia, a wypierając dobre. W takim układzie stają się „specjalistami” od niedokończonych zadań, nieszczęśliwych związków i przykrych sytuacji życiowych. Najsilniejsze poczucie winy wywołują dwie sytuacje: gniew wobec rodziców i gniew wobec dzieci. Nie dając sobie prawa do wyrażenia gniewu z powodu np. przekonań, zaczynamy kierować go przeciwko sobie. Wyrażanie gniewu w odpowiedni sposób jest bardzo korzystne. Okazując go stawiamy granice i uczymy dzieci okazywania szacunku. Pokazując im, jak to robić kładziemy fundament pod wzajemne dobre stosunki i dojrzałą przyjaźń, gdy już dorosną. Inaczej sprawa ma się z rodzicami. Jeżeli dorastamy w przekonaniu, że rodzice zawsze mają rację, zawsze będą nas akceptować i najlepiej się na wszystkim znają, to mamy kłopot. Prawda jest taka, że rodzice to zwyczajni ludzie, którym zdarzyło się mieć dzieci. Dziecko, którego nie nauczono, że gniew jest zdrowym uczuciem, często w wieku dojrzałym ma poczucie winy, okazując rodzicom naturalny gniew. Później, jako dorosły, żywi urazę wobec rodziców, że nie dopisali kiedy ich potrzebował. Nieuzewnętrzniony gniew od bardzo dawna nadal szuka ujścia, lecz dorosłe dziecko wciąż nie może zrobić nic dla siebie, obawiając się, że oznaczałoby to skierowanie uczuć przeciwko rodzicom, co z kolei wzmacnia i tak już uciążliwe poczucie winy. Jeżeli ktoś żyje w ciągłym strachu przed zranieniem uczuć swoich rodziców, jego życie staje się bolesną powtórka zagmatwanego dzieciństwa i obarcza każdy kolejny związek strachem przed okazywaniem gniewu czy cierpienia. Zdrowy gniew dziecka wobec rodziców, jeżeli nie został wyrażony, to czy chcemy, czy nie, czy o tym wiemy, czy nie, zostaje przenoszony na związki i ma na nie często zgubny wpływ.
Warto tu zwrócić uwagę, że racjonalne poczucie winy jest bardzo przydatną emocją i ma to miejsce wtedy, gdy popełnimy jakiś błąd świadomie, wskutek czego kogoś skrzywdziliśmy lub obraziliśmy i czujemy się nieswojo. Poczucie winy składnia nas do naprawienia tego, w skutek czego usuwamy dyskomfort i naprawiamy relację. Przyznanie się do winy, przeproszenie oraz zadośćuczynienie w niemalże cudowny sposób łagodzi wewnętrzne napięcie i sprawia, że wszyscy czują się lepiej. Odrzucenie odpowiedzialności za skrzywdzenie kogoś tylko zwiększa poczucie winy.

W moim wypadku niejasne poczucie winy miało podłoże w nadmiernej odpowiedzialności, jaką na mnie nałożono, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Pomimo iż miałam dwoje rodzeństwa, w tym starszego brata, to mnie przypadła rola bohatera rodzinnego. Wiązało się to z tym, że narzucano mi rolę, do której jeszcze nie dorosłam. Oczekiwania, że będę wszystko wiedziała, zawsze będę odważna i mądra, powodowały we mnie rosnącą we mnie frustrację, gdyż nie miałam jeszcze możliwości, by sprostać tym oczekiwaniom. Z drugiej strony, jak tu gniewać się na rodziców, kiedy oni widzą we mnie tyle dobrych cech. Złość, która powstaje, nie ma czasu na uzewnętrznienie, więc kierowałam ją do środka. Byłam dzieckiem nadąsanym z ciągłym poczuciem niedopasowania i niesprawiedliwości. Ponieważ byłam bystra i żywiołowa, tzw. żywe srebro, to prawdopodobnie sprawiało rodzicom kłopot. Mama oprócz swoich dzieci miała jeszcze na głowie pijącego męża, więc jej uwaga była rozproszona. Ja bardzo szybko weszłam w rolę osoby wspierającej mamę. To z kolei wiązało się z utratą dziecięcej niewinności. Poznawałam świat dorosłych za szybko. Mimo to nie byłam traktowana jak dorosła (i całe szczęście). To wszystko budziło frustrację, narastającą złość, gniew i niezgodę. Jednak nie było dla mnie przyzwolenia na wyrażanie tych uczuć. Widząc różne sytuacje między rodzicami, nie potrafiłam być jednocześnie przerażonym dzieckiem i opanowanym dorosłym. Trzeba było wybrać którąś z tych ról. Wybrałam rolę dorosłego, gdyż wszystkim było to na rękę. W ten sposób zaczęłam tłumić uczucia dziecka i zachowywałam się jak „stara maleńka”. Byłam bardzo poważna i momentami surowa. Wymagająca i bezlitosna byłam przede wszystkim dla siebie. To niejasne poczucie winy było tak silne, że ja wciąż się tłumaczyłam i usprawiedliwiałam, nawet jeżeli nawet nikt o nic nie pytał. Pamiętam, jak będąc w szkole średniej, jedna z życzliwych mi nauczycielek zwróciła na to uwagę i powiedziała mi, że nie muszę się wciąż tłumaczyć. Nawet gdybym coś zrobiła, to też nie mam takiego obowiązku. To jednak długo było we mnie silne i poczucie winy nakazywało mi usprawiedliwiać każdy mój krok i moją decyzję, jakbym nie miała do tego prawa. Terapie pozwoliły mi skonfrontować się z własnymi uczuciami i nauczyłam się być uczciwa wobec własnych potrzeb. Przestałam się czuć zobowiązana do pełnienia roli, jaką narzucił mi chory system rodzinny. Wyleczyłam się z chorej lojalności i zaczęłam zajmować się swoim rozwojem. Uwierzyłam w siebie, zaczęłam zauważać ile się nauczyłam i z czasem zaczęłam odczuwać wdzięczność za te cechy, które „wypracowałam” w dysfunkcyjnym domu. Wyleczyłam się z poczucia winy wyniesionego z dzieciństwa i zaczęłam brać odpowiedzialność za swoje dorosłe życie. Dziś widzę, że moje dzieci też się tego ode mnie nauczyły i są odpowiedzialnymi dorosłymi i dobrymi rodzicami.

