Zmiany po zmianach…

Po pięciu latach wspaniałej współpracy coś zaczynało się zmieniać. Miałam coraz więcej pracy, sprawowałam też opiekę nad uczennicami, które odbywały w zakładzie praktyki szkolne. Szefowa mogła spokojnie zajmować się sprawami rodzinnymi bo widziała, że bez niej wszystko funkcjonuje jak należy. Po jakimś czasie zrozumiałam, że za pochwały i poklepanie po ramieniu jestem w stanie dawać z siebie więcej, niż wynikało z umowy. Czułam się sfrustrowana i zmęczona. Zaczęłam mówić, że nie mogę w nieskończoność pracować za grosze. Chciałam już godziwej zapłaty za swoją pracę. Niektóre z klientek zaczęły mi to uświadamiać. Do dziś z niektórymi jestem w przyjaźni. Zaczęły rozmawiać ze mną o różnych możliwościach. Potrzebowałam jeszcze dwóch lat rosnącej frustracji i niezadowolenia, by podjąć decyzję o zmianie.

Jedną z moich ulubionych książek o kobietach jest “Biegnąca z wilkami”, w której czytałam jak wspaniale kobiety potrafią sobie pomagać, jeżeli nie wchodzą ze sobą w rywalizację. Po mojej terapii miałam duże zaufanie do kobiet i ich mądrości. Podobnie jak terapeutki w grupie, podnosiły moją samoocenę i zachęcały do dalszego rozwoju. Kroplą przepełniającą czarę goryczy okazało się zrobienie przeze mnie kolejnego rekordowego przychodu i otrzymanie za to premii w wysokości pięćdziesięciu złotych.  Jedno z moich dzieci w tym czasie wyjechało za granicę, bo nie dostało się na studia, a mnie nie było stać na opłacenie prywatnych. W tym samym czasie moja szefowa pyszniła się tym, że ją stać na studia swojego dziecka. Zaczęłam dostrzegać, że coś ze mną jest nie tak. Wymagania wobec mnie rosły, ja byłam zmęczona i czułam się niedoceniona. Próbowałam negocjować nowe warunki, ale bezskutecznie. Szefowa zaczęła robić mi wymówki, że popełniam błędy, a nie przyjmowała argumentu, że jestem zmęczona. Pierwszy raz po siedmiu latach zachorowałam i wzięłam dwa dni zwolnienia. Wcześniej nie brałam zwolnień, nawet jak dzieci chorowały. Wychodziłam tylko w godzinach pracy by podać leki i sprawdzić, jak się mają. Wszystkie były już w wieku szkolnym, więc dawały sobie radę. Moje dwa dni zwolnienia dolały oliwy do ognia. Atmosfera robiła się napięta, ale wciąż sobie radziłam. Typowe DDA. Któregoś dnia do zakładu przyszła dziennikarka z lokalnej gazety, by napisać artykuł o kolejnym zakładzie usługowym na rynku. Szefowej nie było, więc opowiedziałam jej szczegółowo o naszej ofercie. Po skończeniu rozmawiałyśmy chwilę i wspomniałam o tym, że zmieniłam zawód kilka lat temu i że dobrze się w tym odnajduję. Za dwa dni przyszła jeszcze raz i powiedziała, że jej szef powiedział, by zrobiła wywiad ze mną, bo to ciekawe, że ktoś decyduje się na zmiany w taki sposób. W rozmowie odpowiedziałam jak dużą mam radość z wykonywanej pracy i wspomniałam mimochodem, że marzę o tym by zostać jeszcze psychologiem. Nie spodziewałam się, że znajdzie się to w artykule. Po ukazaniu się tego w najbliższym wydaniu mieliśmy dobrą reklamę. Klienci przychodzili i chwalili. Po jakimś czasie zreflektowałam się, że coś jest nie tak. Nie wiedziałam o co chodzi. Któregoś razu pokłóciłyśmy się z szefową i ta kłótnia nie rozwiązała problemu. Zaczęła na mnie krzyczeć, co do tej pory nigdy nie miało miejsca. Zaczęłam mieć z powrotem objawy depresji. Moja lekarka zapisała mi leki. Wiedziałam już, że muszę coś zmienić. Podczas kolejnej kłótni szefowa wykrzyczała mi, że w tym wywiadzie zamiast o zakładzie mówiłam o sobie, że popełniam za dużo błędów i że muszę coś zmienić. W jednej chwili uzyskałam całkowity spokój i powiedziałam – masz rację, muszę coś zmienić. Po czym wyszła, ale po paru minutach wróciła i zapytała co miałam na myśli. Wiedziałam już, co mam zrobić, ale nie powiedziałam jej. Wyszła zaniepokojona.

c.d.n.

Praca, rozwój, efekty

Moje bajki były próbą pomocy komuś, kto sam tej pomocy nie chciał. Dzięki terapiom widziałam więcej i z pewnym wyprzedzeniem przeczuwałam bieg wypadków. Nauczyłam się z czasem nabierać dystansu nie tylko do siebie, ale także do innych. Małżeństwo moich idoli z czasem rozpadło się i jak to powiedział poeta “ideał sięgnął bruku”. Nie zmienia to faktu, że nadal mam dla nich dużo ciepłych uczuć, gdyż razem i każde z nich z osobna zrobili dla mnie bardzo dużo dobrego, co przyczyniło się do mojego rozwoju. On był moim mentorem i nauczycielem. Uczestniczyłam w zajęciach szkoły, którą prowadził, gdzie uczyłam się m.in. formułowania i wypowiadania swoich myśli, wystąpień publicznych, opanowania tremy. Pierwszy raz, kiedy poczułam ile mu zawdzięczam, to było po egzaminie wewnętrznym, jak skończyłam roczny kurs kroju i szycia. Moja wypowiedź wprawiła w zdumienie nie tylko nauczycielkę, ale także koleżanki z grupy. Nie powiedziałam niczego nadzwyczajnego, ale to, w jakim stylu to uczyniłam, zrobiło na wszystkich wrażenie. Mając pytania, ułożyłam sobie odpowiedzi i przygotowałam szkic, według którego łatwo było przechodzić od myśli do myśli. Tego nauczyłam się od niego. I wtedy jadąc do domu z egzaminu, przepełniona radością, dumą i wdzięcznością, po raz pierwszy pomyślałam, że marzenia o studiach nie są mrzonką. Poczułam, że jestem w stanie zmierzyć się z czymś większym, niż roczny kurs. Pomyślałam, że skoro kurs zaliczyłam na szóstkę, to na studiach tą trójkę jestem w stanie wyciągnąć.
Mając tyle wdzięczności dla nich, z trudem przyglądałam się rozpadowi ich małżeństwa. Widziałam jak jej cechy DDA odbierają jej godność, szacunek dla siebie. Mój sukces ośmielił ją i podjęła naukę w szkole kosmetycznej, którą ukończyła z wyróżnieniem. Dzięki temu po rozstaniu z mężem miała w ręku konkretny zawód. Wyjechała z kraju i przez jakiś czas miałam wiadomości, że dobrze sobie radzi.

