Zmiany

Aby móc jeździć co tydzień na terapię, potrzebowałam jednego wolnego popołudnia. Wyjeżdżałam o 14-tej i wracałam po 21-tej. Nie miałam wtedy samochodu ani prawa jazdy, w grę wchodziły PKP i PKS. Rozmawiałam ze wszystkimi moimi znajomymi o tym co zamierzam i spytałam, czy są w stanie raz na jakiś zaopiekować się moimi dziećmi. Miały wtedy 3, 7 i 11 lat. Ponieważ większość wyraziła zgodę, to wypadało, że będą mieli dyżur raz na dwa miesiące. Najwygodniej było przyjść do naszego domu, ale zdarzało się że dzieci chodziły do kogoś. Miało to swoje plusy, bo jak teraz na to patrzę z perspektywy 20 lat, to widzę, że dobrze się uspołeczniły i nie mają kłopotów z relacjami. Inna korzyść to taka, że po jakimś czasie mojemu mężowi było niezręcznie wracać do domu jak ktoś obcy zajmował się naszymi dziećmi, więc na początku wracał późno, choć z czasem się to zmieniło i jego powrót był wcześniejszy, by móc zwolnić opiekunkę.

Te wyjazdy stały się dla mnie bardzo ważne. Przez cały rok tylko raz nie pojechałam, bo jedno z dzieci miało wtedy wysoką gorączkę.
To było moje popołudnie, kupowałam sobie batonika i jadąc pociągiem delektowałam się nim, jakby to był smak wolności, którą zaczynałam powolutku odczuwać z każdym tygodniem. Im lepiej się czułam, tym więcej zauważałam zmian w domu. Im więcej czułam wolności i zadowolenia, tym więcej dawałam przestrzeni dzieciom i mężowi. Zaczęłam więcej widzieć, coraz więcej rzeczy mnie cieszyło. Te wyjazdy stały się na tyle cenne, że byłam gotowa na poświęcenia. Nasz budżet domowy był skromny, gdyż alkoholizm jest kosztowną chorobą. Za każdym razem jak mąż wracał nietrzeźwy, ograniczałam zakupy do lodówki, za to każde z dzieci i ja dostawaliśmy po 5 złotych do skarbonek. Dzieci oczywiście były należycie karmione, ale dla męża nie zostawało już wiele. Moi znajomi co prawda wspierali mnie, ale nie do końca rozumieli. Jestem wdzięczna, że dostawałam ich wsparcie pomimo braku aprobaty dla moich poczynań.  Podobnie było z rodziną. Nie mogli zrozumieć dlaczego nie zajmuję się mężem, co najmniej jakby był dzieckiem albo osobą niepełnosprawną. Wyzbywałam się małymi krokami poczucia odpowiedzialności za dorosłego mężczyznę, który przez swój nałóg był jak małe dziecko i to takie, które sprawiało najwięcej kłopotu. Powoli odcinałam się od niego i łączącego nas współuzależnienia, W grupie miałam wsparcie i siłę do dalszych zmian.

Gdy mąż dostał pracę to cała byłam napięta, czy aby ją utrzyma. Z czasem i to napięcie ze mnie zeszło i to do tego stopnia, że jak zaspał bo był pijany, to go nie budziłam. Kiedyś przyjechał po niego kierowca, uśmiechnęłam się i zaprowadziłam go do sypialni, która stała się jego pokojem. Obaj byli skonsternowani, że nie uczestniczyłam w grze o zachowanie pozorów i utrzymywania iluzji. Dwa takie przyjazdy kierowcy i zaprowadzenie go do sypialni okazały się wystarczająco skuteczne, by pozbyć się złudzeń, co jest powodem nieobecności w pracy. Obnażanie skutków alkoholizmu zaczęło być krępujące dla mojego męża, a dla mnie uwalniające. Powoli przestawałam się wstydzić i poczuwać do odpowiedzialności za jego poczynania. Któregoś razy, gdy już potrafiłam wychodzić z domu z podniesioną głową kiedy wiedziałam, że pije, spotkałam go na ulicy. To było dla mnie nowe doświadczenie, minęliśmy się jak obcy ludzie. Mój mąż mnie nie poznał, a ja nie miałam przyjemności rozmawiać z nim, więc się minęliśmy bez słowa, nie patrząc na siebie. Ku mojemu zdumieniu, nie wzbudziło to we mnie większych emocji. Powoli odcinałam się od jego problemu i przestawałam walczyć z wiatrakami. Stawałam się obojętna i dzięki temu zaczęłam patrzeć na niego innymi oczyma. Dla wielu było to szokujące. Niektórzy odbierali to jako brak uczuć do niego z mojej strony. Nie rozumiano, że moja energia powinna być skupiona na dzieciach i ich rozwoju, a nie na zacieraniu skutków alkoholizmu męża i utrzymywaniu iluzji, że jest OK. Przestałam zamiatać pod dywan, nadszedł czas na porządki…