c.d.n.

Zlot Radości

Wspólnoty DDA, AA, Al-Anon spotykają się raz do roku na organizowanych przez AA „Zlotach Radości”. Dzisiaj chciałabym o nich napisać. Mają swój niepowtarzalny klimat i warto je polecać. Byłam na trzech zlotach i każdy z nich był w innym miejscu. Są organizowane przez poszczególne regiony kraju. Zaczynają się w piątek po południu, a kończą obiadem w niedzielę. W piątek po kolacji są mitingi dla grup i trwają tak długo, jak długo jest potrzeba. Na Zloty przyjeżdżają często całe rodziny. Spora część uczestników nie korzysta z mitingów, gdyż to nie jest warunkiem uczestnictwa. Służy to temu, by ucząc się trzeźwego życia doświadczyć różnych form spędzania czasu. Można skorzystać z oferty danego ośrodka, w którym jest organizowany zlot, np. basen, masaże. Dla osób będących w kryzysie po odstawieniu alkoholu jest możliwość korzystania ze wsparcia na mitingach AA. Dla pozostałych członków rodziny, którzy też korzystają z mitingów dla współuzależnionych i dla dorosłych dzieci alkoholików też jest możliwość uczestniczenia w swoich grupach, bądź w innych, gdyż mitingi mają charakter otwarty. Uzależnieni mają duże obawy przed pójściem na miting dla współuzależnionych lub dla dorosłych dzieci, bo wyobrażają sobie, że tam narzeka się na pijących współmałżonków lub rodziców. Jakie jest ich zdziwienie, gdy już zdobędą się na odwagę i przyjdą na którąś z tych grup i nagle usłyszą coś, co jest kawałkiem ich życia. Pamiętam jeden taki miting, gdzie przyszło wyjątkowo dużo alkoholików będących już jakiś czas w trzeźwieniu. Jak zorientowali się, że oni też mają syndrom DDA, zaczęli śmiało opowiadać o swoich doświadczeniach z dzieciństwa. Dla wielu staje się jasne, że picie nie zawsze było ich wyborem, tylko kontynuacją zwyczajów panujących w ich rodzinie. Niejednokrotnie uświadamiają sobie, iż picie alkoholu to na tamten czas była jedyna możliwa strategia na przeżycie. Gdy przestała już dawać ukojenie, zaczęli szukać możliwości w trzeźwym życiu. Po wielu latach przyglądania się uzależnieniom i słuchania opowieści już trzeźwych alkoholików wiem, że każda historia jest inna i jedyna w swoim rodzaju. Tak jak różne są początki picia, tak też różne są powody zaprzestania i trzeźwienia.

Na Zlotach Radości są też mitingi spikerskie, tzn. można posłuchać czyjejś osobistej opowieści, jak zaczynał pogrążać się w nałogu i jak potem z niego wychodził. To bardzo poruszające, szczere i odważne wystąpienia. Są one bardzo pomocne w zrozumieniu mechanizmów uzależniania. Pomimo iż jest to choroba siejąca spustoszenie emocjonalne nie tylko u osoby uzależnionej, ale także wśród najbliższych, to uczestniczenie całej rodziny w zdrowieniu jest bardzo wzmacniające i rozwojowe. Wielu zdrowiejąc zaczyna na trzeźwo odkrywać i poznawać swój potencjał, zasoby i możliwości otwierające się przed nim. W samej wspólnocie wielu zaczyna się realizować prowadząc mitingi lub angażując się w zadania w strukturach tworzących wspólnotę. Jest to czysta praca na rzecz innych, bez wynagrodzenia. Tym bardziej cieszy, że tyle osób tak chętnie organizuje takie spotkania.