Moje doświadczenie z terapiami na tamten czas zachęcały kilka osób do podjęcia pracy osobistej. Oprócz żon alkoholików, które odniosły sukces w postaci trzeźwych domów, były też dziewczyny niezamężne, którym jakoś w życiu nie wychodziło. Niby już dorosłe i z metryki wynikało, że powinny być dojrzałe, a jednak wciąż przy mamusiach i bez żadnych osobistych osiągnięć. Zachęcone moim entuzjazmem dla terapii postanowiły podjąć terapię DDA, która już zaczynała robić się popularna. Trochę im zazdrościłam, gdyż moja sytuacja nie pozwalała na regularne jeżdżenie na terapię. Próbowałam, ale po zmianie pracy dużo pracowałam po godzinach i nie było to możliwe.

Mój nowy zawód sprawiał mi ogromną radość i zadowolenie. Pomimo mniejszych zarobków i większej ilości godzin pracy miałam nieustającą satysfakcję przez pięć lat. Wciąż miałam poczucie rozwoju i widziałam po reakcjach klientów, że w tym, co robię jestem coraz lepsza. Miałam coraz więcej zamówień, dostawałam napiwki i premie od szefowej. Atmosfera w pracy była wspaniała, wiele osób lubiło do nas przychodzić nie tylko ze względu na jakość szycia, ale dla tej atmosfery właśnie. Jak zaczynałam pracę, nie omieszkałam napomknąć, że kiedyś będę chciała się usamodzielnić. Jednak przez te pięć lat zrezygnowałam z tego pomysłu, gdyż nie widziałam takiej potrzeby. Szefowa pozostawiała mi dużo swobody i czułam się mocno zintegrowana z miejscem pracy. Dawałam z siebie wszystko i miałam z tego zadowolenie. Wiele osób myślało, sądząc po moim zaangażowaniu, że jestem właścicielką zakładu. To mile łechtało moje ego i dawało napęd do dalszej pracy. Zobowiązałam się na początku, że poza zakładem pracy nie będę szyć zarobkowo i tego się trzymałam. Byłam ubezpieczona i dostawałam urlopy więc czułam się zadowolona. Tak było przez pięć lat. Potem coś się zmieniło…

c.d.n.

Doskonały projekt

Mój nowy dom zapełniał się coraz to nowymi lokatorami. Oprócz dawniejszych, wypróbowanych przyjaciół zaczęli pojawiać się nowi. I tu moje zdumienie sięgnęło zenitu, gdy okazało się, że Architekt robiąc projekt nowego domu uwzględnił taką ewentualność. Przewidział to, że z czasem trzeba będzie go rozszerzyć. Zastosował takie materiały i rozwiązania, że nie stanowiło to już problemu i nie było bolesne. To nawet przyjemne uczucie, gdy serce się powiększa. Oczywiście mam na myśli serce symboliczne, emocjonalne. Jest z tym tylko jeden problem. Coraz mniej czasu mam dla wszystkich, którzy w tym domu zamieszkują. A jest ich już sporo. Nawet nie wiem ilu, bo przestałam liczyć. Nie jest to zresztą potrzebne, ponieważ w takich przypadkach rachuby są zbędne. Moje serce zawsze reaguje na ich widok. Oni nawet nie mają świadomości, jak bardzo są w nim zadomowieni. Nie zawsze też są do końca świadomi, że wprowadzając się do mojego domu stali się też troszkę odpowiedzialni za jego stan. Chociaż myślę, że wiedzą o tym od Architekta. On niejednokrotnie odwołuje się do uczuć, gdy porywa ich do kolejnego projektu. Ale wracając do odpowiedzialności za stan domu, to sprawia tak, że uczucia moich lokatorów nie są mi obojętne. Jeżeli są radośni, szczęśliwi to część tego uczucia dostaje się i mnie. Wtedy ładuję baterie, które stanowią zapas energii na gorsze czasy. Bywa tak, że moi lokatorzy są smutni, przygnębieni, rozdrażnieni. Starają się nad tym panować, żeby innym nie robić przykrości. Jestem im za to wdzięczna, ale i tak czuję ból i lęk i cierpię razem z nimi. Ból mnie przeszywa, jak widzę w ich oczach chmurę radiową, która zapowiada burzę z gradobiciem. Czekam wtedy cierpliwie, aż stoczą walkę z robakiem, który ich toczy i zatruwa. Zwracam się wtedy do Architekta, by pomógł im tak jak mi. Na szczęście moi lokatorzy ufają mu i potrafią przyjmować jego rady. Wtedy w ich oczach pojawiają się złociste i ciepłe promyki słońca oraz błękit rozświetlonego nieba. Moje serce wtedy pęcznieje z radości i szczęścia. Baterie znowu się ładują. I tak to sobie mieszkamy w moim bloku, który na początku był ciasnym domkiem. Nieraz myślę, że ten projekt jest tak doskonały, że kto wie… może przekształci się w wieżowiec? Architekt okazał się tak dobry, że postanowiłam bliżej go poznać. Spodobało mi się, jak potrafi zachęcić do współpracy. Ale to temat do innej historii.