c.d.n.

Rozmowa

Wtedy moje myśli nieustannie krążyły wokół tego czy pił, czy nie. Inne sprawy mnie tak nie zajmowały. To nieustanne myślenie o nim i jego piciu pozbawiały mnie energii. Byłam rozchwiana emocjonalnie i mało stabilna. Często się złościłam na dzieci, brakowało mi cierpliwości. Myśli uskuteczniały w mojej głowie nieustanną gonitwę. Chciałam mieć pod kontrolą jego życie, choć nie potrafiłam zapanować nad dniem codziennym – a co dopiero nad swoim życiem. Tak naprawdę nie wiedziałam co to znaczy żyć. Z tego też powodu moja terapia skupiała się na tym jak nakłonić męża do zaprzestania picia. Wierzyłam, że jak przestanie, to wszystko samo się ułoży. Nic bardziej mylnego. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam…

Uzbrojona w karteczkę z wypisanymi faktami niepodlegającymi dyskusji, z podaniem dat i konsekwencji jakie ponieśliśmy z powodu jego nietrzeźwości, postanowiłam przeprowadzić rozmowę. Wybrałam moment, kiedy już nie był pijany, a jeszcze nie zdążył się wprowadzić w stan nieobecności. W takim momencie alkoholicy są w stanie cokolwiek usłyszeć, ale nie ma na to gwarancji. Byliśmy po obiedzie i siedzieliśmy przed telewizorem, który – nawiasem mówiąc – był włączony prawie cały czas, gdy mąż był w domu. Zapytałam: czy moglibyśmy porozmawiać? Zgodził się. Poprosiłam: czy na czas rozmowy możemy wyłączyć telewizor, gdyż mam coś ważnego do powiedzenia i nie chcę by coś mnie rozpraszało. Również się zgodził. Przytoczyłam wszystkie zgromadzone fakty, uzbierane w ciągu paru tygodni. Słuchał nie przerywając. Podsumowałam, że jest to problem i należy coś z tym zrobić. Oświadczyłam, że jeżdżę do innego miasta na terapię dla współuzależnionych i że ten sam ośrodek oferuje pomoc także dla uzależnionych. Powiedziałam, że zamierzam regularnie jeździć, co tydzień, i leczyć się ze współuzależnienia. Jeżeli on także chciałby coś ze sobą zrobić, to na lodówce przypinam magnesem adres i numer telefonu do ośrodka. Powiedziałam wszystko spokojnie, bez podnoszenia głosu. Zauważyłam, że pierwszy raz od dłuższego czasu miałam z nim kontakt. Słuchał co mówię, przyznał rację, a jak próbował zmienić temat – dzięki kartce wracałam do meritum. Nie poddałam się manipulacji. Zaczęłam i zakończyłam tę rozmowę i byłam z siebie zadowolona, pomimo iż nie byłam pewna rezultatu. Wiele razy obiecywał różne rzeczy i nie dotrzymywał słowa. Pierwszy raz ważniejsze było nie to co usłyszałam od niego, tylko to, że dokładnie zrobiłam to, co zamierzyłam. Co ważniejsze nie byłam tak bardzo skoncentrowana na rezultacie tej rozmowy. Decyzję pozostawiłam jemu. Nie wracałam już do tematu. „Mówiła” za mnie kartka na lodówce, która wisiała niemo krzycząc o istniejącym rozwiązaniu naszego problemu.