Oprócz mitingów przewidziane są atrakcje, aby było wystarczająco dużo rozrywki, by Zlot mógł nosić miano „Radości”. Jest dyskoteka bez alkoholu, ognisko, przejażdżka powozami lub jazdy konne. Wiele osób na takich zlotach po raz pierwszy doświadcza zabawy na trzeźwo, jest to nowość, ale też trudność. Miło patrzeć, jak pokonują swoje wewnętrzne bariery i trudności i bawią się, pomimo braku alkoholu. Dzięki temu na zlotach widzie się też rodziny z dziećmi. Tam jest dla nich czas i miejsce, by mogli bawić się w trzeźwym środowisku. Na jednym ze zlotów kolega zaproponował zabawę w krzyki. Polegała na tym, że ustawieni w kole ludzie po kolei wykrzykiwali swoje afirmacje, a reszta krzyczała razem z nimi. Ustawiliśmy się w lesie, nad jeziorem i zaczęliśmy. Pierwszy był kolega, który zaproponował zabawę, zawołał – Jurek, kocham cię! A cała reszta powtarzała, potem kolejna osoba – Ala jesteś zajebista! I wszyscy razem. Fajnie nam szło i podnosiło to wszystkim nastrój, było radośnie do momentu, gdy nadeszła kolej osoby, która nie potrafiła nic dobrego o sobie powiedzieć i wykrzyczała swoją złość na ojca. Powtórzyliśmy razem, krzycząc. I w tym momencie w wielu uwolniły się różne emocje. Niektórzy poszli tym tropem i zaczęli wykrzykiwać krzywdy, a pozostali afirmacje. Podziałało to uwalniająco. We mnie też wtedy się coś otworzyło, z czym długo nie wiedziałam co robić. Po zabawie musiałam się wypłakać. Długo wspominałam ten zlot, ze względu na tę zabawę, bo ona dała początek mojej następnej i chyba największej przygodzie z terapią…

c.d.n.

Rodzina DDA

Przez jakiś czas jeździłam na grupę z koleżanką. Bardzo lubiłam te nasze wyprawy. Miałyśmy ponad godzinę czasu na rozmowy w samochodzie. Dużo miałyśmy sobie do powiedzenia. Nadawałyśmy na tej samej fali, chociaż nasze problemy nie pokrywały się. Jednak jak się trafi na pokrewną duszę, to tematy same przychodzą. Te wyjazdy bardzo poprawiały mi nastrój. Po grupie zawsze jechałyśmy do baru na kolację i dopiero potem wracałyśmy do domu. Z czasem, jak grupa bardziej się poznała i polubiliśmy się, to całą ekipą szliśmy do baru. Mieliśmy dużo do „przegadania”. Na grupie słyszeliśmy swoje bardzo trudne wypowiedzi, niejednokrotnie intymne. Ponieważ to nie jest grupa terapeutyczna i nie zawiera się szczegółowego kontraktu, to jest większa swoboda. Dwa razy do roku wspólnoty AA, Al-Anon i DDA organizują warsztaty weekendowe w jakiejś turystycznej miejscowości w wynajętym pensjonacie. Takie wyjazdy są fajne. Bardzo szybko je polubiłam i byłam już na wielu. Panuje na nich ciepła, niemalże rodzinna atmosfera. Po jakimś czasie zaczęłam obserwować organizatorów grupy, do której jeździłam. To małżeństwo alkoholików utrzymujących trzeźwość od wielu lat. Założyli pierwszą grupę DDA w swoim mieście i przez lata zrobiły się z niej cztery. Dużo czasu, energii i serca wkładają w swoją pracę na rzecz grupy. Wykazują dużo troski i zainteresowania ludźmi, którzy tam przychodzą. Są bardzo uważni na grupę jako całość, by funkcjonowała jak należy, zgodnie z tradycjami, a także na poszczególnych członków. Interesują się ludźmi i to się czuje. Było mi bardzo miło, kiedy ona dzwoniła i pytała z życzliwością o moje sprawy. Uważam, że dla wielu są jak zastępczy rodzice. Bardzo ich polubiłam.