Nowe serce

Powoli uczyłam się żyć z nowym, większym sercem. Było ono pojemniejsze niż kiedyś. Zrobiło się podatne na uczucia. Nie miałam wcześniej pojęcia, że jest ich tak wiele i mają tak różne zabarwienie. Przed rozbudową mego „domu” odczuwałam tylko złość lub radość. Podczas przebudowy dowiedziałam się, jak odczuwa się ból i samotność. To wydaje się absurdalne, ale żeby zauważyć ilu mam przyjaciół, musiałam zmierzyć się najpierw z tymi dwoma uczuciami. Już je znam i pogodziłam się z ich istnieniem. Nauczyłam się też, jak sobie z nimi radzić, by nie dochodziły zanadto do głosu i nie zdominowały mnie. Potem zaczęłam odczuwać spokojną dumę i zadowolenie z wysiłku, jaki i ja włożyłam w przebudowę domu. Potem przyszedł czas na spokój. To takie przyjemne uczucie, a kiedyś myliłam je z nudą. Spokój jest dla mnie wytchnieniem i ładowaniem baterii słonecznych do ogrzewania mojego domu. Następnie przyszła cała gama uczuć związanych z radością: wesołość, rozbawienie, szczery śmiech (nie uśmiech przyklejony do twarzy), serdeczność, życzliwość, pogoda ducha, ciepło, lekkość, nadzieja, czułość. To bardzo energetyzujące uczucia. Nie można ich udawać na dłuższą metę. W przypadku przejawiania tych uczuć wręcz tryskamy pozytywną energią. Jesteśmy niemalże jak reaktory atomowe i wydaje się nam, że jesteśmy w stanie przenosić góry. To cudowne uczucie. Natomiast gdy chcemy udawać, że przejawiamy te uczucia, to musimy tyle samo energii włożyć w to udawanie i jeżeli nie mamy dodatkowego zasilania w postaci innych pozytywnych uczuć, szybko się spalamy i to udawanie nas bardzo męczy. Po jakimś czasie pod uśmiechem na twarzy widać wysiłek i w momentach, gdy przestajemy kontrolować swoją maskę widać pod nią pojawiające się uczucia, których już nie lubię. One mnie osłabiają na dłuższą metę. Są to: frustracja, cynizm, zbuntowanie, uraza, obraza, niechęć, lekceważenie, dręczenie siebie, powściągliwość, zazdrość, lęk, obawa, zdenerwowanie. Tych uczuć zdecydowanie nie lubię. One są jak korozja – szybko pozbawiają moje serce uzyskanej plastyczności. Muszę je chronić przed ich niszczycielskim działaniem, bo przecież tylu przyjaciół pracowało nad jego przeobrażeniem. Szkoda mi także mojej pracy, którą i ja włożyłam w tę przemianę. Na szczęście zaczęłam poznawać co to jest miłość. To uczucie ma pod sobą wszystkie inne uczucia. Jest najtrudniejsze ze wszystkich i kosztuje najwięcej energii, ale opłaca się, to uczucie najwyższej klasy. Chciałabym je poznać w pełni, lecz jeszcze dużo pracy przede mną z powodu mojej niedoskonałości. Na szczęście jest to proces ciągły i nie jestem osamotniona. Wielu podąża tą drogą…

c.d.n.

Serce

Moje serce jest jak budynek mieszkalny. Kiedyś był to mały, ciasny domeczek, w którym naczelne miejsce zajmował mój jedyny, kochany alkoholik. Zajmował tyle miejsca, że ledwo starczało go dla dzieci. Na szczęście spotkałam w swoim życiu wspaniałego Architekta, który nakreślił mi plany jak ten dom powiększyć. Nie od razu potrafiłam zrozumieć, na czym ta przemiana ma polegać. Projekt jednak wydawał mi się zachwycający i nęcący. Chciałam mieć większy dom. Chęci były coraz większe, ale brak było umiejętności. Bałam się też bólu, gdyż okazało się, że trzeba skruszyć stare mury i stawiać nowe. Na szczęście Architekt miał do dyspozycji całą armię wykwalifikowanych pracowników. Łatwiej było mi kruszyć mury, gdy wiedziałam, że tak wielu mi pomaga. Jedni stawiali rusztowania i byli mi podporą w trudnych chwilach, inni pomagali w odżywianiu mojej rodziny i robotników. Działo się to w sposób niemalże cudowny. Ilekroć wydawało mi się, że nie zniosę tej przebudowy, pojawiał się ktoś z czymś, co dodawało mi dalszych sił. Nieraz była to torebka jaj, lub wspaniała drożdżówka. Innym razem siatka owoców i słodyczy. Kiedy indziej dobre słowo lub pomoc w codziennych sprawach, takich prozaicznych, ale wtedy niemożliwych dla mnie do wykonania, jak umycie głowy, ugotowanie obiadu, załatwienie sprawy w mieście lub popilnowanie moich pociech. Architekt zrobił tak wspaniały plan, że cała ta rzesza oddanych mu pracowników chętnie podejmowała pracę na rzecz wykonania go. Niejednokrotnie zrezygnowali z własnych wygód. Poświęcali na to swój wolny czas i siły. Moje zdumienie było ogromne, gdy udało się postawić mury i zaczęłam czuć, że w moim sercu jest więcej miejsca. Mój kochany alkoholik nie wypełniał już go tak szczelnie, zrobiło się więcej miejsca dla dzieci i okazało się, że są jeszcze wolne pokoje. Pierwszy najtrudniejszy etap mieliśmy za sobą. Przed nami jednak był jeszcze ogrom pracy. Okazało się, że samo powiększenie nie wystarczy. Trzeba ten budynek przysposobić do zamieszkania. Przede wszystkim trzeba było go ocieplić i dogrzać. I tu znowu ruszyła mi z pomocą armia oddanych Architektowi pracowników. Miło było patrzeć, jak są zorganizowani i zdyscyplinowani. A przy tym nie zaniedbywali swoich o obowiązków. Mój dom robił się coraz przytulniejszy. Zaczął się etap malowania, tapetowania, meblowania. Pojawiły się nowe drobiazgi, jakieś serwetki, obrazki, bibeloty. Ktoś pomógł mi przemalować stare meble. Mój dom stawał się coraz radośniejszy. Moje dzieci zakładały w nim dużo miejsca dla siebie. Zaczęłam ŻYĆ z nowym sercem.  Było ono większe i pojemniejsze.

c.d.n.

Religia = szczęście?