Ta rozmowa otworzyła mi oczy na jeszcze jeden problem, otóż jak wiele zmieniło wyłączenie telewizora przed rozmową. Odtąd zaczęłam dążyć do tego, by jak najczęściej znajdować sposoby, by móc rozmawiać ze sobą bez tego „gadacza-zakłócacza”. Dzisiaj efekt jest taki, że zasadą w naszym domu jest jedzenie posiłków przy wyłączonym telewizorze. Podobnie jest jak mamy gości – telewizor też jest wyłączony. Jednak muszę być uważna na ten aspekt naszego życia, gdyż bardzo łatwo wracają stare przyzwyczajenia i telewizor cichaczem wkrada się w naszą przestrzeń i zaczyna nią zarządzać. Mam wtedy problem: kto ma coś ważniejszego do powiedzenia, mój mąż, czy telewizor? Wybór bywa trudny, gdyż nie potrafię słuchać obu z jednakową uwagą…

c.d.n.

Pierwsze kroki

Pierwsza rozmowa z terapeutką to był  nieustanny płacz. Puściły tamy, które powstrzymywały mnie od niego przez długi czas. To był dobry, kojący płacz. Nie pamiętam treści rozmowy, za to dobrze utrwaliło mi się uczucie, że jestem we właściwym dla mnie miejscu.  Tak naprawdę od tej pierwszej wizyty zaczęło się moje drugie życie. Od tego momentu zaczęła się budować świadomość, jakim podlegałam wpływom. Myślałam, że mogłabym od razu rozpocząć terapię DDA (dorosłe dzieci alkoholików) ale usłyszałam, że najpierw muszę wyjść ze współuzależnienia. Ponieważ czułam, że jest to miejsce i osoba ze wszech miar korzystna dla mnie, postanowiłam kontynuować terapię. Zaproponowano mi pracę terapeutyczną w grupie edukacyjnej, gdzie mogłam zdobywać wiedzę na temat choroby alkoholowej i jej wpływu na cały system rodzinny.

Jako pierwsze zadanie dostałam do przeczytania książkę o współuzależnieniu. Wyszłam zadowolona i pełna nadziei na zmiany w życiu. Tylko nie spodziewałam się tego, że zmiany będą dużo większe niż sobie wyobrażałam i że czeka mnie dużo pracy.

Wypożyczona książka zrobiła na mnie duże wrażenie, podobnie jak wspomniany w poprzednim wpisie artykuł o pomocy dla rodzin alkoholowych. Wydawało mi się, że jestem osobą zaradną, inteligentną, kreatywną i pełną pomysłów na to, jak mieć pod kontrolą swoje życie. Jakież było moje zdumienie gdy przeczytałam, że wszystkie żony alkoholików przechodzą przez te same fazy współuzależnienia i mają te same „genialne” pomysły na ograniczenie picia męża. Zresztą dotyczy to także mężów alkoholiczek. Byłam sobą rozczarowana, zdumiona swoją bezradnością i brakiem oryginalności. Czułam się tak, jakby ktoś opisywał moje życie, bez mojej wiedzy o tym, że mnie obserwowano, a potem opisano.