Na grupie zawsze pojawiały się ciekawe tematy, które w jakimś obszarze ze mną rezonowały. Okazało się, że mam coś do powiedzenia ze swojego doświadczenia. Jednym z warunków uczestnictwa w grupie jest to, że mówimy o swoim doświadczeniu, a nie o innych i nie teoretyzujemy, tzn. nie udzielamy rad na podstawie wiedzy z książek. To musi być wypowiedź osobista. Dzięki temu jest możliwość „wyrzucenia” z siebie czegoś, co „zalega” od lat. Jak słuchałam emocjonalnych wypowiedzi innych, to nieraz i mi coś zagrało w duszy. Przypominały mi się stare historie i mogłam się przyjrzeć, ile już jest nieaktualnych dzięki terapii, którą przeszłam przed kilkunastoma laty. Dopiero chodząc na tę grupę zobaczyłam, jak wiele we mnie zmieniła terapia. Dzięki temu mogłam dzielić się swoim doświadczeniem i dawać nadzieję młodszym uczestnikom. Bardzo mnie cieszyło, i nadal cieszy, że na grupy przychodzą młodzi ludzie. Niejednokrotnie są to nastolatki, chociaż z założenia jest to grupa dla dorosłych. Ci młodzi ludzie nieraz mają nałogi, z którymi zerwali i są po przejściach, którymi można obdzielić kilku dojrzałych ludzi. Bardzo budujące i wzruszające jest obserwować rozwój i wzrost młodych ludzi. Chętnie jeżdżę na grupę od czasu do czasu, by nacieszyć się ich widokiem. Wtedy jednak sama potrzebowałam wsparcia w swoim rozwoju. Historia ze statystyką pokazała mi, że są obszary, w których reaguję jak dziecko i że mam coś do nadrobienia w sferze emocjonalnej. Grupa jest znakomitym miejscem dla takiej pracy. Jak siedzę i słucham co inni mówią, to po swojej reakcji widzę, czy ten temat jest we mnie żywy, czy jest już załatwiony i uspokojony. Po wielu wypowiedziach słyszałam, że to ludzie dojrzali, po przejściach i z dużą świadomością, którą zyskali dzięki terapii. Miło się słucha i chętnie się uczy. W czasie przerwy zawsze jest gwar, ludzie bliżej się poznają, wymieniają się różnym informacjami. Niektórzy przenoszą zażyłość na teren prywatny, chociaż nie jest to konieczne, by móc korzystać ze swego doświadczenia. Zdarza się także, że osoby spotykają miłość swojego życia, lub pary przychodząc tam, poprawiają swoją relację. To jednak są skutki uboczne. Celem nadrzędnym jest poznawanie istoty swoich kłopotów i wychodzenia z tego. Wielu korzysta tylko z programu dwunastu kroków i mogą robić to sami, lub ze sponsorem, czyli osobą dojrzałą, która rozwiązała swoje problemy i może komuś pomóc przejść przez program. Oczywiście, nie jest to program idealny i dla każdego. Dlatego jest zachęta, by przez kilka tygodni przychodzić regularnie i przysłuchiwać się temu, co mówią inni i sprawdzić swoją reakcję. Można, ale nie ma takiego obowiązku, stosować się do zaleceń programu i sprawdzić jak to na mnie działa. Można pochodzić na różne grupy, jeżeli jest taka możliwość (to tylko w dużych miastach) i sprawdzić, w której czuję się najlepiej. Chociaż program jest ten sam, to jednak każda grupa ma swój klimat i swoją specyfikę. Dla mnie ważna jest szczerość i otwartość wypowiedzi i zauważyłam tę cechę u ludzi, którzy mają już swoje sprawy poukładane i najczęściej są już po terapii, choć nie jest to regułą. Wielu wystarcza wspólnota i praca na krokach. Ważnym dla mnie elementem jest neutralność pod względem religijnym i politycznym. To jest bardzo ważne i zauważyłam, że grupy jakoś identyfikujące się z jakąś religią lub instytucją nie rozwijają się tak dynamicznie, a osoby mające inne poglądy szybko rezygnują z przychodzenia. Tworzą się wtedy grupy „wzajemnej adoracji” i to też ma swój walor, gdyż dają wsparcie i poczucie bezpieczeństwa, jednak nie sprzyjają rozwojowi. Grupa, na którą zaczęłam chodzić jako pierwszą, była wolna od jakichkolwiek zależności i po bliższym poznaniu ludzi odkryłam, że są tam przedstawiciele ośmiu różnych wyznań i to nie miało najmniejszego znaczenia, gdyż prowadzący ściśle trzymali się zaleceń tradycji. Gdy zdarzyło się kiedyś, by przedstawiciele jednego wyznania zaczęli „przemycać” tematy swoich przekonań, to szybko można było odczuć niechęć w grupie do przychodzenia na spotkania. Dlatego dużą rolą prowadzącego jest dbanie o to, by tematy niezwiązane z programem nie zakłócały spotkań.

c.d.n.

Grupa wsparcia DDA – z czym to się je?