Bajka o porcelanowej filiżance była inspirowana jedną z moich znajomych. Była mi szczególnie bliska z kilku względów. Po pierwsze, wyczuwałam w niej jakąś bliskość (po bliższym poznaniu okazało się, że podobnie jak ja jest DDA), po drugie ona i jej mąż byli dla mnie autorytetami na tamten czas. Bardzo byłam wtedy religijna i starałam się żyć przykładnie i w zgodzie z zasadami. Ich małżeństwo stanowiło dla mnie niedościgniony wzór. Bardzo wtedy jeszcze wierzyłam, że szczęście jest mocno skorelowane z religijnością. Praktykowałam wtedy z dużą gorliwością. Wierzyłam, że mój alkoholik również poczuje zaangażowanie i będziemy stanowili zjednoczoną rodzinę. Wtedy jeszcze terapie psychologiczne nie były popularne. Religia miała dla mnie ogromne znaczenie, jednak po jakimś czasie zauważyłam, że nie wystarcza i nie tłumaczy istoty uzależnień. Długo się wahałam, choć już wtedy miałam informacje z różnych źródeł, że potrzebuję również terapii. Pamiętam jak poprosiłam tych znajomych, by pomogli podjąć mi decyzję. Znali naszą sytuację i też leżało im na sercu, byśmy byli szczęśliwi. Pokazałam im ten artykuł, o którym wspomniałam w jednym z początkowych wpisów i to, co tam było napisane o współuzależnieniu i syndromie DDA. To się tak jakoś złożyło, że pomyliłam godziny i czekając na ich przyjście czytałam właśnie ten artykuł. Pokazałam im co tam wyczytałam i zapytałam, co o tym sądzą. Ku memu zdumieniu usłyszałam, że ona wywodzi się z rodziny alkoholowej. Od niego usłyszałam, że jeżeli kogoś boli kolano to idzie do lekarza, a nie przykłada książki z modlitwą do bolącego miejsca. Podobnie jest z zaburzeniami wynikającymi z uzależnienia, to trzeba leczyć. Do dziś jestem mu wdzięczna za te słowa. Wykazał się dużą mądrością i dalekowzrocznością.
W miarę upływu terapii widziałam coraz więcej w swoim otoczeniu skutków szeroko pojętego alkoholizmu. Tak też się stało w przypadku tej pary. Pisząc bajkę o filiżance bardzo chciałam uzmysłowić jej, jak bardzo się nadwyręża i nadużywa. To kobieta bogata w mnóstwo zasobów i niezwykle zdolna. Podziwiałam niejednokrotnie jej zdolności intelektualne. Dziwiłam się dlaczego nie podjęła studiów z takimi możliwościami. Zazdrościłam jej analitycznego umysłu, znakomitej pamięci i bystrości. Do tego była nieprzeciętnie pracowita. Pomimo tych przymiotów zajmowała się domem i rodziną. Szanowałam jej decyzję i byłam pełna podziwu dopóty, dopóki nie zaczęłam w tym dostrzegać przejawów dysfunkcji wyniesionej z domu rodzinnego. Pisząc bajkę o filiżance myślałam o niej i płakałam. Za nic w świecie nie chciałam jej urazić. Modliłam się, by odebrała to zgodnie z moją intencją. Z drżącym sercem dałam jej bajkę do przeczytania. Czekałam z niepokojem na jej reakcję. Widziałam, że nie chce o tym mówić ale w końcu przyznała się, że płakała jak czytała. Nie miała mi tego za złe.
Po latach widziałam, że coś niedobrego się z nimi dzieje. Bardzo mi na nich zależało, chociaż nie byliśmy przyjaciółmi, którzy wspólnie spędzają czas. Parę razy odwiedziliśmy się, ale bez zażyłości. Doświadczyliśmy dużo pomocy różnego rodzaju w momentach kryzysowych. W moim sercu są do dziś, chociaż od wielu lat się nie widzieliśmy. Widząc że oddalamy się od siebie, napisałam drugą bajkę z myślą o nich. Pisanie bajek okazało się sposobem na pokazanie czegoś, co widzę, a nie bardzo mam jak to powiedzieć. W następnym wpisie będzie bajka o moim sercu.

c.d.n.

Bajka

Była sobie porcelanowa filiżanka. Delikatna, krucha, z misternie rzeźbionym uszkiem, biała bez złoceń. O jej subtelnej urodzie stanowiły niebieskie jak wiosenne niebo, delikatne niezapominajki. Nie rzucała się w oczy. Mógł ją wypatrzyć jedynie koneser. Filiżanka ta stała w kuchennym kredensie pomiędzy kubkami. Ponieważ nie widziała innych podobnych filiżanek równie delikatnych jak ona, myślała, że też jest kubkiem – tyle że gorszym, bo tak się składało, że używano jej rzadziej niż innych naczyń. Filiżanka zauważyła to i starała się być jak najbardziej kubkiem, żeby być użyteczną. Widząc codziennie masywne kubki nie dostrzegała swej kruchości i delikatności, z całym uporem starała się być twarda i mocna.

Gdy gospodyni wyjmowała z kredensu kubki, filiżanka starała się być jak najbliżej drzwi, żeby ją zauważono i też postawiono na stole. Tak bardzo się starała, że któregoś dnia, gdy gospodyni wyjmowała kubki wpadła jej w ręce filiżanka i trafiła razem z kubkami na stół. Kobieta stawiając z impetem kubki potrąciła jednym z nich porcelanową filiżankę i utrąciła jej śliczne, misternie rzeźbione uszko. Filiżanka nawet się z tego ucieszyła, bo przez to wydawało się jej, że jest bardziej podobna do kubków. Nie odczuwała bólu, a jeśli rana po utraconym uszku dawała o sobie znać, mówiła sobie, że jest twarda jak kubek i nic nie może tego zmienić. Przestawała wtedy czuć cokolwiek. Mimo tych wyrzeczeń nadal nie była traktowana jak inne kubki. Ich pojemność była większa, więc nie trzeba było wlewać gorącej herbaty po same brzegi. Poza tym ich ścianki były grube i tak szybko nie parzyły rąk, gdy ktoś chciał się z nich napić. Filiżanka była pozbawiona uszka, a jej ścianki były delikatne, w związku z czym po nalaniu wrzątku zaraz parzyła palce i usta. Filiżanka jednak bardzo się starała. Nalewano do niej herbaty po same brzegi, a wysilała się, by nie uronić ani kropelki, gdy podnoszono ją do ust. Wymagało to od niej niesłychanego wysiłku, gdyż jej brzegi nie były proste i pionowe jak u kubków, tylko lekko wygięte na zewnątrz – jak to bywa u porcelanowych filiżanek. Tak bardzo skupiała się na utrzymaniu herbaty w swoim wnętrzu, że przestawała zauważać co się wokół niej dzieje.