Jak się później okazało, gdy trafiłam na grupę edukacyjną, nie byłam odosobniona. Inne kobiety również były zdumione tym jak niewiele się różniłyśmy. Znowu poczułam się we właściwym miejscu. Grupa edukacyjna liczyła 8-15 osób. Tam pierwszy raz zaczęłam zastanawiać się i mówić o tym, jak mi mija czas, dzień, tydzień. Każde spotkanie zaczynało się od rundki jak minął tydzień. Do tej pory nie zwracałam na to uwagi. Najważniejszym tematem było skupianie się na piciu, bądź niepiciu męża.  Uczyłam się powoli myśleć o czymś innym niż uzależnienie i związane z tym zachowanie męża. Wiedza, którą zaczęłam zdobywać, pozwoliła mi inaczej spojrzeć na to, co dzieje się w moim domu. To, że miałam gdzie i z kim o tym rozmawiać pozwoliło mi wyciszyć się, uspokoić i nabrać dystansu. Czułam, że łapię wiatr w żagle. Bardzo pomocne okazało się odseparowanie od alkoholika. Na szczęście miałam dosyć miejsca w domu, że mogłam opuścić sypialnię i zrobić sobie inny kąt dla siebie.

Ponieważ byłam spokojniejsza i bardziej świadoma tego, co dzieje się w mojej rodzinie, zaczęłam się bardziej skupiać na dzieciach i na sobie. Pozostawienie męża sobie wywołało jego niepokój. Nie było awantur, przestałam krzyczeć, robić wyrzuty, zadawać pytania. Okazało się, że nie mamy zbyt wiele sobie do powiedzenia. Telewizor wystarczająco wypełniał ciszę. Jednak postanowiłam podjąć próbę nakłonienia męża do leczenia. Czekałam na odpowiedni moment. Poprosiłam o wyłączenie telewizora, gdyż chcę z nim porozmawiać. Byłam dobrze przygotowana, wiedziałam co chcę powiedzieć i miałam to zapisane w punktach na kartce. Wiedziałam już, że rozmowa z alkoholikiem nie jest prosta i że do tej pory byłam obiektem manipulacji. Teraz postanowiłam, że powiem od początku do końca, co mam do powiedzenia. Nie było to łatwe, gdyż od jakiegoś czasu czułam, że coś jest nie tak. Zaczęłam robić zapiski, gdyż nie byłam pewna wielu rzeczy. Miałam chaos w głowie, czułam że nie ogarniam swojego życia, że jestem manipulowana, ale nie potrafiłam tego udowodnić. Zaczęłam zapisywać, by mieć jakieś argumenty w rozmowie.

Zauważyłam, że jak mąż przez 3-4 dni nie pił to ja zapominałam o problemie. Potem bardzo źle się czułam, kiedy okazywało się jak byłam naiwna. Wściekałam się i na niego i na siebie, że tak łatwo zapominałam o jego piciu. Prowadzenie notesu ułatwiło mi też zorganizowanie się. Nie potrafiłam określić czego chcę, poddawałam się woli innych, dopasowywałam się do ich oczekiwań. Nie potrafiłam postawić na swoim bo tak naprawdę nie wiedziałam do czego dążę. Nie żyłam, tylko funkcjonowałam prawie jak robot.

Teraz będąc przygotowana do rozmowy z mężem, pierwszy raz od dłuższego czasu wiedziałam co jest moim celem, do czego dążę w tej rozmowie i co chcę mu powiedzieć…

c.d.n.

Jak to się zaczęło…

Jestem człowiekiem. Dojrzałą kobietą, dla której czas od dwudziestu lat biegnie inaczej.
Jestem bogata w doświadczenia i widzę, że to bogactwo zawdzięczam też licznym terapiom, warsztatom, sesjom, spotkaniom, treningom i wydarzeniom, jakie miały miejsce w moim życiu.
Jestem zdrowa, silna, niezależna, wykształcona i rozwijająca się. Jestem żoną, matką, babcią, przyjaciółką, obywatelką tego kraju i kobietą pracującą.
Długo dojrzewała we mnie decyzja, by podzielić się z innymi swoim bogactwem. Zainspirowało mnie do tego spotkanie kobiet, na którym usłyszałam, że to jest opcja dla mnie. Na swojej drodze spotkałam wielu ludzi, którym przydała się wiedza i doświadczenie, które w sobie noszę.
Wielu obawia się myśli, że mogliby skorzystać, bądź potrzebować terapii. Dla mnie jest to pasjonujące przeżycie, które nieustannie popycha mnie do rozwoju. Poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi, zostałam zainspirowana do odważnych decyzji, otrzymywałam wsparcie  w tragicznych momentach mojego życia, czerpałam siły z niespożytego źródła ludzkiej życzliwości.
Pomimo bólu jaki w sobie noszę, przeżywam mnóstwo chwil szczęścia, uniesienia, radości, fascynacji i ekscytacji. Postanowiłam podzielić się i być przewodnikiem dla osób, które chciałyby również zaczerpnąć energii, inspiracji, radości ze spotkań z ludźmi.