W pierwszej chwili widząc od kogo jest wiadomość przestraszyłam się, ale jak zaczęłam czytać uśmiech robił mi się coraz szerszy. Była to pełna troski wiadomość od nauczyciela zaangażowanego w swoją pracę. Podsuwał pomysły jak sobie radzić z trudnościami i także możliwość przepisania się do innej grupy, gdzie może inny nauczyciel byłby dla mnie odpowiedniejszy. Czytając to już wiedziałam, że bardziej odpowiedniego nie znajdę. Podziękowałam i wyjaśniłam, że już zaliczyłam to kolokwium. W nowym semestrze zajęcia ze statystyki rozpoczęły się od zadania, co jest powodem lęku przed nią. To do końca rozbroiło mój lęk. Wiedziałam, że mam w nim sprzymierzeńca, a nie wroga. Zaczęłam być być aktywna, rozluźniłam się i skończyły się migreny. Nie polubiłam przez to statystyki, ale przestała mnie przerażać. Nie oblałam żadnego kolokwium, a na zakończenie nauczyciel ze swojej puli dodał mi dwa punkty, co podniosło moją ocenę do czwórki. Ta historia nauczyła mnie, że nie należy się wycofywać tylko z powodu lęku. Już wiem, że jest moim sprzymierzeńcem, jeżeli pozwolę sobie go uzewnętrznić. Najgorsze jest jego skrywanie, bo wtedy zżera od środka i uniemożliwia działanie. Mój mąż jak widział, że zaczynam się wkurzać, to mówił: „Teraz dasz radę, masz już sportową złość”. I to prawda, że gdy lęk przechodził w złość, to wtedy pojawiała się energia do działania. Pokonałam kolejnego potwora, który stanął mi na drodze.

Dużym wsparciem była dla mnie grupa DDA, na którą zaczęłam jeździć regularnie. Studia trwały pięć lat i od drugiego roku, jak zaczęła się historia ze statystyką, zaczęłam jeździć i polubiłam to. Miło spotykać ludzi, którzy chcą się rozwijać, a nie tkwić w starych schematach. Długo przysłuchiwałam się, jakie ludzie mają problemy i radości, sama często się ze swoimi zgłaszałam. Istotą takich spotkań jest możliwość wypowiadania się bez narażenia na jakąś uwagę. Nie wolno przerywać wypowiedzi, ani ich komentować. Nie daje się też informacji zwrotnych, tak jak to było na terapii. W grupie wsparcia można jedynie podzielić się swoim doświadczeniem, jak sobie poradziłam w podobnej sytuacji, ale nie można udzielić rad. To bardzo pomocne i daje śmiałość do wypowiedzi. Choć trzeba przyznać, że są osoby, które prawie nigdy nie zabierają głosu i tak też może być. Spotkanie zawsze prowadzi jedna osoba, która czuwa, by wypowiedzi mieściły się w limicie czasu i udziela głosu osobom zgłaszającym się. Po jakimś czasie zorientowałam się, że grupa pracuje na jakimś programie. Jednak było tak dużo zgłaszanych problemów, że często brakowało czasu na program. Spotkania trwają w takiej grupie dwie godziny z piętnastominutową przerwą. Na przerwie wyjmuje się kapelusz, do którego – kto chce – wrzuca dowolną kwotę pieniężną. Z tych pieniędzy grupa płaci za wynajem sali, jeżeli jest to potrzebne, kupuje kawę, herbatę i słodycze. Takie grupy najczęściej spotykają się w MOPS-ach lub w szkołach. Wtedy wiedziałam o tej jednej grupie, a po jakimś czasie dowiedziałam się o drugiej. W tej chwili poznałam już piątą. Każda grupa ma swoją specyfikę, ale wszystkie pracują niezmiennie na dwunastu krokach zdrowienia. Odczytuje się każdy krok zgodnie z miesiącem. W styczniu pracuje się na pierwszym i prowadzi do grudnia i dwunastego kroku. Jedną z bardziej znaczących dysfunkcji DDA jest bycie w roli, jaką narzucono dziecku w rodzinie i w związku z tym utrudniony kontakt ze sobą. Nieustanne „kręcenie filmów”, życie wspomnieniami, krzywdami, przejmowanie się niepowodzeniami, myślenie „co by było gdyby”, narzekanie na swoje życie, olewanie tych, na których mi zależy, udawanie kogoś, kim się nie jest, zamartwianie się jutrem, porównywanie się z innymi. Pracując na krokach, lub korzystając z terapii zaczyna się nabywać umiejętności spontanicznego śmiania bez powodu, wiarę w siebie, pozytywnego myślenia, doceniania każdego dnia, spędzania czasu z przyjaciółmi i cieszenia się z drobiazgów, robienia zwariowanych rzeczy, dotrzymywania obietnic, kochania, bycia sobą, nabierania dystansu do siebie. Program nie jest trudny i wystarczy przez kilka tygodni chodzić regularnie, by móc dostrzec, czy mi to pomaga, czy nie. Oczywiście nie jest to dla wszystkich, jednak warto sprawdzić, bo wielu na tym skorzystało. Ja osobiście te spotkania w grupie nazywam rodziną zastępczą, bo podobnie jak w zdrowej rodzinie siadamy przy stole i rozmawiamy o swoich sprawach, o trapiących nas problemach, wymieniamy się doświadczeniami i dajemy sobie wsparcie. Bardzo fajne były – i są nadal – mitingi, które przypadają w święta. Są specyficzne i bardzo ciepłe, gdyż wielu nadal żyje w rodzinach dysfunkcyjnych i chwila wytchnienia w zdrowym towarzystwie jest nieoceniona. Niektórym grupom towarzyszą zajęcia edukacyjne, które zaznajamiają uczestników szerzej z syndromem DDA/DDD, gdyż nie tylko w rodzinach, gdzie występuje alkoholizm powstaje zespół cech utrudniających autentyczny kontakt ze sobą, swoimi emocjami i związane z tym prowadzenie szczęśliwego życia. Rodziny dysfunkcyjne to takie, gdzie występuje przemoc, chłód emocjonalny i nadmierna dyscyplina, zbyt wysokie wymagania wobec dzieci, choroba psychiczna jednego, lub obojga rodziców. Grupy edukacyjne, oprócz wiedzy, dostarczają też możliwości nabywania umiejętności potrzebnych do bardziej świadomego przeżywania. Prowadzone są też mini warsztaty. Jednak nie przy wszystkich grupach jest taka możliwość.