Pewnego dnia gospodyni przyniosła inną porcelanową filiżankę, równie delikatną i kruchą jak nasza filiżanka. Nie miała takich pięknych niezapominajek, ale przyciągała wzrok różnorodnością wzorów i kolorów. Podobnie jak nasza filiżanka nie miała kosztownych złoceń, ale wyglądała okazalej i wzbudzała szacunek. Nie przypominała kubka, gdyż miała uszko i nie chciała, by używano jej w ten sposób. Wiedziała, że jest delikatna oraz krucha i dbała o siebie. Nie pozwalała na zbyt obcesowe traktowanie. Nawet wydawała się trochę wyniosła innym naczyniom i uważali, że zbyt przesadnie dba o swoje uszko. Nie była używana z innymi naczyniami – miała swoje przeznaczenie. Codziennie po południu, gdy gospodyni siadała w swoim fotelu, stawiała na stoliku obok tacę z imbrykiem i nową filiżanką. Nalewała z imbryka do filiżanki gorącej herbaty, jednakże nie po brzegi, tylko do połowy. Chwytała delikatnie za uszko i przykładając filiżankę do ust piła małymi łyczkami aromatyczną herbatkę, delektując się jej smakiem. To były ulubione chwile gospodyni, z przyjemnością patrzyła na filiżankę i jej ciekawe wzory. Kojarzyła się jej z przyjemną chwilą popołudniowego relaksu. Filiżanka również była zadowolona ze swojej roli; sprawiało jej przyjemność, że jest używana zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Wiedziała, że jest filiżanką z porcelany i że jest przeznaczona do tego, by dać komuś chwilę przyjemnego wytchnienia. Gospodyni dolewała sobie herbaty, gdy miała ochotę na więcej, a gdy kończyła pić, delikatnie myła, wycierała i odstawiała filiżankę do ozdobnej szafki, gdzie nie była narażona na uszkodzenie, a jednocześnie można było cieszyć oko jej wzorami przez szybkę szafki.

Nasza filiżanka nie zwracała szczególnej uwagi na „nową”, bo nie spotykały się prawie wcale. Jedynie gdy stała między kubkami na stole, słyszała jak one mówiły, że w szafce za szybą jest ładna, kolorowa filiżanka z uszkiem. Któryś nawet powiedział, że jest trochę podobna do naszej filiżanki, ale inny odparł, że podobieństwo jest znikome, gdyż ta nasza nie ma takiego ładnego uszka i nie jest tak kolorowa. Filiżance nawet nie było przykro słuchając tego, bo „przecież ona była kubkiem, a nie jakąś tam filiżanką z porcelany”. Zresztą tak była skupiona na tym, żeby nie uronić ani kropli ze swojego wnętrza, że nie miała nawet siły i ochoty wsłuchać się w to, co mówią inni. Kubki po części miały rację, bo filiżanka od codziennego używania i mycia razem z kubkami była coraz bardziej porysowana, a jej subtelne wzorki nie były już tak wyraziste. Na dodatek jej brzeg został lekko wyszczerbiony i coraz trudniej było utrzymać w niej zawartość wnętrza. Kosztowało ją to coraz więcej wysiłku i w związku z tym nie mogła rozmawiać z kubkami, a nowej filiżanki nawet nie zauważała, chociaż ta zza szyby próbowała coś jej powiedzieć. Jednakże nasza filiżanka nie dostrzegała tych sygnałów, coraz trudniej było jej być „kubkiem”, była coraz słabsza i coraz smutniejsza, ale nie poddawała się swej słabości i mówiła sobie, że musi się trzymać, aby być tak mocna, jak kubki. Bała się w głębi swego kruchego serca, że jak się podda, to stanie się bezużyteczną skorupą. I nie wiadomo co mogłoby się stać, gdy nagle któregoś dnia…

Gospodyni wyjęła filiżankę z kuchennego kredensu, po południu w porze herbatki dla relaksu. Filiżanka nic z tego nie rozumiała, kubki zostały w kredensie a ją postawiono na stoliku stojącym obok fotela gospodyni. Tam stała już „nowa” i uśmiechała się do niej życzliwie. Filiżanka była zdezorientowana, gdyż przez całe lata nic takiego się nie wydarzyło. Przecież ona jest kubkiem do śniadania i kolacji. Dlaczego postawiono ją obok tej ładnej, kolorowej i delikatnej filiżanki?

„Nowa” była z tej sytuacji zadowolona i starała się ją jak najbardziej wykorzystać, żeby wyjaśnić dlaczego zza szyby daje znaki filiżance bez uszka. Ta jednak nie rozumiała o czym ona mówi. Gospodyni jak zwykle nalewała do niej herbaty po same brzegi i musiała bardzo się skupić, żeby nie uronić ani kropelki. Do gospodyni przyszła znajoma, więc poczęstowała ją herbatą w swojej ulubionej filiżance, a postawiła tę z kredensu, gdyż była trochę podobna do „nowej”.

Panie rozmawiały ze sobą i na chwilę odeszły od stolika, by obejrzeć coś w drugim pokoju. Nowa z całej siły się wytężyła i przysunęła się do filiżanki bez uszka tak, by dotknęła jej brzegu. Była tej samej wysokości, więc gdy tylko jej dotknęła swym brzegiem to… nagle został przerwany menisk wypukły i część herbaty z naszej filiżanki przepłynęła do „nowej”. Nasza filiżanka nie wiedziała co się dzieje. Trochę się przestraszyła, że straciła herbatę i że może się to dla niej źle skończyć. Jednocześnie poczuła ulgę, gdyż była już zmęczona. Nowa nie odsuwała się od niej i stała cały czas dotykając jej brzegu. Dopiero teraz nasza filiżanka mogła się jej przyjrzeć. Była naprawdę ładna, miała tyle wzorków i ta mnogość kolorów! Rzeczywiście, przyciągała wzrok. Ale co to? Czy to możliwe? Filiżanki stały bardzo blisko siebie, więc nie mogły się mylić. „Nowa” wcale nie była nowa! Jej uszko miało ślady kleju, a wzorki były poprawione farbą dla odświeżenia koloru. Nasza filiżanka była bardzo zaskoczona tym odkryciem i nie wiedziała, co o tym myśleć. Ale zanim cokolwiek odrzekła, kolorowa powiedziała:
- Ja też kiedyś myślałam, że jestem kubkiem.
Nasza filiżanka miała straszny zamęt w głowie. Nim zdążyła coś powiedzieć panie wróciły do stolika i stała się następna dziwna rzecz. Przyjaciółka gospodyni wpadła w zachwyt, gdy zobaczyła poniszczoną filiżanką bez uszka w niebieskie kwiatki. Zauważyła, że jest wykonana z niezwykle białej i delikatnej porcelany. Jej wzrok przykuł śliczny wzorek z niebieskich kwiatków w kolorze wiosennego nieba. Gdy przyjrzała się z bliska zauważyła, że w każdym kwiatku jest żółty jak słońce środeczek. Zachwycała się jej kształtem. Była bardziej pękata od kolorowej, ale za to miała finezyjnie wywinięty brzeżek. Przyjaciółka gospodyni okazała się znawcą, gdyż od lat kolekcjonowała filiżanki z porcelany. Gospodyni słuchając jej zachwytów przypomniała sobie, że w maleńkiej szufladzie kuchennego kredensu, między różnymi szparagałami leży uszko od filiżanki. Odszukała je natychmiast. Jej przyjaciółka, jak zobaczyła to misternie rzeźbione uszko, zaczęła wpadać w coraz większy zachwyt dla tego, który zrobił to dzieło. Okazało się, że takie uszka należą do rzadkości.