Jak już wspomniałam, moja przygoda zaczęła się 20 lat temu. Co mnie do niej skłoniło?
Otóż totalna bezsilność w walce z chorobą bliskiej mi osoby. Zawsze wydawało mi się, że twardo stąpam po ziemi, wiem czego chcę i mam swoje życie pod kontrolą. Okazało się, że życie z osobą uzależnioną od alkoholu potrafiło mnie wyzuć ze wszystkich tych przymiotów. Zawiodły mnie wszystkie poczynania. Któregoś dnia odkryłam, że utraciłam siły do życia, swoją tożsamość i jestem w rozpaczy z bezsilności. Od koleżanki i jej męża usłyszałam, że to co się dzieje w moim małżeństwie to współuzależnienie, że potrzebujemy terapii. Jednak ignorowałam to wierząc, że jak zawsze dam sobie ze wszystkim radę. Miałam mnóstwo wytłumaczeń dlaczego tak się dzieje, jednak usłyszałam: racjonalizujesz fakt, że twój mąż jest alkoholikiem.
Długo do mnie ten fakt nie docierał, pomimo iż miałam namacalne dowody na to. Punktem zwrotnym stało się dla mnie przeczytanie pisma, w którym opisywano, jaka pomoc istnieje dla rodzin alkoholowych. Największe wrażenie zrobił na mnie artykuł „Jak pomóc dorosłym dzieciom alkoholików”.
Wstrząsnęło mną stwierdzenie, że dzieci z rodzin alkoholików zdradzają te same objawy nerwicy pourazowej, co weterani wojenni! Zaczęłam się utożsamiać ze słowami zawartymi w tym artykule. Uświadomiłam sobie, jak wiele emocji skrywam w sobie od dzieciństwa. Ile jest we mnie lęku, żalu, strachu, złości, poczucia winy, wstydu. A wszystko to skrywane pod maską zadbanej, pewnej siebie kobiety. Słowa, że takie jak ja dzieci to idą do szkoły „z uśmiechem na twarzy i ściśniętym żołądkiem” bardzo mnie poruszyły. To byłam ja, nie tylko jako dziecko, ale także dorosła osoba. Noszenie maski przerastało mnie. Znalazłam się w poważnym kryzysie. Nagle zobaczyłam tragizm swojej sytuacji. Matka z trójką dzieci, jedno jeszcze w pieluchach, a mąż stracił właśnie dobrze płatną pracę z powodu picia. Zawód, który wykonywałam, nie satysfakcjonował mnie. Czułam się przegrana, zdruzgotana i pokonana przez życie.
Mąż przez długi czas nie pił, starając się udowodnić mnie i sobie, że nie ma problemu. Jednak jego niepicie nie dawało nam szczęścia. Napięcie rosło, nie mogliśmy się porozumieć, nasze słowa trafiały w próżnię. Po blisko roku abstynencji pękł i napił się. Rozbicie skarbonki najmłodszego dziecka było kroplą, która przelała czarę goryczy. Wiedziałam co mam robić, pamiętam to jak dziś: stoję przy aparacie telefonicznym na ulicy i drżącą ręką wybieram numer poradni, który dostałam od koleżanki. Telefon odebrała jakaś kobieta, powiedziałam że jestem osobą współuzależnioną i potrzebuję pomocy.
Wyznaczono mi termin spotkania z terapeutą.

c.d.n.