c.d.n.

Dorosłe Dzieci Alkoholików

Z każdym następnym zjazdem czułam się coraz gorzej. Na statystyce siedziałam sparaliżowana, nic nie rozumiejąc. Pierwsze kolokwium napisałam na zero punktów, a właściwie oddałam pustą kartkę. Powoli zbliżał się termin poprawki. Mówiłam już głośno w grupie o swoim strachu. Często mieliśmy zajęcia warsztatowe z pracy terapeutycznej, a ja, nauczona na swojej terapii mówiłam otwarcie o swoim stanie emocjonalnym. Na innych zajęciach było OK. Zaczęłam się zastanawiać, z czego wynika tak silna reakcja utrudniająca mi uczenie się. Nigdy wcześniej nie odczuwałam tak intensywnie lęku, by mieć migreny po każdych zajęciach. Nawet kiedy robiłam prawo jazdy nie miałach takich reakcji. Od pierwszego roku mówiono nam, że każdy psycholog powinien mieć swoją terapię, a przynajmniej jest to wskazane, choć nikt nas do tego nie może zmusić, jeżeli nie chcemy. Ja już miałam wyraźny powód, by zmierzyć się ze zmorami dzieciństwa. Nie pamiętałam jakiegoś szczególnego wydarzenia, ale intuicja podpowiadała mi, że tam należy szukać przyczyny. Pamiętam, że byłam bardzo dobrą uczennicą i dostawałam nagrody do pewnego momentu, a potem zaczęły się problemy. Najwięcej ich miałam z przedmiotami ścisłymi i tak zostało do matury.

Próbowałam się uczyć tej statystyki, ale nic nie wchodziło mi do głowy. Przyszedł czas na kolokwium poprawkowe. Coś już potrafiłam napisać, ale zdecydowanie za mało, by zaliczyć. Ktoś powiedział, że u tego nauczyciela można zaliczać do skutku, więc próbowałam dalej coś zrozumieć. Na kolokwium było pytanie dotyczące poziomu lęku u uczniów w szkołach i jakie czynniki na to się składają. Oczywiście należało to obliczyć. Ja widząc, że tego nie ruszę, odreagowałam w znany sobie sposób. Po prostu napisałam coś w rodzaju listu do nauczyciela na temat mojego lęku wynikającego z niemożności zrozumienia, o czym jest mowa na zajęciach. Oczywiście miałam świadomość, że nie pomoże mi to zaliczyć tego kolokwium, ale jakoś rozładowało moje napięcie. Koleżanki słysząc, że rozważam możliwość odejścia ze studiów zaproponowały mi, że będziemy razem się uczyć. Pojawił się promyk nadziei. Nagle okazało się, że połowa grupy ma problem ze statystyką, nie mniejszy od mojego. Po prostu większość nabrała wody w usta. Ja dodatkowo jeździłam do koleżanki, która obiecała, że udzieli mi korepetycji. Powiedziała, że nie muszę tego zrozumieć, a ona nauczy mnie „jak małpę” obsługiwać program, by zrobił wyliczenia. Z interpretacją wyników już nie miałam problemu. Jak powiedziała, tak zrobiła. Dwie następne osoby porzuciły studia ze względu na statystykę. Ja postanowiłam zawalczyć.