Nasza filiżanka słuchało tego z mieszanymi uczuciami. Z niedowierzaniem przyjmowała te zachwyty, bo przecież… ona chyba jest kubkiem?
A może jednak nie.

c.d.n.

Szorstka miłość

W międzyczasie jeździłam z dziewczynami na grupę wspierająco-rozwojową do sąsiedniego miasta. Ponieważ to duża uzdrowiskowa miejscowość, to często na naszej grupie gościły dziewczyny z różnych stron Polski. Była to dla nas nie lada gratka, gdy były już po terapiach i zachęcały nas do dalszego rozwoju. Z tych spotkań nie mam już tak wiele notatek jak z terapii. Jednak bardzo utkwiła mi w pamięci wypowiedź pewnej kobiety zaprawionej w boju w wychodzeniu ze współuzależnienia. Otóż ona zmagała się z alkoholizmem syna i synowej. Dużo ją kosztowało by nie wyręczać ich z zobowiązań jakie mają rodzice wobec swoich dzieci. Każdy kto ma wnuki wie, jak trudno postawić granicę i nie interesować się, czy dzieci są otoczone należytą opieką. Jedyne co można, to zgłosić do odpowiednich służb, że rodzice są niewydolni wychowawczo. Jest wtedy szansa, że się ockną i podejmą leczenie. To trudny temat, bo zgłaszając swoje dziecko niejako przyznajemy się do porażki wychowawczej – przynajmniej tak to można postrzegać. Jednak chcę uspokoić, że nikt nie wie do końca jakiego wyboru dokonują dzieci i nie rodzice za to odpowiadają. Każdy odpowiada tylko za swoje decyzje i za dzieci nieletnie. Od osiemnastego roku życia każdy odpowiada za siebie. Warto o tym pamiętać. W naszym kraju często obserwuję nadmierne poczucie odpowiedzialności za dorosłe dzieci, a zwłaszcza synów. Matki Polki są w tym niedoścignione. Przewyższają nas w tym chyba tylko Włoszki.
Pamiętam, że postawa tej kobiety zrobiła na mnie duże wrażenie. Wiadomo, że babcie są na ogół bardzo zakochane w swoich wnukach i trudne musi być odmówienie im zakupów potrzebnych rzeczy. Mówiła, że owszem, kupowała im jakieś drobiazgi dla ich przyjemności, jednak wystrzegała się kupowania odzieży, przyborów szkolnych czy podstawowej żywności, czyli tego co dziecku powinni zapewnić rodzice. To jest cholernie trudne. O ile byłam w stanie nie zauważać potrzeb pijącego męża i skupić się na sobie i dzieciach to mówię uczciwie, że sytuacja jaką opisałam wymagałaby ode mnie sporej samodyscypliny. Jednakże cel jest zawsze jeden w takich przypadkach, mianowicie skłonić alkoholika do podjęcia leczenia. Podkreślam, że to nie są standardowe zachowania obowiązujące w zdrowych rodzinach. Mówię tu o zasadach postępowania w rodzinie dysfunkcyjnej.
Na tych spotkaniach także poszerzałam wiedzę o sobie. Historia z kręgosłupem uświadomiła mi, jak delikatne może być zdrowie. Dotarło do mnie, że nie tylko jestem wrażliwa, ale też krucha. Pierwszą młodość już miałam za sobą i zbliżałam się do czterdziestki, jednak wychodząc z kryzysu miałam poczucie uzyskania drugiej szansy na życie. Jednak miałam już nie tylko większe poczucie własnej wartości, ale też więcej akceptacji dla swoich słabości. Zrobiłam się dla siebie bardziej wyrozumiała i traktowałam się z większym szacunkiem.
Na jednym ze spotkań mieliśmy podobne zadanie do tego, które opisywałam przy okazji maratonu. Tam widziałam siebie jako stalową śrubkę i część tych cech nadal jest aktualna, jednak tym razem wybrałam zupełnie inny przedmiot. Zadaniem było napisać bajkę o tym przedmiocie. Następny wpis będzie bajką o…

c.d.n.

Kierunek: rozwój!