W tym czasie pierwszy raz trafiłam na grupę wsparcia dla Dorosłych Dzieci Alkoholików. Pojechałam z koleżanką i byłam zaskoczona miłą atmosferą. Wiele osób zgłaszało swoje problemy i radości. Ja również podzieliłam się swoim problemem. Powiedziałam, że doświadczam silnego lęku i jestem bliska zrezygnowania ze studiów. Ku memu zdziwieniu otrzymałam bardzo duże wsparcie od mężczyzn. Akurat tego potrzebowałam, gdyż w dzieciństwie tata nie potrafił mi pomóc, bardzo się irytował i tracił cierpliwość jak czegoś nie wiedziałam, więc nie miałam z jego strony wsparcia. Raczej to ode mnie oczekiwano, że będę wszystko wiedziała i na wszystkim się znała. Tym większe było dla mnie zaskoczenie, że dużo słów otuchy usłyszałam od mężczyzn i nawet podpowiedzi, jak sobie radzić z nauką. Było mi niezmiernie miło, bo zachęcali mnie, abym nie rezygnowała i kilku podzieliło się swoim doświadczeniem. Niektórzy ulegli temu lękowi i do dziś żałują, że zrezygnowali ze studiów. Inni opowiadali jak sobie radzili z takim lękiem. Byłam zaskoczona otwartością i szczerością wypowiedzi, zwłaszcza płynących z ust mężczyzn. Do tej pory miałam terapię wśród samych kobiet, w domu nie miałam wzorca mężczyzny otwartego, raczej odwrotnie – mąż i ojciec usiłowali rozwiązywać problemy z pomocą alkoholu, oczywiście bezskutecznie. Czułam się podniesiona na duchu i postanowiłam zrobić wszystko, by zdać tę nieszczęsną statystykę. Jeździłam dodatkowo i ćwiczyłam w każdej wolnej chwili. Pomagało mi też jedno z moich dzieci uzdolnione matematycznie.

Przyszedł czas na na kolejne kolokwium i zgłosiłam się na poprawkę. Zaczęliśmy pisać, gdy do sali weszła spóźniona koleżanka, która przygotowywała mnie do poprawy. Nauczyciel powiedział, że już dwa razy podchodziła i trzeci raz już nie można poprawiać ocen, a ona chciała poprawić na piątkę. Wycofała się bez dyskusji, widząc mnie i wiedząc, że ja też podchodzę trzeci raz. Odezwałam się, że ja też jestem trzeci raz i dlaczego odmawia mi się szansy na poprawę. Odpowiedział, że takie są zasady. Na to ja zapytałam, czy zasady służą temu, żebyśmy robili postępy, czy tylko są bo są. Przyznał, że mają służyć naszemu dobru. Zatem jeśli dwa razy nic nie mogłam napisać, bo tego nie rozumiałam, a teraz jestem przygotowana i wiem o co chodzi, to jakie zastosowanie ma zasada zabraniająca podchodzić mi trzeci raz? Facet okazał się człowiekiem i po chwili namysłu przyznał mi rację i zapytał, czy rzeczywiście jestem przygotowana. Odparłam, że tak. Pozwolił mi zostać i pisać. Byłam z siebie dumna i zadowolona, nie dałam się sparaliżować lękowi, napisałam to kolokwium i dostałam zaliczenie. Ku memu zdziwieniu połowa grupy nie zaliczyła semestru ze statystyki, w tym dwaj moi koledzy, którzy siedzieli obok mnie na zajęciach i robili dobre miny do złej gry. Żaden się nie przyznał, że nie daje rady. Nagle zobaczyłam mój lęk z innej strony. On mnie mobilizował do szukania rozwiązania. Dzięki terapii nauczyłam się nie zamiatać pod dywan, tylko mówić czego mi potrzeba. Potrzebowałam pomocy i ją dostałam. Byłam bardzo wdzięczna tej dziewczynie, że zrobiła to dla mnie bezinteresownie. Miałam wobec niej dług wdzięczności. Jakież było moje zdumienie, gdy po zakończeniu sesji robiłam w komputerze porządki i zajrzałam do skrzynki uczelnianej, z której do tamtej pory nie korzystałam. Znajdował się tam mail od nauczyciela statystyki, będący odpowiedzią na mój „list” napisany na drugim kolokwium, dotyczący mojego paraliżującego lęku…

c.d.n.

Pierwszy rok studiów, pierwsze trudności

Zajęcia w szkole mieliśmy najczęściej we trzy – nieraz dwa – weekendy w miesiącu. Wypełniały one całą sobotę i niedzielę od 9 do 20. Po takim weekendzie byłam zmęczona, więc na poniedziałek starałam się nie planować żadnych wyjazdów. To, że miałam swoją działalność, było zbawienne. Studia wymagały ode mnie naprawdę dużego zaangażowania. Potrzebowałam nie tylko pieniędzy, ale też wiele czasu i energii na uczestnictwo w zjazdach i naukę. Starałam się racjonalnie odżywiać i wspomagałam się suplementami diety, by zasilić mózg. Widziałam, jak niewiele w mojej głowie zostaje z wykładów. Dobrym zwyczajem okazało się czytanie zadanych materiałów. Uczyłam się technik szybkiego czytania i dzięki temu wiedziałam jak sukcesywnie to robić. Najpierw każdy tekst przeglądałam, rzucając tylko okiem na każdą kartkę, bez zatrzymywania wzroku na poszczególnych zdaniach. Potem wodząc wzrokiem po tekście palcem lub wskaźnikiem (służył mi do tego krótki drut do robienia wełnianych skarpet :)). Po paru dniach czytałam urywki tekstu i zaznaczałam znaczące słowa. Dopiero potem zasiadałam do czytania całego tekstu od deski do deski. Dzięki tej metodzie przy czytaniu miałam już poczucie, że ten tekst jest mi znajomy i nie byłam tak przerażona mnogością nowych pojęć. Pomimo tego i tak czułam się „przegrzana” ilością wiedzy. Jednakże chętnie jeździłam na zajęcia. Pozostali studenci z naszej grupy mieli podobne problemy, bez względu na wiek. To dodawało mi otuchy. Rozmowy z koleżanką, u której nocowałam, były ważnym uzupełnieniem wykładów, bo była na czwartym roku. Tłumaczyła mi to, czego nie rozumiałam, lub mówiła co mogę sobie odpuścić. To były cenne wskazówki. Bardzo lubiłam szkołę i chłonęłam wiedzę. Miłym zwrotem były słowa jednej z nauczycielek, która powiedziała, że dla nas to aż jej się chce przyjeżdżać do pracy w niedzielę. Nasza grupa była rzeczywiście chłonna wiedzy i zaangażowana w studia. Bardzo szybko się integrowaliśmy, jednak pierwsza sesja pokazała, kto naprawdę chce studiować. Kilka osób zrezygnowało w pierwszym miesiącu, a niektórzy nie wytrzymali „sita pierwszej sesji”. Statystyki są nieubłagane, pokazują, że 30% studentów odpada na pierwszej sesji.