Kurs okazał się trafiony w dziesiątkę. Co prawda miałyśmy ponad godzinę drogi dojazdu, ale było warto. Jak przypuszczałam, miałam zdolności do takich prac. Szło mi dobrze i po skończeniu kursu pomyślałam, że może by coś więcej ukończyć. Póki co pracowałam w dawnym zawodzie, a nowe umiejętności pozwalały mi – gdy dzieci były w łóżkach – szyć różne cudeńka. Mąż od historii w szpitalu zachowywał trzeźwość. Nie podjął terapii, ale zaczął regularnie jeździć na mitingi AA. Znowu mieliśmy ze sobą kontakt. Moje znajome, które zdecydowały się na terapię często przychodziły i pytały nas jak to robimy, że możemy się dogadać. Ich mężowie jeszcze wtedy pili i nawet nie myśleli o terapii. Dziś żaden z nich nie pije; wszyscy utrzymują abstynencję. W każdym z tych przypadków poskutkowało to, że żony przestały żyć problemem męża i zajęły się swoim rozwojem. Nie zawsze tak szybko daje to rezultaty, ale jest skuteczne. Gdy moje koleżanki pokończyły terapie, to zaczęłyśmy szukać dla siebie czegoś w pobliżu miejsca zamieszkania. W naszej miejscowości była tylko grupa Al-Anon. To bardzo przyjazne miejsce, gdzie osoby współuzależnione mogą znaleźć zrozumienie i wsparcie. Jednak ja byłam przyzwyczajona do konkretnej pracy terapeutycznej, a program 12 kroków  bez osoby sponsorującej był dla mnie za mało konkretny. Przeszkadza mi także jeżeli grupy wspólnotowe są inspirowane przez religię. Jakkolwiek sama byłam wtedy bardzo religijna, to jednak terapię od tego oddzielałam i uważam, że zawsze jest korzystne, gdy grupy wsparcia i terapeutyczne pozostają neutralne. Szukałyśmy zatem czegoś innego niż wspólnota. Znalazłyśmy w sąsiednim mieście taką małą grupę będącą czymś pośrednim między wspólnotą, a grupą terapeutyczną. Na długie lata musiałam się zadowalać tego typu spotkaniami. Nieraz sama takie organizowałam, by mieć kontakt z czymś, co by utrwalało to, czego dokonałam podczas terapii.

Po jakimś czasie dostałam zaproszenie z ośrodka na kolejny etap terapii pogłębionej, lecz niestety nie mogłam z niej skorzystać. Postanowiłam, że po kursie kroju i szycia pójdę do szkoły, by móc zmienić zawód na taki, który by mi dawał więcej radości z wykonywanej pracy. Moje zdrowie poprawiło się na tyle, by móc kontynuować naukę. Zaczęłam przygotowywać się do podjęcia nauki poprzez angażowanie się w różne inicjatywy mające na celu rozwijanie koncentracji uwagi, zapamiętywanie treści, wypowiadanie się i formułowanie myśli. Zbliżałam się do czterdziestki i miałam dwudziestoletnią przerwę w nauce. Bałam się czy podołam, czy nie będę najstarsza itp. Po pierwszym kursie widziałam już, że to co przerabiałam ze starych ciuchów podobało się i udawało mi się te rzeczy sprzedawać w komisie. Poza tym słyszałam słowa zachęty, żebym to rozwijała, bo robię to dobrze. Sprzyjające też było to, że w moim miejscu pracy miała miejsce reorganizacja i moja stanowisko ulegało likwidacji. By móc pracować dalej w urzędzie było niezbędne ukończenie studiów. Te kierunki, które miałam do dyspozycji nie zadowalały mnie. Myślałam wciąż o psychologii, a to nie było wtedy jeszcze możliwe. Postanowiłam zaryzykować. Dostałam dobrą odprawę, którą zainwestowałam w dalszą naukę. Znalazłam Zakład Doskonalenia Zawodowego, który nie był co prawda szkołą, ale wyuczał zawodu i przygotowywał do egzaminu czeladniczego w Izbie Rzemieślniczej. Znajoma właścicielka zakładu krawieckiego zaproponowała mi pracę, gdy uzyskam dyplom czeladnika. Pierwszy kurs dał mi namiastkę wiedzy i pokazał mi, że mogę to robić z powodzeniem. Drugi miałby mi dać konkretny zawód  i pewność, że robię to co lubię.

Dzięki zachętom znajomych i klientek postanowiłam dokonać zmiany. Rodzice nie byli tym zachwyceni. W ich odczuciu to była degradacja. Przecież praca w urzędzie bardziej nobilituje niż praca w zakładzie krawieckim. Mieli wobec mnie inne oczekiwania. Jednak ja czułam jak nigdy dotąd, że wiem czego chcę. To sprawiało mi przyjemność i dawało zupełnie inny rodzaj kontaktu z człowiekiem. Kontakt z krawcową opiera się na zaufaniu i zrozumieniu. Trzeba trochę podobnie patrzeć i czuć, by móc spełnić oczekiwania klienta. Poza tym jest element inspirowania, kreatywności, twórczości, a nawet nieraz sztuki. To mnie pociągało. Dodatkowym atutem było to, że zawsze mogłam zobaczyć efekt swojej pracy i reakcję klienta. W urzędzie to tak nie działa. Tam jest więcej manipulacji, by petent uzyskał to, po co przyszedł, czyli pomoc finansową. Tu miałam szansę na bardziej autentyczny i szczery kontakt z drugim człowiekiem. Tego było mi trzeba. Reorganizacja pomogła podjąć mi tę decyzję, gdyż dostałam pieniądze i mogłam zarejestrować się jako bezrobotne i zacząć się uczyć. Tak też zrobiłam. W trakcie kursu okazało się, że mogę się starać o pieniądze na dojazdy do miejsca szkolenie, więc miałam kolejne wsparcie. Mąż po rocznym bezrobociu znalazł pracę i cały czas ją utrzymywał, podobnie jak abstynencję.

Na kursie okazało się, że było więcej kobiet zbliżonym do mnie wiekiem i nie byłam najstarsza. Znowu poznałam fajne dziewczyny i rozpoczęła się kolejna przygoda z własnym rozwojem. Mieliśmy zajęcia zarówno praktyczne jak i teoretyczne, cztery razy w tygodniu. Zaczęłam pilnie się uczyć i ćwiczyć to, co było zadane do uszycia w domu. Nie mogłam dać plamy. Obserwowali mnie nie tylko rodzice, ale przede wszystkim moje dzieci i mąż. Ale najważniejsze to było udowodnić sobie, że mogę robić w życiu to, co chcę. A tego wtedy chciałam najbardziej. Nauka zaczęła mi sprawiać prawdziwą przyjemność, jakiej nie doświadczyłam w czasach szkolnych. Przez cały czas towarzyszył mi niesłabnący zapał i zaangażowanie. Czułam, że robię to, co lubię i że jestem w tym dobra. Ku mojemu niekłamanemu zaskoczeniu zdałam egzamin wewnętrzny jako najlepsza, z oceną celującą. A tak się bałam, że nie podołam. Egzamin przed komisją w Izbie Rzemieślniczej był dla mnie dużo bardziej stresujący, lecz ten też zdałam celująco i roczna nauka została zakończona sukcesem.

c.d.n.