Bardzo się bałam tych egzaminów i obiecałam sobie, że jeżeli nie dam rady, to dam sobie spokój z dwóch względów: po pierwsze, za każdy egzamin poprawkowy trzeba dodatkowo płacić, po drugie, to przekroczyłoby moje możliwości emocjonalne. Pierwsza sesja pokazała mi ile jestem w stanie zdziałać. Egzaminy pisemne są dla mnie bardziej komfortowe i z takimi sobie dobrze radzę. Nauczyłam się dobrze rozwiązywać testy, jednak jeden egzamin oblałam. Psychologię rozwojową – pomimo iż była trudna – trochę zlekceważyłam. Zakładałam, że skoro wychowałam trójkę dzieci, to coś wiem na ten temat. Jednak, jak już wspomniałam, język naukowy znacznie się różni od potocznego i to zlekceważenie zemściło się na mnie. Zabrakło mi dwóch punktów do zdania! To był pierwszy oblany przeze mnie egzamin Korzyść z tego była taka, że przeżycie związane z egzaminem poprawkowym było tak silne, że już więcej nie pozwoliłam sobie na zlekceważenie żadnego egzaminu. Jadąc na egzamin poprawkowy po raz pierwszy musiałam kupić stoperan, bo tak bardzo to przeżywałam, że dostałam biegunki. Na szczęście tabletki zadziałały, a egzamin zdałam na czwórkę. Nasza grupa, podobnie jak pozostałe, uszczupliła się po pierwszej sesji. Pozostały osoby w większości zaangażowane w studia. Skoro z pierwszą sesją sobie poradziłam, to wiedziałam, że zostaję i studiuję dalej. Następna sesja odbyła się bez kolizji i pierwszy rok miałam za sobą.

Dwiema rzeczami, których obawiałam się najbardziej, był język angielski i statystyka. Na pierwszym roku statystyki nie było, a z angielskim trafiłam do grupy dla początkujących, więc dawałam radę. Poza tym mieliśmy cudownego nauczyciela, który był bardzo wyrozumiały. Schody zaczęły się na drugim roku. Rozpoczęły się zajęcia ze statystyki i nagle zaobserwowałam u siebie niepokojące objawy. Ni stąd ni zowąd zaczęłam mieć bóle głowy, które przechodziły w migreny. Po jakimś czasie zauważyłam, że wiążą się one ze statystyką. Im więcej zajęć, tym mniej rozumiałam. Zaczęłam wpadać w panikę. Język statystyki był dla mnie niezrozumiały i nie przyswajałam go tak szybko, jak języka psychologii. Bałam się nie na żarty. Przyjeżdżałam do domu i jak miałam zasiąść do komputera, to wpadałam w panikę. Nie wiedziałam od czego zacząć. Program SPSS, którym robiliśmy obliczenia, był dla mnie nie do pojęcia, pomijając już fakt, że sama obsługa komputera nastręczała mi trudności. Byłam załamana i nie kryłam tego. Płakałam, jak nie mogłam sobie poradzić i kopałam biurko ze złości. Zachowywałam się jak małe, przerażone dziecko. Z drugiej strony byłam dojrzałą, świadomą osobą, która sama podjęła decyzję o studiach. Nie byłam pod presją, mogłam się wycofać, ale tak bardzo chciałam studiować, choć jednocześnie czułam, że sama nie dam rady. Zaczęłam powoli rozumieć, że dzieje się ze mną coś, co ma związek z moim dzieciństwem. Te reakcje lękowe przypominało mi je. W tym czasie moja koleżanka, za której sprawą 12 lat wcześniej podjęłam terapię dla współuzależnionych, mówiłam mi o grupie wsparcia dla Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA). Zaczęłam poważnie rozważać uczestnictwo w tej grupie.

c.d.n.