Kryzys

Na ostatnim spotkaniu dowiedziałyśmy się jak zatrzymać stan wysokiego poczucia własnej wartości. To wiązało się z wyrobieniem sobie nawyku bycia ze sobą w kontakcie. Pomocne jest w tym powtarzanie sobie pozytywnych myśli na swój temat i afirmacji. Na szczęście miałam bardzo życzliwą grupę wsparcia w postaci moich współwyznawców, ale pomocne są też różne wspólnoty, grupy rozwojowe, który mogłyby być dla każdego lustrem odbijającym ich wartościowe cechy. Dobrze jest w widocznym miejscu przykleić jakiś wizerunek, żeby być blisko ze swoją zmianą. Dla mniej najbardziej pomocny okazał się mój herb ze strzelcem. Dodatkowo warto odkrywać i poszukiwać nowej siebie, angażując się w aktywności we wspierającym otoczeniu. Unikałam jak ognia ludzi, którzy mnie nie wspierali, tylko krytykowali. Nauczyłam się rozróżniać konstruktywne uwagi od bezsensownej krytyki obniżającej moją samoocenę. Nie da się ukryć, że życzliwe towarzystwo jest nieodzowne. Najważniejsze jednak jest działanie zgodne ze sobą i pozytywne myślenie. Dzięki temu coraz bardziej lubiłam być sama i odkrywałam, że nie ma we mnie niczego strasznego i na ogół dobrze się czuję w swoim towarzystwie.

Terapia się zakończyła, a w moim życiu zaczęło się robić niewesoło. Miałam utrudniony, lub wręcz niemożliwy kontakt z mężem z powodu alkoholu. Podupadałam na zdrowiu. Pomimo brania zastrzyków mój stan pogarszał się, aż w końcu doszło do tego, że nie byłam w stanie funkcjonować samodzielnie. Nie mogłam sama się ubrać. Rano starsze dzieci szły do szkoły, a ja zostawałam z najmłodszym w łóżku. Jak któreś wracało ze szkoły, pomagali mi się ubrać. Od czasu do czasu ktoś z przyjaciół zajrzał i zapytał w czym pomóc. Czułam się beznadziejnie, zmieniono leki, a poprawy żadnej. Po lekach zapisanych przez neurologa zareagowałam dusznościami. Byłam przerażona i bezradna. Wysłałam córkę do pracy męża, by zadzwonił po lekarza. Wróciła roztrzęsiona, bo zastała tatę śpiącego za biurkiem w miejscu pracy. Lekarza wezwała babcia, do której poszła od taty. Lekarka przyszła do domu, zmieniła leki i stwierdziła, że mam depresję. Na szczęście była na tyle przytomna i życzliwa, że zapytała mnie, czy zawsze taka jestem. Opowiedziałam jej o swojej sytuacji i że przygotowuję się do sprawy alimentacyjnej, ale stan w jakim jestem wymaga najpierw leczenia. Zaproponowała, że da mi skierowanie do szpitala na oddział neurologiczny, gdzie się podkuruję i dojdę do siebie. Wtedy jeszcze nie chciałam przyjąć tej propozycji, ale umówiłam się na następną wizytę u niej, w szpitalu w innym mieście. Miałam nadzieję, że nowe leki pomogą. Niestety, tak się nie stało. Nie potrafiłam już sama się umyć. Prosiłam męża, by mi pomógł. Siedziałam na taborecie pod prysznicem, a on mnie mył. Nie upijał się do nieprzytomności, bo chyba już widział, że to nie żarty. Któregoś dnia ból był tak silny, że poprosiłam by poszedł ze mną na pogotowie. Gdy czekaliśmy w poczekalni do lekarza, straciłam przytomność i osunęłam się na podłogę. Podniosła  mnie pielęgniarka i lekarz. Miałam wrażenie, że mojego męża sparaliżowało.

Od tego wydarzenia mój stan psychiczny się pogarszał. Wiedziałam, że będę musiała udać się do szpitala. Czułam się fatalnie zarówno psychicznie i fizycznie. Zakończenie grupy było też dla mnie trudnym przeżyciem. Widzę, że rozstania z ludźmi, z którymi coś przeżyłam, zawsze są dla mnie ciężkie i przeżywam coś w rodzaju żałoby, żalu po stracie. Wiąże się to z tęsknotą i smutkiem. Wtedy nałożyło się to na moją chorobę i nawrót picia męża. Nie było wyjścia, zaczęłam brać leki na depresję. Miałam coraz większe problemy ze snem. Wybudzałam się nad ranem o czwartej i nie mogłam zasnąć. Moja lekarka powiedziała, że nie tyle mój kręgosłup jest chory, co mój stan psychiczny wymaga wzmocnienia.  Dała mi skierowanie na oddział żeby zabrać mnie od rodziny i mnie wzmocnić. Powiedziałam jej szczerze jaka jest moja sytuacja i widziałam, że chce mi pomóc. Przyjęłam tę pomoc i udałam się do szpitala, który mieścił się w mieście, do którego jeździłam na terapię. To było dobre posunięcie.  Leki, troskliwa opieka i towarzystwo cudownych kobiet na sali sprawiły, że poczułam się lepiej. Mąż widział, że jeżeli coś by się ze mną stało, to on zostaje z trójką dzieci. Ja przeżywałam poważny kryzys. Podczas pobytu w szpitalu, ku mojemu zaskoczeniu, odwiedziło mnie kilka osób – w tym mąż z dziećmi. Ze szpitala wyszłam w dużo lepszej formie i ze skierowaniem na zabiegi rehabilitacyjne, które mogłam już realizować w swoim mieście. Powoli zaczynałam wracać do zdrowia. Kręgosłup bolał mnie jeszcze długo, ale był to dużo lżejszy ból, ponadto weszłam w posiadanie książki z ćwiczeniami wzmacniającymi kręgosłup. Zaczęłam codziennie ćwiczyć po pół godziny. Gdy moje samopoczucie poprawiało się, myślałam o moim celu, o nauce. Rozpoczęłam poszukiwania jakiejś szkoły, by móc zmienić pracę. Na wymarzona studia nie miałam szans. Nie było wtedy zaocznych w tym kierunku. Za to moja koleżanka znalazła kurs kroju i szycia, więc postanowiłam z nią pójść. To w jakimś stopniu pokrywało się z moimi zainteresowaniami i zdolnościami. Chodził mi po głowie pomysł, by zajmować się przeróbkami ubrań, potrafiłam robić fajne rzeczy dla siebie, więc czemu by nie robić tego więcej i sprzedawać?

c.d.n.